Documente online.
Username / Parola inexistente
  Zona de administrare documente. Fisierele tale  
Am uitat parola x Creaza cont nou
  Home Exploreaza
Upload




























Veil - Tajne wojny CIA

Poloneza




Bob Woodward

VEIL

TAJNE WOJNY CIA

Przełożyła Dagmara Jakubowska

WSG Kraków 1997

Tytuł oryginału




Veil - The Secret Wars of the CIA

Copyright © Bob Woodward

© Copywrite by WSG

Redaktor techniczny Joanna Wróblewska

Projekt okładki Zbigniew Nestefowicz

Wydawnictwo Sławomira Grotomirskiego

ul. Biskupia 3

31-144 Kraków

tel. 21-20-21, 21-21-21

© Copywrite by WSG ISBN 83-86312-02-5

...Elżbiecie

OD AUTORA

Niniejsza książka powstała dzięki niezmordowanej i sumiennej pracy Barbary Feinman, absolwentki Uniwersytetu w Berkeley, która pomagała mi na każdym kroku: przeprowadzając wywiady, odnajdując ludzi i fakty, myśląc, przeglądając, pisząc, redagując, organizując, poprawiając błędy w ocenach i pisowni. Jej przyjaźń, poczucie sprawiedliwości i uczciwość wskazywały drogę w codziennych przedsięwzięciach; ta książka jest w równym stopniu jej, jak i moja.

SŁOWO DO CZYTELNIKA

Większość informacji zawartych w tej książce uzyskano dzięki rozmowom z ponad dwustu pięćdziesięcioma ludźmi, bezpośrednio zaangażowanymi w gromadzeniu lub wykorzystywaniu informacji wywiadowczych. Przeprowadziłem liczne wywiady z ponad stu osobami, piętnaście z nich było kluczowymi źródłami informacji, zostali oni przepytani ponad pół tuzina razy. Chciałbym przedstawić czytelnikom ich nazwiska i stanowiska, jednak z powodu drażliwości tematu, prawie wszystkie wywiady były przeprowadzone "w cieniu", tzn. w każdym przypadku moi informatorzy musieli mieć pewność, iż nie zostaną rozpoznani. Ludzie nie chcą dyskutować o sprawach wywiadu i bezpieczeństwa bez tej gwarancji. Umożliwiono mi także dostęp do dokumentów, notatek, dzienników, kalendarzy, listów, transkryptów, pamiętników i innych pisanych źródeł. Dokumentację w tekście ujawniłem tam, gdzie została ona bezpośrednio zacytowana. Jednak uważam, iż rozmowy z osobami wtajemniczonymi, a szczególnie z wtajemniczonymi na wysokich stanowiskach, były bardziej pouczające, niż czytanie stert dokumentów.

Dodatkowych informacji, zwłaszcza z lat 1985 i 1986, dostarczyły rozmaite dochodzenia w aferze Iran-Contra, w skład tych dokumentów wchodziły badania Senackiej Komisji ds. Wywiadu, śledztwa To-wera, połączonej Komisji Senatu i Białego Domu oraz niezależnego adwokata Laurence'a Walsha.

Dialogi potwierdzane są co najmniej przez jednego z uczestników tych rozmów lub wynikają z pisemnej relacji czy notatek. Jeśli mówi się o kimś, że "sądził" lub "uważał", oznacza to iż został przedstawiony prywatny punkt widzenia tej osoby lub kogoś, komu ta osoba udzieliła konkretnych informacji. Starałem się zachować język głównych postaci i źródeł najlepiej jak potrafię; używam ich oryginalnego słownictwa nawet wtedy, gdy nie są bezpośrednio cytowani. Cytaty nie są używane w przypadkach, w których pamięć ludzi lub dokumenty nie były absolutnie pewne.

Ken Auletta napisał w swojej najnowszej książce: Żaden reporter nie może odtworzyć ze stuprocentową dokładnością wypadków, które miały miejsce jakiś czas temu. Pamięć jest zawodna, zwłaszcza gdy znane jest już zakończenie sprawy. Reporter stara się bronić przed niedokładnością poprzez sprawdzanie wielu źródeł, ale dobrze byłoby, aby czytelnik oraz autor mieli na uwadze dziennikarskie ograniczenia.

W pełni podpisuję się pod tym spostrzeżeniem.

Pracę nad tą książką rozpocząłem pod koniec 1984 roku. Moim pierwotnym celem było omówienie tylko pierwszych czterech lat, w których CIA podlegała rządom Reagana i Caseya. Podczas zbierania materiałów i pisania tej książki, pracowałem jako reporter i redaktor w Washington Post; po wypadkach w Nikaragui, Libii i Iranie stało się dla mnie jasne, iż książka będzie musiała objąć lata 1985, 1986 i część 1987 roku. Ponieważ jest to jedna z pierwszych prac na ten temat, wiem, iż nie wypowiedziano się w niej ostatecznie i że jest ona dużo bliższa dziennikarstwu niż historii, zwłaszcza że rozprawy na temat afery Iran-Contra oraz śledztwo w tej sprawie trwają nadal.

W niektórych wydarzeniach brałem udział osobiście. W wielu przypadkach redaktorzy Post i ja braliśmy udział w podejmowaniu decyzji o publikowaniu artykułów na temat bezpieczeństwa narodowego. W tych przypadkach byłem własnym źródłem i staram się dokładnie opisać wydarzenia, w których uczestniczyłem. Opisuję kilka moich spotkań z Wiliamem Caseyem. Temat próbuję przedstawić z trzech punktów widzenia:

1) Dyrektora Centralnego Wywiadu - Caseya;

2) Białego Domu;

3) Senackiej Komisji ds. Wywiadu.

W latach 1983-1987 przeprowadziłem z Caseyem ponad sześćdziesiąt wywiadów. Rozmawialiśmy u niego w domu, w biurze, podczas podróży w samolocie, w kątach na przyjęciach albo przez telefon. Czasami mówił swobodnie i przedstawiał swoje poglądy, innym razem odmawiał komentarza. W wyniku tych dyskusji poznałem wszystkie jego poglądy na temat wywiadu, które omówiłem w tej książce. Powiedział kiedyś: Wszyscy zawsze mówią więcej niż powinni. Był świadom tego u siebie i u innych. Niechętnie wyrażał zgodę na ujawnianie swojego nazwiska w moich artykułach. Wiedząc że gromadzę informację o CIA do tej książki, w wielu przypadkach zaznaczał, iż dana informacja jest do niej przeznaczona i nie może zostać podana nazajutrz w prasie.

Poza tym Casey uważał się za historyka i na pewno gdyby mógł napisać własną wersję wydarzeń, to przedstawiłby je inaczej. Nie jest to więc w żadnym wypadku "autoryzowana" wersja przebiegu jego kariery w CIA - choć miał on w tym swój udział. Być może tym sposobem chciał mieć wpływ na ostateczny kształt książki, a może powodował się tylko ciekawością.

Biały Dom i Rada Bezpieczeństwa Narodowego są najpoważniejszymi użytkownikami informacji wywiadowczej, dlatego też w zdoby-

waniu informacji pomagało mi wielu członków sztabu prezydenta Reagana. Z prezydentem nie przeprowadziłem wywiadu.

W 1971 roku senator John C. Stennis - zagorzały zwolennik CIA, powiedział na forum Senatu: Szpiegostwo jest szpiegostwem... Musicie przygotować się na to, że będziecie mieli agencję wywiadowczą i chronić ją jako taką, przymknąć trochę oczy i stawić czoła temu co nadchodzi.

W latach siedemdziesiątych, po ujawnieniu nadużyć w sferze wywiadu, Senacka Komisja ds. Wywiadu stała się najbardziej widocznym kongresowym nadzorcą działalności wywiadowczej, powołanym do obserwacji i śledztw. Prawo wymagało, aby komisja i jej odpowiednik w Białym Domu gwarantowały nadzór nad poczynaniami CIA. W czasach Reagana nadzór legislacyjny nad wywiadem nie był systematyczny, świadczy o tym liczba członków Senatu i ich sztabów, którzy pomagali mi w zapisywaniu tej historii.

Czytelnikowi należy się jeszcze parę słów na temat tajemnic. Z jednej strony łatwo jest przyjąć stanowisko ślepej wiary w kwestii tajności i uznać, że skoro dokument ma pieczątkę ŚCIŚLE TAJNE, to oznacza iż jest on tak drażliwy, że musi być utajniony. Z drugiej strony, łatwo jest stać się sceptykiem i uznać, że tajność jest bez znaczenia i jest to tylko zwyczajny rytuał, którego zadaniem jest ukrycie błędnej polityki i kłamstw. Próbuję zastosować przysłowiowy złoty środek przy wyborze tego, co należy ujawnić. Jednakże żadna "sterylna" wersja nie zachowałaby swej ważności.

Bob Woodward

POSTACIE

Dyrektor Centralnego Wywiadu (DCI)

William Casey 28.01.1981 - 29.01.1987

Zastępca Dyrektora Centralnego Wywiadu (DDCI)

Bobby R. Inman

John N. McMahon

Robert M. Gates

12.02.1981 - 10.06.1982 (Dyrektor NSA - 1977 - 1981)

10.06.1982-29.03.1986 (DDO - 1978 - 1981) (DDO - 1978 - 1981)

Zastępca Dyrektora ds. Operacyjnych (DDO)

Max C. Hugel 11.05.1981 - 14.07.1981

John H. Stein 06.1981 - 07.1984 Clair George 07.1984-

Adwokat CIA

Stanley Sporkin

Byli Dyrektorzy Centralnego Wywiadu

Richard M. Helms 30.06.1966 - 02.02.1973 James R. Schlesinger 02.02.1973-02.07.1973

William E. Colby George Bush

Stansfield Turner

30.01.1976-20.01.1977 (Wiceprezydent - 20.01.1981 -)

Prezydent Stanów Zjednoczonych

Ronald Reagan 20.01.1981 -

Doradca ds. Bezpieczeństwa Narodowego

Richard V. Alien William Clark Robert C. McFarlane John M. Poindexter Frank C. Carlucci III

02.01.1987-(DDCI - 1978 - 81) (Zastępca Sekretarza Obrony, 1981 - 1982)

Doradcy Prezydenta

James A. Baker III Szef Sztabu

Edwin Meese III Radca

Michael K Deaver Zastępca Szefa Sztabu

Donald T. Regan Szef Sztabu

21.01.1981-02.02.1985 (Sekretarz Skarbu 03.02.1985 -)

21.01.1981-24.02.1985 (Prokurator Generalny, 25.02.1985 -)

Sekretarz Stanu

Alexander M. Haig, Jr.

George P. Shultz

Asystenci Sekretarza ds. Stosunków z Ameryką Łacińską

Thomas O. Enders 23.06.1981 - 27.07.1983

L.Anthony "Tony Motley 12.06.1983 - 03.07.1985 Elliot Abrams 17.07.1985-

Sekretarz Obrony

Caspar W. Weinberger

Senacka Komisja ds. Wywiadu

Barry M. Goldwater Przewodniczący

David Durenberger Przewodniczący

Daniel P. Moynihan Wiceprzewodniczący

Patrick J. Leahy Wiceprzewodniczący

AKRONIMY, TYTUŁY I DEFINICJE WYWIADOWCZE

LISTA BIGOT - wąska, wybrana grupa ludzi posiadająca dostęp do sprawozdań szczególnie tajnych agentów lub operacji szpiegowskich.

CIA - Centralna Agencja Wywiadowcza, prowadzi operacje wywiadowcze i gromadzi informację wywiadowczą poza granicami USA. Nie posiada uprawnień do działań wewnętrznych i nie jest uprawniona do aresztowań.

KLASYFIKACJA - rozdział systematyczny ważkiej informacji wojskowej, wywiadowczej lub politycznej.

Poufne - najniższy poziom klasyfikacji; składa się z materiału, przy ujawnieniu którego można z dużą dozą prawdopodobieństwa spodziewać się, że spowoduje ono jakąś szkodę dla bezpieczeństwa narodowego.

Tajna informacja - to materiał, którego ujawnienie może spowodować poważną szkodę dla bezpieczeństwa narodowego.

Ściśle Tajna Informacja - to materiał, którego ujawnienie mogłoby spowodować wyjątkowo poważną szkodę dla bezpieczeństwa narodowego.

KONTRWYWIAD - działalność mająca na celu neutralizowanie, udaremnianie lub pozyskanie dla własnej działalności wywiadowczej obcych służb wywiadowczych, a także penetrację obcego wywiadu przez "kreta" - agenta zdającego relację z pracy agentów wrogich służb.

TAJNA AKCJA - utajniona działalność, której zadaniem jest ingerencja w politykę innych krajów, nie ujawniająca roli USA lub CIA; akcja może obejmować działania od ustalenia propagandy do usiłowania obalenia rządu uznanego za nieprzyjazny.

DCI - Dyrektor Centralnego Wywiadu, nadzorca i koordynator wszystkich amerykańskich agencji wywiadowczych, jednocześnie szef CIA; także główny doradca prezydenta ds. wywiadu.

DDCI - Zastępca Dyrektora Centralnego Wywiadu, nr 2 w CIA.

DDI - Wicedyrektor Centralnego Wywiadu, szef dyrekcji analitycznej CIA, który ocenia oraz streszcza raporty wywiadowcze.

DDO - Wicedyrektor ds. Operacyjnych, szef tajnej lub szpiegowskiej komórki CIA, nazywanej dyrekcją ds. operacyjnych, która zarządza zagranicznymi komórkami CIA, rekrutuje, sprawuje nadzór nad osobowymi źródłami informacji i asystuje przy innych drażliwych operacjach pozyskiwania informacji za granicą.

DIA - Agencja Wywiadu Obrony - koordynująca agencja wywiadowcza w Departamencie Obrony, podlegająca sekretarzowi obrony i dyrekcji Centralnego Wywiadu.

ZATWIERDZENIE -prezydenckie upoważnienie do tajnej akcji, prawie zawsze na piśmie; jest to krótkie zarządzenie, w którym prezydent stwierdza, że dana tajna akcja jest ważna dla bezpieczeństwa narodowego.

INR - Biuro Wywiadu i Badań - biuro wywiadu w Departamencie Stanu.

SPOŁECZNOŚĆ WYWIADOWCZA - termin używany w odniesieniu do wszystkich amerykańskich agencji wywiadowczych i ich pracowników. Dyrektor jest najwyższym stanowiskiem w tej strukturze organizacyjnej.

NFIB - Narodowa Rada ds. Wywiadu Zagranicznego - w jej skład wchodzą szefowie wszystkich amerykańskich agencji wywiadowczych, działający jako zarząd amerykańskiego wywiadu, zatwierdza ona formalne oceny NIE i ŚNIE. Przewodniczy jej dyrektor Centralnego Wywiadu, a wśród jej członków znajdują się przedstawiciele CIA, NSA (Agencji Bezpieczeństwa Narodowego), DLA, NRO oraz służb wywiadowczych Marynarki Wojennej, Armii, Sił Powietrznych, Korpusu Piechoty Morskiej, FBI oraz Departamentów Stanu, Energii i Skarbu.

t

NID - Krajowy Dziennik Wywiadu, ściśle tajne podsumowanie głów-j nych pozycji wywiadu z poprzedniego dnia; drukuje się go i rozprowa-f dza w około stu pięćdziesięciu egzemplarzach.

NIE - Ocena Krajowego Wywiadu; oficjalna pisemna prognoza przyszłych wydarzeń w różnych krajach, ocena przywódców i różnorakich problemów wywiadowczych, wojskowych czy gospodarczych, przedstawiająca punkt widzenia wszystkich amerykańskich agencji wywiadowczych oraz dyrektora CIA.

NIO - Oficer Krajowego Wywiadu; starszy rangą analityk, odpowiedzialny za pewien region lub dziedzinę wywiadu, podlegający dyrektorowi CIA.

NRO - Krajowe Biuro ds. Rekonesansu; agencja odpowiedzialna za pozyskiwanie informacji wywiadowczej za pomocą satelitów i innych środków napowietrznych; podlega również sekretarzowi obrony, ale jej działalność koordynuje dyrektor CIA.

NSA - Agencja Bezpieczeństwa Narodowego - największa i najtajniejsza agencja wywiadowcza; przechwytuje sygnały na całym świecie (SIGINT) oraz prowadzi działania podsłuchowe za granicą, wykorzystując stacje nasłuchowe, satelity i inną wysokiej klasy technologię. Łamie szyfry wojskowe i dyplomatyczne innych krajów; NSA ma również za zadanie ochronę systemów i szyfrów łącznościowych i kryptograficznych USA.

NSC - Rada ds. Bezpieczeństwa Narodowego - prezydent oraz jego starsi rangą urzędnicy zajmujący się tworzeniem polityki zagranicznej, w tym wiceprezydent oraz sekretarze Departamentu Stanu i Obrony. Dyrektor CIA oraz przewodniczący połączonych szefów sztabu pełnią role doradcze. Sztabowi NSC przewodniczy doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego.

NSDD - Zarządzanie o Decyzji w Sprawie Bezpieczeństwa Narodowego - oficjalne, pisemne zarządzenie prezydenta pouczające głównych doradców i Departamenty w ważnych sprawach lub procedurach dotyczących polityki zagranicznej. Zarządzenia te są zwykle tajne i kolejno ponumerowane.

NSPG - Grupa ds. Planowania Bezpieczeństwa Narodowego - w administracji Reagana: prezydent oraz główni doradcy w sprawach polityki zagranicznej, w tym sekretarze Departamentu Stanu i Obrony oraz dyrektor CIA. NSPG w zasadzie zajęła miejsce NSC jako główny organ podejmowania decyzji w administracji Reagana.

OSS - Biuro Służb Strategicznych - amerykańska służba wywiadowcza w czasie II Wojny Światowej, przewodniczył jej William J. Dono-van - "Dziki Bili".

PDB - Codzienne Podsumowanie Prezydenta - najdelikatniejsze i najważniejsze informacje wywiadu, podsumowane i przekazywane prezydentowi, wiceprezydentowi i seKretarzom Departamentu Stanu i Obrony, dyrektorowi CIA, doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego oraz kilku innym starszym rangą urzędnikom z Białego Domu.

PFIAB - Zespół Doradców ds. Wywiadu Zagranicznego przy Prezydencie - grupa czternastu starszych Amerykanów śledzących dokonania wywiadu.

SCI - Delikatna Podzielona Informacja - procedura dalszego ograniczania dostępu do najbardziej delikatnych (tajnych) informacji poprzez narzucanie specjalnej kontroli. Źródłom, metodom działania i przedziałom informacji nadaje się kryptonimy. Osoby w rządzie od prezydenta w dół muszą otrzymać konkretny kod dostępu do każdego przedziału. Kryptonimy wybierane są losowo. Niektóre z nich, używane przez NSA do informacji wywiadowczej i sygnałów to RUFF, ZARF, SPOKE, MORAY oraz UMBRA i GAMMA - te ostatnie dotyczą rozszyfrowanych przekazów. VEIL - był to kryptonim działu Tajnych Operacji w ostatnich kilku latach administracji Reagana.

ŚNIE - Specjalne Krajowe Oceny Wywiadu - skrócone oficjalne oceny sporządzane w ciągu tygodni lub dni na tematy uważane za pilne dla interesów bezpieczeństwa narodowego.

VEIL - Ściśle tajny kryptonim dla niebezpiecznych operacji podejmowanych w ostatnich latach kadencji administracji Reagana w celu wpłynięcia na wydarzenia za granicą.

PROLOG

Dzwonek budzika poderwał dyrektora Centralnego Wywiadu admirała Stansfielda Turnera. Nie znosił rannego wstawania, więc nastawił budzik na absolutnie ostatnią minutę - 7:00. Był czwartek 20 listopada 1980 roku, 383 dzień irańskiego kryzysu z zakładnikami - pięćdziesięciu dwóch Amerykanów trzymanych w niewoli w Teheranie, wpędziło w tym miesiącu prezydenta Jinanr/ego Cartera w kłopoty. Tego właśnie dnia Turner miał przedstawić krótkie sprawozdanie wywiadowcze prezydentowi-elektowi Ronaldowi Reaganowi.

Nie tak dawno w domu Turnera musiała zostać zainstalowana całodobowa obstawa, po tym jak Federalne Biuro Śledcze odkryło kilku Irańczyków ćwiczących strzelanie do celu z karabinów dużego kalibru na rogatkach Waszyngtonu. Teraz jednak ochrony już nie było i w domu panowała cisza.

52-letni, czterogwiazdkowy admirał w stanie spoczynku, Turner, był w sile wieku. Jako analityk systemów, "człowiek myśli" w Marynarce Wojennej i stypendysta Rhodesa, zawsze starał się patrzeć perspektywicznie, dostrzegać wszystkie bieżące problemy. Był jednak przy tym impulsywnym i wrażliwym człowiekiem, dlatego miał spore wątpliwości na temat okresu przejściowego.

Po pierwsze, musiał zastanowić się, kiedy i w jaki sposób przekazać sekrety niebezpiecznych operacji i stosowane powszechnie techniki szpiegowskie, które nowy prezydent powinien poznać. Informacje te były głęboko utajnione, nie przeciekły do środków masowego przekazu, nie zostały też przejęte przez szpiegów sowieckich. Przekazywanie tych wiadomości będzie musiało odbywać się w cztery oczy do momentu, w którym Reagan nie powoła zaufanych ludzi. Turner nie mógł ujawniać sekretów w obecności politycznych pochlebców, którzy kręcili się przy dwóch poprzednich spotkaniach i których obecności można się było spodziewać na dzisiejszej konferencji. W jednej z najtajniejszych operacji wywiadowczych, jaką Turner będzie musiał w końcu przedstawić prezydentowi-elektowi, ponad stu ludzi ustawicznie ryzykowało życiem. Musiał także skierować uwagę Reagana na ogólne aspekty moralne, ryzyko szpiegowania i przeprowadzania tajnych akcji. Tutaj prezydent mógł rzeczywiście dokonywać wyborów, a Reagan obiecał daleko idącą współpracę w tym zakresie.

Turner chciał poprawić własną opinię o Reaganie. Na poprzednich spotkaniach prezydent był pozornie wylewny, ale faktycznie niedo-

stępny. Dało się wyczuć lekkość i niedbałą jowialność, kiedy Reagan ponaglał Turnera machnięciem ręki, wydając się odganiać problemy świata śmiechem, hollywoodzką anegdotą czy konserwatywnym dogmatem. Cóż za kontrast ze śmiertelnie poważnymi, prawie bezlitosnymi przesłuchaniami, które Turner pamiętał z okresu prezydentury Cartera. Im więcej Turner miał do czynienia z Reaganem, tym bardziej wątpił w jego podstawową rozwagę. W myślach nazywał go "głupim".

Ostatnią sprawą, jaką Turner musiał rozważyć, była jego własna przyszłość. Wyrażał gotowość, a nawet pragnienie pozostania na stanowisku dyrektora. Reagan i republikanie zarzucali administracji Cartera, że "zatkała" Centralną Agencję Wywiadowczą, praktycznie uniemożliwiając jej prowadzenie efektywnej działalności szpiegowskiej. Republikanie argumentowali, iż Turner jako dyrektor jest zbyt pobłażliwy w kwestii carterowskiej kampanii na rzecz praw człowieka i że jest tak zauroczony najlepszą satelitarną i elektroniczną technologią podsłuchową - czystą, pasywną i stosunkowo bezpieczną - iż w ogóle nie podejmuje żadnego ryzyka. Agencję uznawano za "osłabioną". Turner natomiast był przekonany o możliwości odparcia tego zarzutu, gdyby tylko Reagan zechciał go wysłuchać. CIA pod jego kierownictwem potrafiła przeprowadzać akcje, które wprowadziłyby Ronalda Reagana w osłupienie.

- Prezydent nie ma zamiaru upolityczniać agencji i uczyni wszystko, żebyśmy pozostali na właściwym torze - powiedział Turner swoim głównym doradcom. Wyśmiali go, a jego stary przyjaciel z Marynarki Wojennej, Herb Hetu, kapitan w stanie spoczynku i szef ds. publicznych w agencji, uważał, że Turnera należałoby sprowadzić na ziemię.

- Nie ma mowy, żeby cię zatrzymali - powiedział mu Hetu - nie ma mowy. Przez całą kampanię kopali cię po jajach.

Turner obstawał jednak przy swoim optymistycznym stanowisku. Czasem było ciężko. Tuż przed wyborami prezydenckimi zebrał piętnastu najważniejszych zastępców na seminarium dotyczącym rządzenia w Camp Peary - zwanym "farmą" - tajnym punkcie szkoleniowym, akademii agencji, leżącym na prowincji w stanie Wirginia. Pół żartem poprosił o tajne głosowanie za pomocą patyczków. Wynik jaki zobaczył podziałał na niego lepiej niż kubeł zimnej wody: 2 na Cartera, 13 na Reagana. W zasadzie odzwierciedlało to zwycięstwo Reagana w Electoral College z wynikiem 489 do 44.

Następny dzień po wyborach był dla niego wyjątkowo nieprzyjemny. Natomiast w kuluarach kwatery głównej CIA w Langley radość była wręcz namacalna. Wprawdzie ludzie z CIA nie stali w oknach i

nie wiwatowali, lecz wielu traktowało to zwycięstwo jak Dzień Wyzwolenia w Paryżu.

Turner wziął prysznic, ubrał się i przez kilka minut czytał. Odbył cotygodniową lekcję Nauki Chrześcijańskiej (Christian Science). Uważał, że jeżeli nie zrobi tego teraz, to w ciągu dnia nie będzie miał już ku temu okazji. Uważał swą religię za intelektualną gałąź chrześcijaństwa - umysł i duch ponad wszystko.

Lekcja na następną niedzielę głosiła: dowiedz stanowczo swemu pacjentowi, że musi się obudzić. Odwróć jego wzrok od fałszywego świadectwa zmysłów... Przesłanie mówiło - Spójrz wewnątrz siebie. Turner zdawał sobie sprawę, że jest to niecodzienna dewiza jak na szefa największej i najbardziej wyrafinowanej służby wywiadowczej na świecie, był jednak głęboko przekonany o sile oddziaływania tych nauk. Jego matka przetrwała lata dwudzieste, gdy jej ojciec stracił wszystkie pieniądze na giełdzie i popełnił samobójstwo. Później, jedyny brat Turnera zginał w wypadku samochodowym. Te wydarzenia sprawiły, że Turner zainteresował się religią, dawała mu ona oparcie i pomogła w pokonaniu bólu wynikłego z tej niewytłumaczalnej tragedii. Podkreślił wtedy czerwonym pisakiem zdanie: Nieszczęścia są dowodem troski Boga.

Nie pozostało mu zbyt dużo czasu, wstał, wiedząc że zaniedbuje lekcję. Turner zbiegł po schodach na śniadanie z "taranującą szybkością" -jak nazwywali to jego doradcy. Jego gęste, siwe włosy były zawsze lekko rozwiane a jasnoniebieskie oczy, lekki, promienny uśmiech i sposób bycia jak z Rotary Club, sugerowały wszystko, tylko nie CIA.

Przy stole wypił sok i gorącą wodę z cytryną. Żadnych używek, żadnej kawy. Turner nie lubił nawet smaku lodów kawowych.

Leżący na stole Washington Post głosił: Mówi się, że Casey kandyduje na stanowisko dyrektora CIA. Turner złapał gazetę. W ogóle nie słyszał o takiej możliwości. Wiliam J. Casey, 67-letni przewodniczący kampanii Reagana. Turner uważał, że taki wybór byłby absolutnie niewłaściwym krokiem wstecz. Taka sytuacja miała już jednak miejsce w przeszłości. W 1968 roku Richard Nixon mianował swojego szefa kampanii Johna N. Mitchella prokuratorem generalnym. Czyżby i tym razem CIA miała się stać politycznym łupem wojennym?

Turner czytał dalej: Casey pracował dla Biura Służb Strategicznych (OSS) - organizacji wywiadowczej podczas II wojny światowej. Turner uważał, że nie jest to istotne w tej sprawie; to tak jak mianowanie jakiegoś starego admirała z czasu II wojny światowej na szefa Marynarki Wojennej. OSS i stosunki rodem z tego ugrupowania nadal

utrzymywały się w CIA i były dla Turnera powodem do troski. Ludzie ci tworzyli zwartą klikę, lecz przy jakimś starciu z Kongresem lub Białym Domem bractwo to mogło dostać w łeb, tak jak to miało miejsce w latach siedemdziesiątych podczas śledztw w CIA. Wtedy przetrwali ale wtedy byli potrzebni. Każdy prezydent, każdy dyrektor potrzebował zaangażowanych, tajnych "wyrobników" do brudnej roboty. Tworzyli nieoficjalny klub, gorliwie służyli w tajnych projektach, czuli się świetnie w środowisku, gdzie wszystko - nawet nagrody - jest tajne. Byli siłą i słabością CIA. I nagle jeden z bractwa wychodzi z cienia. W Post pisano o zasługach Caseya, o tym, że kierował akcją szpiegowską za niemieckimi liniami w ostatnich sześciu miesiącach wojny. To było trzydzieści pięć lat temu.

Turner oczekiwał, że zrobią mu tę uprzejmość i poinformują go, iż jego miejsce zajmie ktoś inny, zanim podadzą to do gazet. Artykuł mógł jednak zawierać nieprawdziwe informacje. Nawet nie słyszał o Caseyu przed kampanią. Na pierwszej konferencji prasowej prezydent-elekt Reagan zapowiedział, że Casey wróci do prywatnej praktyki adwokackiej.

Perspektywa zwolnienia wzmocniła tylko przekonanie Turnera, że wyprowadził CIA z mrocznego i burzliwego okresu wstrząsów, połowy lat siedemdziesiątych, które przyszły w następstwie Wietnamu i Watergate; śledztwa prowadzone przez Kongres wryły się głęboko w tajną przeszłość CIA. Spiski, zamachy na zagranicznych przywódców, podawanie nieświadomym tego ludziom niebezpiecznych narkotyków halucynogennych, gromadzenie zapasów trucizn zakazanych zarządzeniem prezydenta, otwieranie poczty, szpiegowanie Amerykanów sprzeciwiających się wojnie wietnamskiej. Wyprowadził CIA z epoki kowbojów. Sprzeciwił się temu, co uważał za wypaczone, obsesji tajności -pokazał, że agencja potrafi działać skutecznie w ramach reform wymagających ścisłej odpowiedzialności przed komisjami wywiadowczymi Kongresu. Działania jego CIA były rozsądne i miały poparcie Kongresu. Turner uważał, że gdyby operacje te spotkały się ze zrozumieniem, uzyskałby poparcie Reagana i Amerykanów.

Miesiąc przed wyborami, Turner wziął tydzień wolnego, aby odgrodzić się od codziennej rutyny i napisać raport ze swojej działalności na stanowisku dyrektora CIA w ciągu ostatnich czterech lat oraz zarysować plan na następne czterolecie. 7-stronicowy szkic z datą 17 października 1980 r., ostemplowany "Tylko do wglądu dyrektora Centralnego Wywiadu" był więcej niż ściśle tajny. Notatki te zawierały historię, która zaskoczyłaby zarówno prezydenta-elekta jak i jego zespół.

Początkowo Turner miał kłopoty z kontrolowaniem co bardziej szalonych i impulsywnych kowbojów oraz członków bractwa, ale wreszcie udało mu się zapanować nad większością, a niektórych się pozbyć. Lecz pozostał jeszcze większy problem: CIA miała zszarpane nerwy. Dyrekcja operacji stała się bojaźliwa, dlatego też wydział szpiegowski podejmował tajne działania tylko w wypadku, kiedy prezydent autoryzował tajną interwencję w innych krajach.

Turner w wielu przypadkach sugerował radzie nowe, tajne działania, lecz zarząd za każdym razem kategorycznie sprzeciwiał się ich realizowaniu. W jednej kwestii, bez konsultacji z Białym Domem, Turner wysłał wstępną notę do zastępcy dyrektora ds. operacji z pytaniem: jakie kroki należy przedsięwziąć, aby obalić trzech przywódców państw wrogich interesom USA - przywódcę Kuby Fidela Castro, irańskiego przywódcę Ayatollaha Chomeiniego i Muammara Kadafiego z Libii. Odpowiedź od DDO brzmiała: "nic, proszę nic nie robić. W żadnym z tych krajów albo nie ma liczącej się opozycji politycznej, albo CIA wie o niej zbyt mało, aby wspierać taki ruch, partię lub lidera". Tymczasem Turner chciał tylko znaleźć kanał do przekazywania tajnych pieniędzy, który mógłby służyć jako punkt kontaktowy z grupami wywrotowymi tych krajów. Sabotaż jako czynnik ingerencji został zabroniony zarządzeniem podpisanym przez Cartera. Turner absolutnie zgadzał się z tym zakazem, ale nawet wtedy pracownicy operacyjni obawiali się, że zostaną w coś przez niego wmieszani. Turner był zaskoczony ich niechęcią. Bez względu na to, jak badał tę sprawę, nie mógł nic zdziałać z DDO. Okazywali niepokój wobec perspektywy poważnego wtrącania się w sprawy innych państw, chociaż należało to do ich obowiązków. Wprawdzie trochę pieniędzy zostało przesłanych siłom opozycyjnym w Iranie, lecz w opinii Białego Domu były one przeznaczone bądź na ukaranie Chomeiniego bądź do nawiązania kontaktów w przypadku kontrrewolucji.

Turner zaproponował zarządowi, aby agencja obmyśliła plan ograniczonej, utajnionej akcji mającej na celu znalezienie i udzielenie pomocy jakiemuś centrowemu politykowi w Gwatemali, a może nawet wciągnięcie jakiegoś energicznego Gwatemalczyka na listę płac agencji. W Gwatemali szerzyła się przemoc polityczna. Miała tam bowiem miejsce sytuacja klasyczna dla Ameryki Środkowej: prawicowy rząd wojskowy występował przeciwko marksistowskim partyzantom. Zamieszki pochłonęły w tym roku już setki ofiar. Zdaniem Turnera ukryte wsparcie polityczne w tej sprawie mogło wyśmienicie posłużyć interesom USA.

Zarząd zareagował tak, jakby zaproponował zaproszenie KGB na spotkanie sztabowe o 9:00 rano. Tajni operatorzy argumentowali, iż taka operacja wiązałaby się z ogromnym ryzykiem, że CIA wyprzedzi działanie administracji, której polityka i tak nie była jasna. Przypuśćmy, że facet którego wybiorą... nie spełni oczekiwań. Przypuśćmy, że stanie się potworem Frankensteina. Przypuśćmy, że oni rozwiną współpracę, a potem prezydent Carter - albo inny prezydent - będzie chciał zmienić swoje zapatrywania polityczne. Zbyt łatwo można było się pomylić. Oburzenie było jednogłośne. W tej sytuacji Turner nie śmiał nawet napomknąć o tej koncepcji w Białym Domu. Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Zbigniew Brzeziński prawie na pewno poparłby jakiś rodzaj tajnej akq'i, ale Carter mógłby mieć wobec niej wątpliwości. Jedną z cech prezydenta było bowiem oscylowanie między "twardą" wizją świata przedstawianą przez Brzezińskiego, a "miękką" wizją sekretarza stanu, Cyrusa Vance'a. Turner uważał Cartera za pacyfistę.

14 listopada 1980 r. Turner zawarł swoje dodatkowe opinie i spostrzeżenia w notatce, gdzie pod nagłówkiem "Biały Dom" napisał "źródła konfliktu". Lista była długa, lecz wiele problemów sprowadzało się do doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Brzezińskiego, który uważał, że CIA pracuje dla niego. Gdy Turner upierał się przy pewnej sprawie wywiadu, dotyczącej kontroli zbrojeń, Brzeziński powiedział mu: Nie jest pan Sądem Najwyższym, nie jest pan Czwartym Wydziałem rządu. Musi się pan zdecydować, dla kogo pan pracuje.

Brzeziński bardzo lubił "surową" informację wywiadowczą. Agencja Bezpieczeństwa Narodowego, która podsłuchiwała obcą łączność, często dostarczała mu transkrypcji rozmów jakiegoś szefa państwa albo rozszyfrowaną analizę polityczną, którą jakaś zagraniczna ambasada w Waszyngtonie przesyłała do swojej stolicy. - Widział pan ten podsłuch? - pytał Brzeziński. Turner uważał, że Brzeziński popełniał ty- Ł powy błąd młodego stażem analityka, uważając, iż wyjaśnienie waż-} nych wydarzeń jest możliwe dzięki pojedynczym telefonom czy podsłuchowi. Zbyt często NSA przechwytywała nieprawdziwe informacje od źle poinformowanego i zadufanego w sobie urzędnika lub też jakiegoś ambasadora przekazującego więcej niż wiedział, dlatego też pod nagłówkiem "NSA" napisał: Analiza pojedynczego źródła jest niebezpieczna. :,

Z Brzezińskim toczył ciągłą walkę, bywał on czasem drapieżny. -, Nie macie ani jednej wartościowej wtyczki w Związku Radzieckim - zarzucił na jednym ze spotkań. Turner miał kilka wtyczek sowieckich, chociaż pewien był tylko jednej. Dwie inne zostały utracone, prawdopodobnie zlikwidowane.

W 1977 Turner spotykał się z prezydentem trzy razy w tygodniu. Potem Carter poświęcał mu już tylko jeden dzień, natomiast w późniejszym okresie rozmowy te zostały zredukowane do jednej na dwa tygodnie. O taki obrót rzeczy Turner obwiniał Brzezińskiego, który kiedyś wyraził opinię, iż jego studenci dyplomowi w Uniwersytecie w Columbii są lepszymi analitykami, niż CIA.

Kiedy chory na raka szach Iranu przyjechał do Stanów Zjednoczonych w październiku 1979 roku na leczenie (dwa tygodnie przed wzięciem do niewoli amerykańskich zakładników), Biały Dom chciał, żeby CIA założyła podsłuch w szpitalnym pokoju zdetronizowanego władcy. Celem było wykrycie planów tego niestabilnego człowieka. Turner argumentował, iż szach ma te same prawa co obywatel amerykański, a w świetle prawa CIA nie może zbierać informacji na terenie USA Otrzymał jednak pisemne polecenie. W tej sytuacji zatwierdził elektroniczną inwigilację trzech prywatnych pokojów szacha na siedemnastym piętrze nowojorskiego szpitala, chociaż nadal nie uważał tego za właściwe.

Carter i Brzeziński traktowali wywiad jak narzędzie, jak instalację hydrauliczną. Gdy nie działało, gdy "pluskwa" nie zostawała założona zaraz po wydaniu rozkazu, płaciło się słono za to przewinienie. Z czasem Turner zdał sobie sprawę z tego, iż został odizolowany od własnej agencji i od prezydenta, któremu służył.

Starając się dotrzeć do prezydenta-elekta, Turner dostarczył egzemplarz swojej drugiej noty członkowi zespołu przejściowego, który dokonywał przeglądu CIA dla nowej administracji. Zwrócono mu ją oznaczoną sugestiami nawołującymi do szybkiej przemiany agencji w ramię antysowieckiej analizy. Tam, gdzie Turner wymieniał pewne pozytywne cechy CIA, znalazł nabazgraną uwagę: zbyt liberalne, obawa przed kontrowersją polityczną. Co do Kongresowych Komisji Nadzoru Wywiadu i ich personelu, członek zespołu Reagana napisał: lewica musi posunąć się jak najdalej. Turner napisał w swojej notatce, że CIA "nie wytrzyma jeszcze jednego skandalu". Ręcznie napisana notatka twierdziła: klimat się zmienia, zmieni się jeszcze bardziej. Jeśli będziemy działać w oparciu o strach, to zrobimy bardzo niewiele. W miejscu, gdzie Turner napomknął o zdolnościach paramilitarnych największych aktywistów i interwencjonistów CIA - nabazgraną uwaga brzmiała: trzeba odbudować. Turner pomyślał: powodzenia.

Gdy Turner skończył śniadanie, jego szofer, Ennis Brown, pojawił się w drzwiach, aby zabrać go na spotkanie z Reaganem. Turner usiadł z tyłu, gdzie czekały na niego w teczce nocne i poranne wiadomości.

Ciemny, rządowy Oldsmobile zjechał z ulicy Skipwith na 123 ulicę, włączając się w poranny ruch. Brown szybko lawirował, profesjonalnie wykorzystując każdą okazję, by wyprzedzić powolniejsze samochody.

Pracownik ochrony CIA, jeden z czterech, którzy pracowali rotacyjnie w ochronie, jechał ze strzelbą na przednim siedzeniu. Wodził wzrokiem po okolicy, wypatrując czegoś niepokojącego. Był piękny, słoneczny, jesienny dzień, lecz kuloodporne szyby Oldsmobila nie otwierały się, więc nikt w środku nie mógł się cieszyć urokami dnia. Samochód posiadał pełne wyposażenie ochronne, opancerzenie i podłogę przeciwminową.

Na tylnym siedzeniu Turner szeleścił nerwowo papierami. Chciał skoncentrować się na pozytywnych, najbardziej twórczych i śmiałych przedsięwzięciach, które przedstawi Reaganowi w taki sposób, aby ktoś taki jak Reagan, któremu obcy jest wywiad i który nigdy nie piastował federalnego urzędu, mógł się zorientować na czym to polega. Turner przedstawiał informacje Reaganowi tak, aby móc utrzymać się jeszcze na stanowisku.

Jedną z najtajniejszych operacji była CNCP (Special Navy Control Programm - Specjalny Program Kontrolny Marynarki Wojennej). Navy Special - jak była nazywana, w ramach której amerykańskie łodzie podwodne tropiły jednostki rosyjskie, a także przeprowadzały bardzo ryzykowne inwigilacje na rosyjskich wodach terytorialnych lub wewnątrz portów. Jej działanie obejmowało podkładanie wyszukanych elektronicznych urządzeń odbiorczych - "strączków" - służących do nasłuchu kanałów łącznościowych w radzieckich kablach podmorskich. Były to bardzo niebezpieczne operacje. Narażały na ryzyko zarówno życie załogi, jak i samą jednostkę. Działania te były chlubą Marynarki Wojennej, która bardzo lubiła takie męskie, śmiałe wyczyny. Każda misja musiała być zatwierdzona przez prezydenta. Łódź podwodna wychodziła w morze, zakładała "strąk" nasłuchowy, opuszczała okolicę. Tygodniami czekała na powrót w celu wyciągnięcia taśm z urządzenia odbiorczego zainstalowanego na kablu. Taśmy niezwłocznie przekazywano ponownie NSA, a informacje z nich uzyskane przekazywano do wiadomości niewielu osobom w CIA, Departamencie Obrony i w Białym Domu. Czasem Turner uważał, że informacja miała marginalną wartość, jeżeli wziąć pod uwagę ryzyko.

Musiał być jednak sprawiedliwy, nieraz łódź podwodna wracała z bardzo bogatym żniwem danych o wojskach radzieckich. Była to jedna z niewielu operacji, która uzyskiwała duże ilości wysokiej jakości, rzetelnych informacji wywiadowczych o Związku Radzieckim. Od czasu

do czasu "połów" obejmował nagrane rozmowy urzędników sowieckich, ujawniające ich niepewności, kłamstwa i słabości. Tak jak wiele działań wywiadowczych i to oparte było na błędach popełnianych przez drugą stronę. Sowieci uznali, że kable podmorskie nie mogą być nasłuchiwane, więc połączenia nie posiadały skomplikowanych systemów kodujących, zdarzało się nawet, iż nie posiadały żadnych zabezpieczeń szyfrowych.

Innym projektem był Indigo - nowy, ściśle tajny system, właśnie opracowywany. Miał on być kluczem do sprawdzania przyszłych umów z Sowietami na temat kontroli zbrojeń. Wykorzystując obrazy z radaru, Indigo widziałby przez chmury i mógłby działać w nocy, kiedy satelity fotograficzne były ślepe. Te specyficzne właściwości były szczególnie ważne w Europie Wschodniej, gdzie "diabelskie zachmurzenie" potrafiło utrzymywać się całymi tygodniami.

W wielu krajach elitarne zespoły CIA i Narodowej Agencji Bezpieczeństwa (SCE) prowadziły działania podsłuchowe za pomocą najnowszych gadżetów. SCE osiągnęło mistrzostwo w sztuce szpiegowania, dostarczało dosłownych transkrypcji ze spotkań rządowych na wysokim szczeblu w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Azji oraz transkrypcji rozmów telefonicznych pomiędzy ważnymi politykami. Informacje te uzupełniały doniesienia agentów CIA, szpiegujących z amerykańskich ambasad.

W swojej notatce "Tylko do wglądu DCI", Turner napisał: Większa potrzeba informacji na temat roli sojuszników i przyjaciół.

Szpiegowanie przyjaciół było sprawą delikatną, lecz konieczną. Szach Iranu był wielkim przyjacielem Stanów Zjednoczonych i CIA, a jego służba wywiadowcza - wywołujący lęk SAVAK - była głównym źródłem informacji dla agencji w Iranie. Dopiero teraz Turner zdał sobie sprawę z tego, jak wielki błąd popełnili. On i jego CIA całkowicie mylnie sklasyfikowali Chomeiniego jako łagodnego, sklerotycznego kleryka, a teraz doszło do tego, że to właśnie on (Chomeini) trzyma w niewoli obywateli amerykańskich. Doszedł do wniosku, że nic tak nie może zaskoczyć, jak poczynania przyjaciela; z nieprzyjaznymi narodami było nawet łatwiej - CIA wiedziała przynajmniej, czego się może po nich spodziewać.

Od czasu rewolucji irańskiej, Turner postarał się o zwiększenie sieci płatnych agentów w zagranicznych rządach i służbach wywiadowczych, działania te obejmowały także niektórych sojuszników i przyjaciół. Przykładem był Egipt. Operacja CIA w Egipcie, mająca na celu ochronę prezydenta Anwara Sadata i dostarczanie informacji o spi-

skach zmierzających do obalenia władzy, umożliwiała CIA dostęp elektroniczny i bezpośredni do rządu, społeczeństwa i przywódcy. Pałacowe plotki głosiły, iż Sadat pali trawkę i miewa ataki lęku, lecz Turner nigdy nie zwracał uwagi na tego rodzaju pomówienia. Było mało prawdopodobne, aby CIA mogła zostać zaskoczona jakimś posunięciem Sa-data, sieć informacji była zbyt szczelna.

Turner wiedział, że książę koronny Fahd z Arabii Saudyjskiej dość dużo pije, wbrew surowym zasadom religii muzułmańskiej. Miał także ściśle tajne raporty o zdrowiu radzieckiego I sekretarza, Leonida Breż-niewa, które były bardzo istotne dla Białego Domu - zwłaszcza w przededniu negocjacji. Wsparcie wywiadu informacjami dotyczącymi kontroli zbrojeń było świetne; NSA była w stanie rozszyfrować informacje dotyczące testów dokonywanych na sowieckich pociskach. Natomiast informacji na temat tego, co dzieje się w Biurze Politycznym -Najwyższej Radzie Związku Radzieckiego - praktycznie w ogóle nie było. A właśnie tego typu wiadomości najbardziej pragnęli Carter i Brzeziński, w tej sprawie jednak Turner nie był w stanie wiele zdziałać.

Podczas swojej kadencji w CIA, Turner nigdy nie widział takiego raportu, który byłby wart ryzyka czyjegoś życia. Niemniej musiał żądać większej ilości informacji. To była jego praca. W ciągu czterech lat tylko raz odrzucił propozycję delikatnej operacji za granicą. Miała to być powtórka wcześniejszej, udanej akcji. Uznał, że powtórki są zbyt ryzykowne.

Zadanie Turnera w ciągu następnych dwóch tygodni będzie polegało na wprowadzeniu nowego prezydenta w obecne realia i wiele innych ważnych spraw. Reagan będzie musiał zobaczyć cały plan rozmieszczenia operacji wywiadowczych. Musi poznać możliwości i ograniczenia CIA

Na przykład, w operacji nazwanej Cervical Rub (Tarcie Szyjkowe) -kryptonim wybrany przypadkowo - precyzyjne elektroniczne urządzenie skonstruowane i ukryte tak, żeby wyglądało jak gałąź, miało być "usadzone" na drzewie znajdującym się przy sowieckiej bazie lotniczej, w celu uzyskania danych na temat zaawansowania sowieckich radarów MiG. Baza mieściła się w pobliżu chętnie odwiedzanego parku. Agentowi wystarczyłoby tylko w którąś niedzielę przejść przez płot, wspiąć się na drzewo i wkręcić urządzenie. Jednak Cervical Rub został opóźniony, ponieważ jedyny osiągalny pracownik CIA nie był Europejczykiem i uważano, że zbyt się wyróżnia, aby pozostał niezauważony przez odpoczywające rodziny.

Problem tkwił w tym, że operacje były ryzykowne i wiele szczegółów musiało do siebie pasować. Może informacje o sowieckich syste-

mach radarowych były ważniejsze od niektórych danych z Biura Politycznego, ale CIA nie mogła podsłuchiwać całego świata.

Oldsmobile Turnera dojeżdżał do Lafayette Park naprzeciw Białego Domu i tu skręcił w jednokierunkową Jackson Place. Zatrzymał się przed domem nr 716 - rządową kamienicą z czerwonej cegły, w której mieszkał Reagan. Turner wysiadł i wbiegł po sześciu schodkach.

Tymczasowa rezydencja Reagana była niewyróżniającym się czteropiętrowym budynkiem. Sześć lat temu, wiceprezydent Nelson. A. Rockefeller wykorzystywał tę znakomicie chronioną kamienicę jako kwaterę główną komisji, której przewodniczył i która badała niejasne działania CIA. Reagan był jednym z ośmiu członków, choć nie wykazał się wielką aktywnością w obradach, przychodząc tylko na dziesięć z dwudziestu sześciu zebrań komisji. Kiedy opracowano sprawozdanie końcowe, Reagan bronił CIA, twierdząc: W każdej biurokratycznej strukturze liczącej około 16 tysięcy osób będą ludzie, którzy popełniają błędy i robią to, czego nie powinni.

Niedługo po wejściu Turnera, Reagan zszedł i ciepło go pozdrowił. Prezydent-elekt nie okazywał żadnego niepokoju, niecierpliwości, tylko naturalną życzliwość. Towarzyszyli mu George Bush, który był DCI przed Turnerem, główny doradca Reagana, Edwin Meese III - sympatyczny prawnik oraz inni doradcy. Był także Bili Casey.

Turner przedstawił zwięzły opis równowagi wojskowej w Europie i Ameryce Środkowej. Podał aktualne informacje na temat Polski, której Sowieci grozili inwazją, żeby stłumić niezależny związek zawodowy Solidarność. Napowietrzne satelitarne zdjęcia rekonesansowe i podsłuch łączności elektronicznej przechwycone z Berlina - światowej stolicy gromadzonych informacji wywiadowczych-dostarczały jednoznacznych relacji.

- Była też informacja osobowa - dodał Turner znacząco.

Casey pokręcił głową.

Turnera korciło, aby wyjawić, iż CIA miała głęboko zakonspirowanego szpiega, pułkownika w polskim sztabie generalnym, który dostarczał bieżących informacji dotyczących zamierzeń Polaków i Sowietów. Wojskowej rangi raporty pułkownika były rozprowadzone na liście BIGOT, wyłącznie do tych najwyższych rangą urzędników CIA, którzy absolutnie musieli o tym wiedzieć. Sprawozdania były doręczane do rąk własnych każdego z nich, w teczce oznaczonej charakterystyczną niebieską obwódką. Oznaczała ona, iż wiadomości znajdujące się w niej pochodzą z ważnego źródła osobowego. Wiceprezydent Wał-

ter F. Mondale i Brzeziński byli tymi nielicznymi, którzy posiadali stały dostęp do listy z niebieską obwódką. Nazwisko pułkownika Ku-klińskiego nigdy nie było wymieniane w tych raportach i znało je tylko kilku urzędników CIA.

Dokonując przeglądu "gorących" miejsc na świecie, Turner od czasu do czasu spoglądał na Caseya. Było w nim coś beznamiętnego. Mówił niewyraźnie, a jego sposób mówienia przypominał transmisję na krótkich falach. Parę kosmyków szczeciniastych włosów po bokach łysej głowy uparcie sterczało w różnych kierunkach, nadając mu wygląd starego profesora. Miał duże uszy, płaski nos i głębokie bruzdy na twarzy. Sprawiał wrażenie roztargnionego, mimo to Turner wyczuwał jego skupienie.

Później Casey podszedł do niego. Wyglądał trochę jak garbaty, wyciągając rękę na powitanie z przesadzoną, ale w odczuciu Turnera, prawdziwą jowialnością. Ramię uniósł wysoko, dużą dłonią złapał rękę Turnera.

- Cześć, Stan - powiedział głośno Casey szeroko się uśmiechając. Odciągnął Turnera na bok.

- Ta historia o przejęciu przeze mnie kierownictwa - powiedział Casey zniżając głos - to nieprawda. Nic jeszcze nie zostało postanowione.

Nie było to absolutne dementi artykułu. Być może, czując niepokój Turnera, Casey dodał: - Nie pcham się na twoje stanowisko.

Turner wyszedł z głęboką niepewnością, co do przyszłości swojej i CIA. Istniały pewne symptomy wskazujące na to, że wykluczono go z gry, ale nie miał jeszcze na to stuprocentowych dowodów.

Później, tego samego dnia, Meese przekazał Turnerowi wiadomość przez Biały Dom Cartera. Meese był ogólnie uznawany za autorytet w sprawach przyznawania kluczowych stanowisk w nowej administracji, był także uważany za zastępcę prezydenta-elekta. Meese dał mu do zrozumienia, że to nie on opublikował tę historię o Caseyu, jednak zasugerował, iż mianowanie Caseya nie jest wykluczone.

ROZDZIAŁ l

Chociaż Casey nie pchał się na stanowisko dyrektora, to odniósł jednak wrażenie, że Turner mu nie wierzy. Prawdę mówiąc, miał ochotę na stanowisko sekretarza stanu lub obrony. Te stanowiska się liczyły i mogły stanowić narzędzia nowej polityki zagranicznej i wojskowej. Ale zdawał sobie sprawę, iż może zostać zmuszony do zadowolenia się czymś

mniej odpowiedzialnym. Nie należał do bliskich, kalifornijskich przyjaciół prezydenta-elekta, a wydawało się jasne, że w nowym rządzie Kalifornijczycy będą dominować. Do kampanii Reagana dołączył późno, a jego ostateczna rola kierownika kampanii, mająca teoretyczne znaczenie, była poniekąd przypadkowa. Nie był długotrwałym, zaangażowanym "reaganistą".

W ubiegłym roku (1979) ni stąd, ni zowąd odebrał telefon od Reagana, który prosił o pomoc. Casey przez całe życie był zagorzałym republikaninem, prawnikiem bogaczy, przyjmującym w biurze przy Park Avenue 200 w Nowym Jorku. Zarobił miliony na szeregu spekulacyjnych inwestycjach giełdowych, na autorstwie i redakcji około dwóch tuzinów książek o tematyce podatkowej, inwestycyjnej oraz prawnej. Pieniądze dawały mu czas na uprawianie ulubionej gry - polityki. Po odbyciu służby w charakterze pracownika kampanii, organizatora, pisarza przemówień i uczestnika konwencji republikańskich, od 1940 roku zajmował kilka wyższych stanowisk federalnych w administracji Nixona i Forda, z których najważniejsze było stanowisko przewodniczącego Komisji Papierów Wartościowych w latach 1973-1974.

- Jest za wcześnie, żeby przyłączyć się do pana kampanii - powiedział Casey Reaganowi podczas tej rozmowy telefonicznej. Wyjaśnił, że jego niechęć do zaangażowania się w tej chwili nie powinna być postrzegana jako brak sympatii, wręcz przeciwnie.

Chwycił książeczkę czekową i prędko wypełnił czek na tysiąc dolarów, które przeznaczył na rzecz kandydatury Reagana - tak samo zresztą postąpił w przypadku innych republikańskich optymistów. Był to maksymalnie dopuszczalny prywatny datek. Nabazgrał nazwisko na dole czeku - "W w William, parodiujące styl pisania rodem z dobrej szkoły. Nauczył się tego w liceach nr 13 i 89 sześć dziesięcioleci wcześniej, w dzielnicy Elmhurst należącej do niskiej średniej klasy w Queens w Nowym Jorku. Litera "y" na końcu "Casey" była mocno napisanym, podręcznikowym "y", z prawie prostym, długim ogonkiem i przepięknie zakręconą pętelką, tak jakby stwarzał podpis pewny siebie, ale nie zarozumiały.

Na jego świadectwie z drugiej połowy szóstej klasy w szkole średniej nr 89, było dziewięć ocen bardzo dobrych i jedna trójka ze sprawowania - jedyny stopień w szkole niższy niż czwórka. Jego nauka była oceniona na piątkę. Koledzy z klasy nazywali go "Wulkanem". Od roku 1924 jego życie było ciągłym marszem na drugą, lepszą stronę. Nauczył się grać w golfa dzięki noszeniu kijów, a teraz należał do dobrego klubu. W latach 1934-35 studiował w Katolickim Uniwersytecie

Pracy Społecznej, gdzie większość studentów stanowiły zakonnice, księża i ludzie o zdecydowanych przekonaniach religijnych. Na dole jego dyplomu ktoś nabazgrał "bardzo dobrze". Casey doszedł jednak do wniosku, że praca społeczna jest dla kobiet i przeniósł się do katedry prawa. W tym samym roku przekazał też na cele dobroczynne równowartość rocznej pensji pracownika socjalnego - 21.970 dolarów. Był pospolitym człowiekiem obdarzonym niepospolitym bogactwem. Miał nadzieję, że jest grubą rybą, człowiekiem majętnym, człowiekiem interesu. Sztuki awansu społecznego nauczył się dwutorowo: poprzez osobiste bogactwo i biznes oraz poprzez doświadczenie zdobyte w rządzie, radach, komisjach, a także przez zaangażowanie polityczne. Zdawał sobie sprawę, że to wszystko zostało uzyskane częściowo kosztem utraty reputacji. Wielu uważało go za niesmacznego biznesmena, który dorobił się szybko pieniędzy, dzięki szeregowi oportunistycznych inwestycji i niezliczonym rzutkim ruchom w interesach -jak magnes przyciągał kontrowersyjne opinie. Znany był jako człowiek ostro grający na giełdzie, którą kiedyś sam kierował. Wydawał się obojętnie przyjmować krytykę, jak ktoś przyzwyczajony do spraw sądowych, ale pod tą maską ukrywał pragnienie akceptacji i poszanowania. Przy całym jego oddaniu religii, sprawie republikańskiej, jak również akcjom, których portfel posiadał - był otwarty na różne idee, ale sztywny w stosunku do ludzi. Przyjaciół obdarzał całkowitą lojalnością, z tym że ukazywał różne oblicza w różnych kręgach.

Po jakimś czasie Reagan ponownie zadzwonił do Caseya. Chciał czegoś więcej niż tysiąc dolarów. Miał przyjechać do Long Island - miejsca zamieszkania Caseya - na imprezę promocyjną. Na pytanie, czy mogliby się spotkać, Casey odpowiedział twierdząco. Zjedli śniadanie w zajeździe niedaleko domu Caseya - dużego wiktoriańskiego majątku o nazwie Mayknoll.

Przez półtorej godziny obaj mężczyźni prowadzili pogawędkę o perspektywach republikanów w wyborach. Casey słyszał, że Reagan jest płytki, ale uznał go za dostatecznie poinformowanego w dziedzinie ekonomii i zagadnień bezpieczeństwa narodowego. Reagan nie zagłębiał się zbytnio w te problemy, bardziej kierował się wyczuciem i intuicją, odpowiadało to jednak przekonaniom Caseya na temat wolnego rynku, silnej obronności i aktywnego antykomunizmu. Reagan był tylko o dwa lata od niego starszy, mieli podobne poglądy. Obaj w dzieciństwie byli biedni. Caseya pociągało urozmaicone życie Reagana -jego praca komentatora sportowego, aktora, związkowca, gubernatora... imponował mu on także jako konserwatywny mówca. Do pewnego stop-

nią ich życiorysy były podobne - Casey był prawnikiem, pisarzem, mistrzem szpiegowskim w OSS, historykiem amatorem (pisał wtedy książkę na temat OSS), a także był urzędnikiem państwowym. Obaj przeżyli kryzys i cztery wojny. Obu bawiła dobrze opowiedziana anegdota i lubili się pośmiać. Jednak, co najważniejsze, obaj gardzili Jimmy Carterem i tym, co uważali za jego słabość: niezdecydowaniem oraz niezdrowymi skłonnościami do obaw.

Wkrótce Casey został powołany na stanowisko w Komisji Wykonawczej kampanii Reagana. Wiedział, że będzie ciężko, ale traktował to jako misję. Popędził tam; przejrzał księgi, poznał Meese'a i najbliższego przyjaciela Reaganów - niskiego, przyjemnego człowieka - Mi-chaela Deavera.

- Chcę, żebyście przyjechali do miasta i zjedli lunch z Ranem i Nancy Reagan - tak mówił Casey swoim lojalnym przyjaciołom republikanom, zapraszając ich na imprezę dla uzyskania funduszy. Jeżeli wahali się, dodawał: - Słuchaj, nie chcesz chyba być poza tym wszystkim? Ten facet wygra. Ten facet będzie prezydentem.

Casey umiał wyciskać nowojorskie, republikańskie pieniądze. Intensywnie pracując przez telefon, zebrał 500.000 dolarów na rzecz kampanii Reagana pod koniec 1979 roku. Na początku 1980 roku, gdy szef kampanii John P. Sears został zwolniony, Reagan poprosił Caseya o przejęcie tej funkcji.

Na to właśnie Casey polował przez całe życie. Polityka była jego pierwszą i największą miłością.

Podczas konwencji republikanów w 1952 roku, Casey - wówczas 39-letni - patrzył z rozczarowaniem jak konserwatywny senator Robert A. Taft został pokonany przez Dwighta D. Eisenhowera w republikańskiej nominacji prezydenckiej. Niedługo potem Casey podzielił tę opinię z 26-letnim Williamem F. Buckleyem Jr., już wtedy lansowanego na konserwatywnego, cudownego chłopaka, za sprawą książki Bóg i człowiek w Yale. Casey i Buckley byli członkami antykomunistycznego, antyliberalnego bractwa w Nowym Yorku. Był to bardzo elitarny klub - liczący może pięćdziesięciu członków. Buckley żartował, że tajny był tam nawet uścisk ręki. Casey powiedział Buckleyowi: - Gdybym ja zarządzał tą kampanią, to Taft wygrałby tę nominację. Buckley pamiętał te słowa przez długie lata. Toteż w 1980 roku, gdy Reagan zadzwonił do swojego przyjaciela Buckleya i powiedział mu: - Wyrzuciłem Johna Searsa i zatrudniłem Billa Caseya, Buckley był zachwycony. Dla Buckleya Casey był zawsze na swoim miejscu, z jed-

nym tylko niewielkim odchyleniem. W 1966 roku, po zupełnie nieudanej kandydaturze Barr^ego Goldwatera na prezydenta, Casey rozpoczął swoją pierwszą i na szczęście jedyną próbę uzyskania stanowiska państwowego. Starał się o nominację do Kongresu z ramienia swojego okręgu North Shore Long Island, mając poparcie skrzydła partii dowodzonego przez Nelsona Rockefellera i Jacoba K Javitsa. Nominację republikańską wygrał Steven B. Derounian z obozu Goldwatera, a Casey powrócił za kulisy, gdzie według Buckleya i wielu nowojorskich republikanów, było jego właściwe miejsce.

Jako nowy kierownik kampanii Reagana, Casey musiał ocenić ośrodki władzy skupiające się wokół Reagana. Spojrzenia, ukradkowe i delikatne aluzje... przeważnie mówiły jedno: Nancy. Aktor James Stewart zauważył kiedyś: - Gdyby Ronald Reagan ożenił się z Nancy wcześniej, to mógłby dzięki niej dostać Oscara. Casey rozumiał, że Nancy Reagan była najlepsza w prowadzeniu interesów męża.

Jednak Casey nie zawsze dobrze się czuł przy ultraprawicowcach w kampanii. - Są pośród nas szaleńcy, a ja jestem członkiem Rady ds. Stosunków Międzynarodowych - powiedział drugiemu członkowi kampanii. Nie dodał, że początkowo został odrzucony i był wściekły, że zaproponowano mu członkostwo dopiero wtedy, gdy został podsekretarzem stanu w 1973 roku. Caseya kusiło, by wyrzucić zaproszenie do ustępu i powiedzieć im, żeby poszli do diabła, lecz przyjął to spokojnie. Był to przydatny, choć pretensjonalny list uwierzytelniający.

Niektórzy członkowie kampanii i reporterzy opisywali Caseya jako "rozlazłego". Zostawiał rzeczy w pralniach całego Waszyngtonu i Los Angeles. Czasem podróżował bez walizki i po prostu kupował czyste ubrania, kiedy ich potrzebował. Kiedyś Deaver siedział koło niego na zebraniu i po zapachu doszedł do wniosku, że Casey nie miał czasu iść na zakupy. Następnego dnia Casey był wyszorowany do czysta, ewidentnie świadom wczorajszego niedopatrzenia. Jednak Deaver zdawał sobie sprawę, że gdy Casey wykonywał zadanie, nic nie mogło mu w tym przeszkodzić; pracował w nocy i w weekendy. Był to upór godny podziwu.

Na miesiąc przed wyborami, w oczekiwaniu na zwycięstwo Reagana, Casey stworzył nierzucającą się w oczy, półoficjalną Tymczasową Komisję Doradczą, wybierając grupę siedemnastu starszych i doświadczonych ekspertów, łącznie z byłym prezydentem Fordem i innymi wysoko notowanymi republikanami i demokratami. Sam przewodniczył grupie, przydzielając referaty i zadania. Niektórzy uważali, że plasował się na środku sceny, jako potencjalny sekretarz stanu. Po krótko sprawowanym urzędzie podsekretarza stanu ds. gospodarczych

w latach 1973-74, został stamtąd usunięty przez ówczesnego sekretarza Henry A. Kissingera. O tym, że Casey nie posiadał większych wpływów świadczy fakt, iż w swoim 2690-stronicowym dwutomowym pamiętniku Kissinger poświęcił mu jeden ogólnikowy odnośnik i umieścił go w Komisji Doradczej Reagana.

Grupa czuła bezpośrednie i ważne wyzwanie dla przychodzącej administracji: była to insurekcja komunistyczna w niewielkim kraju w Ameryce Środkowej. Casey zdecydował, że niepozorny Salwador jest najważniejszym punktem na świecie. Jeżeli Stany Zjednoczone nie mogły sobie poradzić z zagrożeniem na własnym podwórku, to wiarygodność Reagana będzie narażona na ryzyko w pozostałych częściach świata. Casey osłupiał, gdy dowiedział się, że CIA zlikwidowała swoją komórkę w Salwadorze dla oszczędności w 1973 roku i otworzyła ją ponownie w 1978 r. Oznaczało to pięcioletnią lukę -jak to się mogło stać? Co się działo w CIA? Wywiad ma być pierwszą linią obrony. Jeśli nie dołoży się starań w celu zdobycia informacji, to wywiad nie odegra żadnej roli w konkretnych działaniach.

W dzień po spotkaniu z Turnerem, 20 listopada 1980 r. Reagan odleciał z powrotem do Kalifornii. Podczas gdy on czekał na przejęcie urzędu, dusza administracji Reagana pozostawała do wzięcia. Nikt nie rozumiał tego lepiej niż jego konserwatywni przyjaciele w Kalifornii. Postarali się, żeby Reagan przyjął ważnego gościa z zagranicy. Był nim pułkownik Alexander de Marenches, szef francuskiego odpowiednika CIA - Służby Dokumentacji Zewnętrznej i Kontrwywiadu - SDECE. Marenches był dobrze znaną postacią w europejskich środowiskach konserwatywnych. Korpulentny, wąsaty i patrycjuszowski, miał żonę Amerykankę, szefował SDECE od dziesięciu lat. SDECE, nazywane "Basenem." z powodu usytuowania budynków jej centrali obok basenu Tonselles na peryferiach Paryża, odgrywała dużą rolę we francuskiej polityce wewnętrznej. Marenches miał w gabinecie mapę świata, na której rozprzestrzenianie się komunizmu zaznaczano na czerwono. Pomniejszone wersje tej mapy były wręczane oficjalnym gościom. Kilka lat wcześniej dał jedną z takich map admirałowi Turnerowi podczas oficjalnego spotkania łącznościowego pomiędzy szefami wywiadu.

Podczas wizyty w Kalifornii, Marenches miał więcej do zaoferowania niż kolorową mapę. Praca szpiegowska dla tego urzędnika francuskiego było niezwykle poważną sprawą, podejmowaną z wielkim ryzykiem, w oczekiwaniu na wielkie zyski. Nie miał zbyt dobrej opinii o metodach CIA, polegających na ukrywaniu agentów za granicą jako

2 - VEIL - Tajne wojny CIA

dyplomatów w ambasadach amerykańskich. Szef komórki CIA i starsi oficerowie - często wszyscy oficerowie - byli łatwo rozpoznawani, narażając swoją szpiegowską działalność na ośmieszenie. Bardziej efektywne, choć trudniejsze, było utajnione działanie. W akcjach tych agenci podszywali się pod różnego autoramentu sprzedawców np. samolotów; popularnością cieszył się także dyskretny wywiad środowiskowy. Prawdziwe szpiegostwo polegało na całkowitej asymilacji - a był to spory wysiłek. Czasem europejskie służby wywiadowcze wykorzystywały dziennikarzy jako szpiegów, ale Amerykanie wystrzegali się tego. Wolność słowa ceniona była wyżej niż bezpieczeństwo narodowe. W oczach Marenchesa szpiedzy udający dyplomatów byli niezbyt poważni. ~

Marenches rozmawiał z prezydentem-elektem o wspólnych problemach: groźbie komunizmu, niebezpieczeństwie słabości w sferach wojskowych i wywiadowczych. Mówił jednak ogólnikowo.

- Nie udzieli mi pan rady? - zapytał Reagan. - Wszyscy mają dla mnie rady.

- Mogę panu tylko powiedzieć o ludziach - odpowiedział Marenches (mówił doskonałą angielszczyzną - uważał, że języki obce są absolutną koniecznością dla oficera wywiadu). Mógł powiedzieć prezy-dentowi-elektowi tylko o "ludziach, z którymi powinien się zobaczyć i takich, z którymi nie powinien".

- Z kim powinienem się zobaczyć?

Marenches wymienił Aleksandra Sołżenicyna - radzieckiego pisarza. On rozumie naturę sowieckiego zła. Reagan powinien także spotkać się z Jonasem Savimbi - przywódcą ruchu oporu w Angoli, który walczył z reżimem komunistycznym w południowo-zachodnioafrykań-słdm państwie. Stany Zjednoczone udzielały Savimbi tajnego wsparcia CIA, aż do 1976 roku, gdy Kongres uchwalił tzw. Poprawkę Clarka, zakazującą tajnej akcji w Angoli.

- Jeżeli chce pan dowiedzieć się czegoś o piekle, powinien pan rozmawiać z tymi, którzy tam byli - oświadczył francuski szef wywiadu.

- Z kim nie powinienem się spotkać? - zapytał Reagan.

- Z wieloma - odpowiedział Marenches - ale podam panu jednego, który wystarczy za nich wszystkich: Armand Hammer. Hammer był prezesem firmy Occidental Petroleum i długoletnim przyjacielem wielu przywódców radzieckich. Był symbolem odprężenia*.

* Harry Drucker potwierdził, że obaj byli stałymi klientami, ale zaprzeczył jakoby Hammer kiedykolwiek ustalał, żeby siedzieć koło Reagana.

- Dziwne - powiedział Reagan - widuję go często. Za każdym razem kiedy idę do fryzjera, to oft tam jest.

- Wie pan, co mam na myśli? - zapytał Marenches.

Hammer złożył niedawno kategoryczne żądanie: za każdym razem, kiedy Reagan ustalał wizytę u fryzjera w salonie Druckers w Beverly Hills, Hammer chciał zamówić krzesło obok.

Marenches miał dodatkową uwagę: - Niech pan nie ufa CIA. To nie są poważni ludzie.

Szef francuskiego wywiadu nie uważał, aby w CIA był',,kret", niedbałe zabezpieczenia, czy też przypadkowe przecieki do prasy - miał na myśli brak wytrwałości.

Reagan powtórzył ostrzeżenie Marenchesa - Proszę nie ufać CIA - George'owi Bushowi, który był szefem CIA w latach 1976-77. Bush uważał to za bzdurę, ale na Reaganie ostrzeżenie to wywarło głębokie wrażenie. Bush powiedział jednemu z przyjaciół z CIA, że biorąc pod uwagę zdystansowany styl rządzenia Reagana i jego nieznajomość spraw wywiadu, ważne jest, aby Reagan miał szefa CIA, z którym by czuł się pewnie, kogoś, komu w pełni by ufał. Kwestia ta nabrała jeszcze większej wagi po przestrodze Marenchesa.

Casey patrzył z pewną konsternacją na postępy w doborze gabinetu Reagana. Na każde stanowisko w gabinecie była lista trzech nazwisk, a on został wytypowany na sekretarza stanu i obrony, jednak nie było osoby ogólnie koordynującej. Tak jak i w czasie kampanii istniały enklawy władzy, z których żadna nie była naczelna. Był Meese i Kalifornijski Gabinet Cieni. Były indywidualne ambicje optymistów i był wreszcie sam Reagan, już z powrotem u siebie w domu w Palisades w Kalifornii. Chrzaniło się wszystko strasznie. Reagan ostatecznie postanowił, że jego pierwszym kandydatem na sekretarza stanu będzie George P. Shultz, były członek gabinetu Nixona i Forda (sekretarz pracy, dyrektor Biura Zarządzania i Budżetu, sekretarz skarbu). Sądząc widocznie, iż podwaliny zostały położone, Reagan zadzwonił do Shultza. Kłopot polegał na tym, że Shultz słyszał już o umieszczeniu swego nazwiska na liście typującej na stanowisko sekretarza skarbu.

- Chciałbym, żeby pan przyszedł do mojego sztabu - prezydent-elekt powiedział do Shultza, z niezamierzoną dwuznacznością.

Shultz odmówił, myśląc, że chodzi o skarb.

Deaver, który był w pokoju, gdy Reagan dzwonił, dowiedział się dopiero kilka miesięcy później co się stało. Gdyby sprawę przedstawiono w innym świetle, Shultz objąłby to stanowisko.

Kolejnym kandydatem Reagana, mającym objąć posadę sekretarza stanu był Alexander M. Haig. Co najważniejsze Nancy Reagan go aprobowała. Uważała, iż Haig miał cechy gwiazdora - był przystojny, zdecydowany, miał wojskową postawę, był czarujący i ciepły. Główna gwiazda. Stało się jasne, że luk w znajomości podstaw polityki zagranicznej u Reagana nie mogła wypełnić Komisja Doradcza Caseya. Haig posiadał wszystkie potrzebne cechy. Był generałem o czterech gwiazdkach, który dowodził siłami NATO w Europie, miał doświadczenia w Białym Domu jako następca Kissingera i szef sztabu Nixona.

- Nie dostanę "stanu" - powiedział Casey przyjacielowi - wszyscy poparliśmy Haiga. Potrzebujemy prestiżu.

Caspar W. Weinberger - stary, kalifornijski przyjaciel Reagana -

zdobył "obronę".

Zirytowany Casey wrócił do Nowego Yorku, żeby pozałatwiać swoje sprawy, robił to bez zapału, nic bowiem nie było tak podniecające jak to, co działo się w Waszyngtonie i Kalifornii, gdzie wybierano resztę gabinetu. Pozostawał w kontakcie z Meese'em. Casey dał do zrozumienia, że chciałby służyć w nowym gabinecie, ale pozostało niewiele stanowisk. DCI nie był częścią gabinetu. Meese, świadomy urażonej ambicji Caseya, powiedział mu, że stanowisko DCI może być łatwo promowane do rangi gabinetowej. Miały miejsce dalsze rozmowy.

Meese powiedział Deaverowi: - Bill Casey chce być szefem CIA.

- Uważani, że to błąd - odpowiedział Deaver. - Nie sądzę, żebyśmy mogli dać takie stanowisko politycznemu najemnikowi.

Meese natomiast dał do zrozumienia, że interes ma być ubity lada moment. Casey był dobrym człowiekiem, znał wywiad i zasługiwał na wysokie stanowisko. Pod warunkiem, że się zgodzi. Deaver nie powiedział nic więcej. Meese poszedł do Reagana i zaproponował Caseya do CIA oraz stwierdził że DCI winno być stanowiskiem gabinetu.

- W porządku, zgadzam się - powiedział Reagan. To było całe jego zaangażowanie, poza tym, iż zadzwonił do Caseya z tą propozycją.

Reakcja Caseya była chłodna. Powiedział prezydentowi-elektowi, że chciałby to przemyśleć i poradzić się swojej żony Sophii.

- Dobrze - powiedział cierpliwie Reagan, ale później wyraził zdziwienie. Co się stało? Myślał, że wszystko było załatwione. Casey chce być szefem CIA, czy też nie?

W małym, skromnym biurze na czwartym piętrze przy K Street w centrum Waszyngtonu, szczupły, dobrze zakonserwowany mężczyzna, posiadający wrodzoną godność i ogładę, obserwował zwycięstwo Rea-

gana z wielkim, aczkolwiek powściągliwym zainteresowaniem. Zezował - a to oznaczało, że rozmyślał. Z reguły namyślał się głęboko. Miał na sobie schludny, odprasowany ciemny garnitur, obowiązkową chusteczkę do nosa, skarpetki podtrzymywane staroświeckimi podwiązkami, buty wyczyszczone. Siwe włosy przygładzone były jakimś gęstym płynem rodem z poprzedniej epoki, ale kilka niesfornych kosmyków wiło się nad kołnierzem.

Tabliczka na drzwiach oznajmiała Safeer Company; była to międzynarodowa firma doradcza, "Safeer" znaczyło w języku farsi "Ambasador". Był ambasadorem USA w Iranie od 1973 do 1976 roku. Dla obcych mógł sprawiać wrażenie podenerwowanego. Jednak ci, którzy go znali, wiedzieli że ta nerwowość oznaczała koncentrację. Zawsze był uważnym słuchaczem. Oceniał argumenty, dokładnie czytał gazety - nawet fragment artykułu na temat nowego ministra obrony Grecji, kilka zdań o głosowaniu w norweskim parlamencie lub wzmiankę o nadwyżce handlowej w Japonii. Był oficerem wywiadu, co prawda aktualnie nie zajmował żadnego stanowiska w wywiadzie, jednak z zamiłowania obsesyjnie filtrował wszelkie informacje.

Richard Helms, jeden z trwałych symboli, kontrowersyjna postać legend o CIA, we właściwy sobie analityczny sposób zaczaj myśleć nad zmianą na stanowisku dyrektora CIA Związki, układy, przekonania i przeszłość Helmsa były związane z agencją. Był w OSS w czasie II wojny, do CIA przyszedł w 1947 roku, objął stanowisko zastępcy dyrektora ds. planowania i był dyrektorem Centralnego Wywiadu od 1966 do 1973 roku w czasie wojny wietnamskiej - w jej kulminacyjnym, najcięższym momencie. Epoka Helmsa obejmowała także początek afery Watergate, przed jej zakończeniem Nixon przeniósł go do Iranu jako ambasadora.

Teraz, w roku 1980, CIA na pewno znowu wejdzie w nowy okres, pod wpływy nowego prezydenta. Kandydatem Helmsa na stanowisko dyrektora CIA był Bili Casey, tradycjonalista. Helms znał go od trzydziestu pięciu lat, od czasów, kiedy obaj służyli w OSS w Londynie. Gdy Helms przyjechał tam w 1945 roku, został przydzielony do Caseya i nie miał gdzie mieszkać. - Zamieszkaj z nami - powiedział Casey. Zaprosił Helmsa do mieszkania przy Grosvenor Street. "Zamieszkaj z nami", to było caseyowskie podejście: podejmował natychmiastowe decyzje, szybki, ciepły, przyjazny, uprzejmy, nie był służbistą, radosny, lekceważący konwenanse. Helms rzadko widywał Caseya w ostatnim roku wojny, gdyż obaj byli bardzo zajęci. Uważał, iż poprzednie doświadczenia Caseya w OSS dawały mu podstawową wiedzę na temat pracy w wywiadzie. Byli wyszkoleni przez Brytyjczyków, a trady-

cje CIA były brytyjskie. Tajne służby i ciche służby. Casey rozumiał szok i poczucie zdrady, jakie odczuwał Helms i jego zwolennicy, przy ujawnianiu tajemnic podczas niedawnych badań w CIA-Komisji Chur-cha i Pike'a w Kongresie i Komisji Rockefellera. Helms uważał, że zeznania jakich od niego zażądano, nie były potrzebne, biorąc pod uwagę tony dokumentów trafiające do Kongresu. Był czas, kiedy nikomu w CIA nie przyszłoby do głowy, żeby napisać książkę... w ostatnim dziesięcioleciu wyszło ich kilka. Było to dla niego niewyobrażalne.

W CIA należy być przygotowanym na ponoszenie ryzyka związanego z pracą w wywiadzie. Lecz nikt nie spodziewał się, iż rząd może być źródłem zagrożenia, że obróci się przeciwko CIA. Helms powiedział, że omal sobie tyłka nie odparzył latając samolotami z Iranu na przesłuchania. Jedno z nich go w końcu pogrążyło. Trzy lata wcześniej nie zgłosił sprzeciwu wobec oskarżenia o wykroczenie w sprawie kryminalnej nr 77650 - "Stany Zjednoczone Ameryki kontra Richard M. Helms" - za odmowę złożenia "pełnych i kompletnych" zeznań przed Komisją Senatu w sprawie tajnych działań CIA w Chile podczas kadencji Nixona. Karą było 2 tysiące dolarów grzywny i dwa lata więzienia w zawieszeniu. Sędzia zarzucił Helmsowi "dyshonor" w otwartej rozprawie sądowej. Adwokat Helmsa, Edward Bennett Williams, oświadczył prasie, że jego klient będzie "nosił ten wyrok jak odznakę honorową, jak sztandar". Byli ludzie rozważni, którzy uważali zarzuty za niesprawiedliwe. Helms próbował zachować tajemnicę, uchronić tajne działania polecone przez prezydenta, przed niepożądanymi osobami. Kryterium przy rozpowszechnianiu ważnych informacji o sprawach wywiadu było takie: czy ci, którzy zostali dopuszczeni do kręgu tajemnicy naprawdę muszą o niej wiedzieć, by dobrze wykonać swoje zadanie. Musiała istnieć absolutna potrzeba takiej wiedzy. Często prezydenci i dyrektorzy centralni nie potrzebowali dokładnych szczegółów - nazwisk, źródeł, dokładnej technologii. Unikanie pytań o Chile było kwestią zdrowego rozsądku.

Pamięć o jego deklaracji braku sprzeciwu ciągle bolała. To była plama, pomimo powszechnego poparcia jakie otrzymał. (Dostał potem owację na stojąco od czterystu emerytowanych oficerów wywiadu w Ken-wood Country Club w Bethesda w stanie Maryland, gdzie dwa kosze na papiery zostały napełnione gotówką i czekami, by spłacić owe 2 tysiące dolarów grzywny). Było w tym wszystkim coś nieuporządkowanego. Istniał konflikt pomiędzy obowiązkiem zachowania tajemnicy a wtrącaniem się i śledzeniem tajemnic przez Kongres. Jakie są nowe reguły? Czy nowe zasady narażały ważne tajemnice na niebezpieczeństwo?

Casey był sprytnym, twardym nowojorczykiem, a w opinii Helmsa Nowy Jork był podłym, ponurym miastem. Albo przeżyłeś, albo szedłeś na dno. A Casey wytrwał dłużej niż większość. Casey nie był mięczakiem - nie można być mięczakiem i przeżyć jako dyrektor. Lekcją dla Helmsa był konflikt w Zatoce Świń. Kennedy żądał wyników - chciał, aby Castro wypadł z gry, żeby zginął; chociaż nie zostało to nigdy powiedziane wprost. Jeżeli Helms - który prowadził wtedy tajne działania - powiedziałby, że nie da się tego zrobić, to on sam zostałby odsunięty.

Sztuka szpiegowania zmieniła się od czasów wojny. Casey będzie się musiał wiele nauczyć. Satelity rekonesansowe zmieniły podejście do pracy w wywiadzie, jak to kiedyś ujął Helms: - Nie będziemy szpiegować poprzez patrzenie do d..., ale przez patrzenie z góry, na głowę.

Helms wiedział zbyt wiele, by mówić cokolwiek... ani pośrednio, ani za kulisami - ani słowa w obronie swojego współlokatora. Mógł zniszczyć szansę Caseya, z pewnością mu nie pomoże. Zrobił więc to, co robił najlepiej przez tyle lat - milczał.

Senator Barry M. Goldwater, zły duch Partii Republikańskiej, prawie krzyknął z radości na wieść o zwycięstwie Reagana. Goldwater czuł szczególną więź z Reaganem. Kariera polityczna Reagana rozpoczęła się w 1964 roku, kiedy wygłosił emocjonujące półgodzinne przemówienie, ostro krytykujące rząd i popierające kandydaturę Goldwa-tera. Wybory prezydenckie w 1980 roku były najmilszym podarunkiem, jaki człowiek może otrzymać - myślał Goldwater. To tak, jakby młodszy brat wprowadził się do Białego Domu. Wraz z absolutnym zwycięstwem Reagana republikanie mieli ostatecznie kontrolę nad Senatem, jeszcze bardziej osładzając świat polityczny Goldwatera.

Wiceprzewodniczący Senackiej Komisji ds. Wywiadu w czasach Car-tera i Turnera, Goldwater, w wieku 71 lat, awansował teraz na przewodniczącego tej komisji, mocnego nowego aparatu, stworzonego w wyniku badań w latach siedemdziesiątych. Jako członek Komisji Chur-cha, badającej CIA w latach 1975-76, odmówił kategorycznie podpisania ostatecznych raportów z powodu ich tonu, który uważał za nieznośnie moralizujący i obłudny. Uważał, że CIA już i tak zbyt wiele oberwała.

To była historyczna okazja do zrobienia absolutnie właściwej rzeczy - bez żadnych kompromisów. Goldwater - opalony, schludny człowiek o władczej prezencji, był tym pokrzepiony. Pomimo pewnych problemów ze stawami biodrowymi, w jego ruchach- pojawiła się nowa energia, w głosie nowa twardość.

Miał też rozwiązanie: znalazł człowieka na stanowisko DCI, który był wart absolutnego zaufania, niech więc strzeże tajemnic, nie dając Kongresowi wtykać cholernego nosa do agencji.

Jednym z pierwszych kroków Goldwatera, jako nowego przewodniczącego Senackiej Komisji ds. Wywiadu, było wprowadzenie swojego najlepszego przyjaciela - emerytowanego porucznika generała - Wil-liama W. Quinna do sztabu komisji w charakterze bezpłatnego konsultanta. Absolwent West Point z 1933 roku, oficer wywiadu w czasie II wojny światowej i pierwszy wicedyrektor Agencji Wywiadowczej Obrony, Quinn był człowiekiem jowialnym, swobodnym i zdeterminowanym. Był rodziną i kumplem od kieliszka dla Goldwatera, którego żona nienawidziła Waszyngtonu i rzadko tam bywała. Goldwater bywał na kolacjach u Quinna i jego żony Bette mniej więcej dwa razy w tygodniu i regularnie spędzał weekendy na ich farmie na wschodnim wybrzeżu Maryland.

Quinn pełnił istotną, chociaż nie opiewaną rolę w amerykańskim wywiadzie. Po wojnie podpułkownik Quinn był szefem Jednostki Służb Specjalnych (Special Services Unit), zadaniem której było likwidowanie działalności OSS. Goldwater podziwiał sposób w jaki Quinn pomaszerował do Kongresu w 1946 roku. Poprosił o pięciominutową sesję komisji za zamkniętymi drzwiami na temat znikomego budżetu i wy-dębił dodatkowe 8 milionów dolarów - z nie potwierdzonych funduszy - na opłacenie tajnych źródeł. Quinn (świadom, że mocodawcy bardzo lubią znać tajne informacje) podzielił się z komisją niektórymi wiadomościami na temat swoich źródeł. Jednym z nich była służąca w radzieckiej kwaterze głównej w Berlinie, która wynosiła istotne informacje z koszy na śmieci. Drugim - pracownik kodów w pewnej ambasadzie, który pozwalał USA odczytywać wszystkie przekazy z innego ważnego kraju, a trzeci - w innej ambasadzie - otrzymał 10 tysięcy dolarów za plan wojenny radzieckiej floty bałtyckiej. Zamknięta sesja trwała dwadzieścia minut, a Quinn wykorzystał 8 milionów dolarów dla utrzymania elity agentów i źródeł dla CIA, która została założona w następnym - 1947 - roku.

Chociaż reportaże w gazetach donosiły jakoby Casey miał zostać nowym DCI, Goldwater nie zgodził się z tym wyborem; miał własnego kandydata. - Bobby - powiedział Quinnowi. - To musi być Bobby.

Admirał Bobby Ray Inman był szefem Agencji Bezpieczeństwa Narodowego przez ostatnie cztery lata podczas kadencji Cartera. NSA była największą, najbardziej tajną z wszystkich agencji wywiadowczych i miała budżet kilka razy większy niż CIA. Rozległa kwatera główna w

Fort George Meade na przedmieściach Marylandu prowadziła stacje nasłuchowe na całym świecie, na ziemi i z orbitujących satelitów. Łamała szyfry wrogów i przyjaciół, była forpocztą nowej technologii. NSA nie miała osobowych źródeł informacji i dzięki temu przeszła stosunkowo niewielkie badania w czasie śledztwa w CIA.

Goldwater uważał Inmana za geniusza wywiadu, człowieka, który rozumiał naukę, politykę i ludzką naturę. Inman umiał też uspokajać Kongres.

W ciągu dwudziestu ośmiu lat służby w Marynarce Wojennej Inman awansował do rangi admirała z trzema gwiazdkami -jedyny oficer wywiadu, który był starszym asystentem zastępcy naczelnika działań Marynarki Wojennej (1972-73). Było to stanowisko zarezerwowane dla oficerów, którzy byli dowódcami na statkach. Następnie został szefem wywiadu Marynarki Wojennej (1974-76) i człowiekiem nr 2 w Obronnej Agencji Wywiadowczej Pentagonu (1976-77), zanim zaczął szefować NSA. Inman znał wywiad jak własną kieszeń. Był najlepszym źródłem informacji - od najnowszego satelity, do manewrów biurokratycznych potrzebnych do uruchomienia programu wywiadowczego. Miał świetną pamięć.

Z chłopięcym, szerokim uśmiechem, wielką głową, grubymi szkłami, Inman wyglądał jak duży dzieciak-geniusz. Był jednym z niewielu urzędników wywiadu, którzy rozmawiali z reporterami, skłaniając ich do wstrzymywania publikowanych artykułów, mogących narazić wywiad na kompromitację. Utrzymał wszystkie ważne powiązania w Kongresie; Goldwater nie mógł sobie przypomnieć przypadku, w którym by Inman nie oddzwonił lub nie znalazł odpowiedzi, poza rzadkimi przypadkami, gdy jej nie znał.

Goldwater martwił się wraz z Quinnem o Inmana. Chciał zapewnić Inmanowi to stanowisko.

- Mam na to argumenty - powiedział. - Bezpieczeństwo kraju powinno być ponad polityką. Bobby jest w siodle. Jest apolityczny. Jest marynarzem i świetnie nadaje się na to stanowisko.

Quinn bardzo lubił Goldwatera i mógł swobodnie wytknąć mu błędy.

- Spotkam się z szefem w tej sprawie - powiedział mu Goldwater.

Goldwaterowi łatwo było wślizgnąć się do prezydenta-elekta i wyjawić swój nieograniczony entuzjazm dla Inmana. - Nąjsolidniejszy człowiek w tej dziedzinie - powiedział. - Człowiek szczególnej kategorii.

Reagan słuchał, lecz nie był przekonany. Goldwater argumentował ostro, dając do zrozumienia, że administracja miałaby wtyczkę w wywiadzie, jeżeli Inman byłby DCI.

Reagan odparł, iż wolałby kogoś z zewnątrz, że będzie to Bili Casey.

Goldwater zasugerował, że może jest to jedyna nominacja, która się Inmanowi należy.

Reagan zbył całą kwestię krótko: - Dostaniecie Caseya.

Goldwater wrócił do swojego przyjaciela Quinna. - Barry - powiedział Quinn - nie oceniaj Billa Caseya zbyt nisko. On nie urodził się wczoraj.

Goldwater poniósł już wiele porażek politycznych. Ta była niewielka, ale nie mógł dopatrzyć się logiki w tym rozumowaniu i był z tego powodu rozdrażniony.

Quinn powiedział mu, że Casey zna problemy wywiadu, utrzymując kontakty i śledząc Wojskową Agencję Wywiadowczą od początku jej istnienia. W1964 roku zadbał o to, by Quinn otrzymał nagrodę im. Williama J. Donovana - ojca amerykańskiego wywiadu.

Goldwater wcale nie był szczególnie zadowolony.

Quinn powiedział, że Casey zna sztukę wywiadu, siłę faktów i informacji, docenia oficerów wywiadu, ich poświęcenie i pilność.

- Casey był zafascynowany intrygą - powiedział Quinn. - Uwielbia tajemnice. Uwielbia płaszcz i trochę też szpadę.

Goldwater powiedział Quinnowi: - Oni to spieprzą. Spieprzą sprawę.

Inman obserwował wczesne wojny przejściowe z drugiego końca świata. Był w Nowej Zelandii w jednej ze stacji nasłuchowych NSA. Delektował się możliwością zostania DCI Reagana i był całkowicie świadom, że miał w Goldwaterze silnego patrona. Chłodny i łagodny na zewnątrz, Inman był bardzo namiętnym człowiekiem, niespokojnym i ambitnym.

Codziennie, z wyjątkiem niedziel, Inman wstawał o 4:00. W tych wczesnych godzinach rannych oddawał się całkowicie myśleniu i czytaniu. Istotą dobrej pracy wywiadowczej była umiejętność przewidywania. Nie było sposobu na wykalkulowanie wszystkiego, ale trzeba było być w pogotowiu, nawet w Nowej Zelandii.

NSA była jak wyspa. Chociaż stanowiła w zasadzie instytucję wojskową i część Departamentu Obrony, to była odpowiedzialna wobec DCI, którego zadania obejmowały koordynację budżetów wywiadu, celów i priorytetów. Ponieważ NSA była raczej pasierbem, Inman uważał, że powinien być jej łącznikiem z resztą świata, więc rozpracowywał Biały Dom, Kongres, Reagana i środki masowego przekazu... jak lobbysta.

Inman nie dawał DCI Turnerowi mieszać się w sprawy NSA dzięki swoim powiązaniom z osobami na stanowiskach w administracji Car-

tera. Pilnował, aby doradca ds. bezpieczeństwa Brzeziński otrzymywał przechwycone informacje bez korekty, czego bardzo pragnął; zarazem uważał, że NSA powinna pozostać w łonie Departamentu Obrony w celu koncentrowania się na informacji wojskowej, która była kluczem do wczesnego ostrzegania, kluczem do zapobiegania wojnie.

W Nowej Zelandii Inman przyjął telefon od J. Williama Midden-dorfa II, który stał na czele zespołu przejściowego Reagana. Midden-dorf był sekretarzem Marynarki Wojennej, natomiast Inman szefem wywiadu Marynarki.

- Wygląda na to, że Casey zostanie DCI - powiedział Middendorf. Nie zostało to ogłoszone, więc w głosie Middendorfa było trochę niepewności. Dzwonił, żeby zapytać czy Inman byłby zainteresowany miejscem nr 2 w CIA - etatem DDCI (Deputy Director of Central Intelligence), zastępcy dyrektora.

Inman powiedział, że nie jest w ogóle zainteresowany. Miał odejść na emeryturę z wojska następnego lata i jako specjalista od wywiadu, nie mógł normalnie awansować wyżej niż do trzech gwiazdek.

Odmówić było mu łatwo. Posada zastępcy nie wystarczała. Postrzegał administrację Reagana jako konieczną przeciwwagę dla czasów Car-tera. Carter miał zbyt wiele złudzeń co do Sowietów, Reagan natomiast miał ich zbyt mało. Żaden z nich nie posiadał poczucia równowagi, które odpowiadałoby Inmanowi.

Kilka dni później, gdy Inman był już z powrotem w Waszyngtonie, Middendorf ponowił propozycję. Inman znowu uprzejmie ją odrzucił. Niedługo kończył 50 lat, a w tym wieku miał pewne szansę zacząć nową karierę, może zarobić trochę pieniędzy w interesach.

Helms słuchał całej tej gadaniny o Inmanie. Nie znał go naprawdę, opuścił bowiem CIA w 1973 roku, na rok przed mianowaniem Inmana na szefa wywiadu Marynarki Wojennej. Helms poprosił Johna Mau-r^ego - byłego specjalistę ds. Sowietów w CIA o spotkanie w czasie lunchu. Maury - miły, pogodny oldboy, ze starej rodziny z Wirginii - służył w CIA dwadzieścia osiem lat, z czego ostatnie sześć, jako rzecznik Helmsa przed Kongresem, tuż przed śledztwami.

Inman uważał, że starano się go pozyskać jako członka w elitarnym klubie. Składał się on z tajnych operatorów, wśród których nie czuł się dobrze. Między CIA a NSA trwał ciągły konflikt: działania osobowe kontra urządzenia; śmiałe akcje przeciw systematycznym metodom; James Bond kontra urzędnik szyfrowy w okularach w drucianej oprawie. Oni bardzo się starali, prawie propagując jego poglądy.

Podczas lunchu stało się jasne, że Inman i Helms mieli wspólne, nadrzędne przekonanie co do celu agencji wywiadowczych. Błędy zostały popełnione (niektóre podczas kadencji Helmsa), ponieważ nie ostrzeżono prezydenta ani Kongresu, że zaczynają się kłopoty. Przyjęli za pewnik, iż wczesne ostrzeżenie, zapobieganie niespodziankom jest najważniejsze. -To jest wszystko i jeszcze raz wszystko -powiedział kiedyś Helms wyszukanym tonem, kiwając z determinacją cienkim palcem. Faktem było, że prezydent i Kongres zostaliby do końca z CIA lub NSA, jeśli by ich ostrzeżono, nawet jeżeli coś by się pochrzaniło.

Helms wyszedł przekonany, iż Inman jest inteligentny i rozsądny i że byłby dobrym dodatkiem do zespołu wywiadowczego Reagana.

Inman przewidywał dalsze kłopoty. Richard Alien miał dostać posadę doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego - dawne stanowisko Brzezińskiego i Kissingera. Alien był bardzo podejrzliwym prawicowcem, który po cichu zarzucał NSA i Inmanowi, że podsłuchiwano jego rozmowy telefoniczne w okresie przejściowym i przekazywano ich treść do Białego Domu. Inman wiedział, że był to fałszywy i oburzający zarzut. Pilnował, by NSA nie zbierała informacji wywiadowczych w Stanach Zjednoczonych, a gdy uchwyciła zagraniczne połączenie dokonane przez obywatela amerykańskiego, należało ściśle przestrzegać reguł. Oznaczało to, że informacja nie była wykorzystywana ani rozpowszechniana, chyba że istniał powód do podejrzenia, iż informacja wiązała się ze szpiegostwem lub przestępstwem. Inman uważał, że może odeprzeć zarzut Allena. Nie chciał walki z nowym doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego, ale paranoja Allena zaskoczyła Inmana. Alien był blisko związany z niektórymi członkami CIA, którzy rozpowszechniali histeryczne bzdury, jakoby zasady wynikłe ze śledztwa Churcha, które obowiązywały podczas kadencji administracji Cartera, uniemożliwiały tropienie szpiegów i gromadzenie informacji przez agencje wywiadowcze.

Wiceprezydent-elekt George Bush przekazał Inmanowi pełne niepokoju ostrzeżenie, że Reagan poddawał się czarowi ekstremistów. Najbardziej alarmującą była wszczepiająca jad wizyta szefa francuskiego wywiadu u prezydenta-elekta, podczas której ten pierwszy powiedział, że CIA nie można ufać.

Inman poczuł, że znalazł się w krzyżowym ogniu. Sekretarz ds. obrony Caspar Weinberger poprosił go, by wpadł i zaoferował mu czwartą gwiazdkę - szefowanie wywiadowi Pentagonu - na stanowisku generalnego szefa NSA i DIA. Inman podejrzewał, że byłaby to nic nie znacząca posada, jeszcze jeden poziom pomiędzy szczytem i prawdziwą

władzą. Oferta ta wkrótce zamieniła się w prośbę, żeby Inman odszedł na emeryturę i objął etat pomocniczego sekretarza obrony w wywiadzie Pentagonu. Inman jeszcze raz powiedział "nie".

Casey dalej rozważał propozycję objęcia stanowiska DCI. Poruszał się po ulicach Nowego Jorku, ponownie doceniając życie w mieście. Jesienne powietrze było orzeźwiające, ale powrót nie był zbyt przyjemny. Normalnie Casey nie miał trudności z podejmowaniem decyzji, lecz zastanowienie się nad tą z pewnością potrwa parę dni. W 1975 roku, gdy zrezygnował z prezesury Banku Export-Import, stanowiska, dzięki któremu dostał się do centralnego klubu bankowców, nie spodziewał się i nie planował powrotu do Waszyngtonu. Lata jego służby w rządzie - 1971 do 1975 - były latami skandalu.

Uważał, że sama jego obecność w administracji Nixona wessała go w wir śledztw. Z powodu sporu o manipulowanie niektórymi aktami Międzynarodowego Towarzystwa Telefonicznego i Telegraficznego w roku wyborczym 1972 - kiedy był szefem SEC - został poddany śledztwu w sprawie krzywoprzysięstwa. Głównym punktem śledztwa w sprawie krzywoprzysięstwa jest William Casey - głosiła poufna nota z prokuratury specjalnej ds. Watergate, która nigdy nie została ujawniona. Bez oficjalnego nakazu Casey załatwił przekazanie Departamentowi Sprawiedliwości trzydzieści sześć pudeł dokumentów ITT i trzynaście "politycznie drażliwych" not oraz listów międzywydziałowych. Zastępca prokuratora generalnego przysiągł, że to był pomysł Caseya. Casey temu zaprzeczył i zeznał, że Departament Sprawiedliwości poprosił o akta. Nota prokuratora głosiła - Całe zeznanie Caseya jest mylące, jeśli idzie o jego konszachty z Departamentem Sprawiedliwości i z Deanem. Odnosiło się to do ówczesnego adwokata Białego Domu Nixona, Johna W. Deana. Caseyowi nigdy nie przedstawiono zarzutów. Był płotką. W nocie powtarzało się określenie jego zeznań jako "wymijające", jednak końcowy wniosek brzmiał, że skazanie Caseya ma po prostu tak małą szansę powodzenia, iż nie może być przeprowadzone. Casey uważał to za głupie, ale sprawa ta nauczyła go ostrożności.

Otarł się o śledztwo. Prokurator generalny Nixona Mitchell i główny skarbnik kampanii Maurice H. Stans - zostali oskarżeni (a później uniewinnieni) o przyjęcie 200.000 dolarów datku na kampanię od międzynarodowego oszusta Roberta Vesco, który starał się wpłynąć na jedną ze spraw Caseya na temat SEC. Casey zapewnił przyjaciół, że nie przejął się tym. Był świadkiem oskarżenia, machając ręką do pozwanego Mitchella. Był czysty, lecz te czasy Watergate nie były naj-

szczęśliwsze. Casey i Sophia wrócili do Nowego Jorku, a jednym z ułudnych powiedzonek Caseya było: - Wiesz, co jest najlepsze w Waszyngtonie? Stamtąd jest tylko godzina drogi do Nowego Jorku.

^wa lata później sprzedali dom przy Massachussets Avenue,2501 (ulicy ambasad w Waszyngtonie) za 550.000 dolarów Ludowej Republice Bangladeszu. Sophia, jego lojalna żona od czterdziestu lat, nigdy nieprzebaczyłabymu sprzedania tego domujeżeli mieliby wrocicznow

B życie koncentrowało się teraz dookoła rodzinnego siedliska Mayknoll - wiktoriańskiej siedziby nad wodą na Long Island. C ni czas tL spędzony, zwłaszcza weekendy; wśród książek lub na nobliskim polu golfowym The Creek. Lubił spacerować wokół pola gol-fowegfSiał widu starych przyjaciół, ajedynacórka, byłabardzo zwią-z^a?rodzicami. Trzy lata przedtem kupili dom za 350.000 dolarów w oTean Boulevard w West Palm Beach na Florydzie, na zimowe miesiące. Casey był zadowolony z życia.

W ciągu tych paru lat zanim dołączył się do kampanii Reagana, Casey zSzął następną książkę, którą uważał za najlepszą. Wstępnie zSowany Ukryta wojnaprzeciw Hitlerowi, 600-stromcowy rękopis ±SX o wyczynach szpiegowskich OSS podczas wojny. Główną pStecią był Casey, a drugim bohaterem (mentor i zastępczy ojciec Caseya)generał William Donovan - "Dziki Bill". Casey nakreślił czuły portret założyciela OSS, okrągłego człowieka o łagodnych niebieskich oczach i nieokiełznanej ciekawości i energii. Donovan miał dwa razy tvle lat co 30-letni porucznik Casey, gdy się poznali w Waszyngtonie w 1943 roku Nie zwracał jednak uwagi na różnice wieku, stopień wojskowy wykształcenie czy pochodzenie. Donovana interesowało tylko to coktoś umie. Liczyły się wyniki. - Doskonałe jest wrogiem dobrego - często mawiał Donovan. Casey wskoczyłby za nim w ogień. Donovan zawsze był na miejscu akcji, zachowując się przy prawie każdej inwazji aliantów, jakby to był przemarsz przez Broadway.

Donovan obarczył Caseya wielką odpowiedzialnością w ostatnich sześciu miesiącach wojny. Casey sporządził notę o treści: OSS musi bvć gotowe do przyspieszenia rozmieszczania agentów wewnątrz Nie-n,iec Donovan chciał mieć natychmiast nową sieć szpiegów za liniami niemieckimi i mianował Caseya "Szefem Tajnego Wywiadu dla Wojny Teatru Europejskiego". Casey przypominał sobie, że rozkaz brzmiał zaledwie- Wprowadzić ludzi do Niemiec. Autorytet uzupełniał niedostatek szczegółów. Casey, wówczas porucznik, rozkazywał pułkowni-

kom i traktował brytyjskich i amerykańskich generałów prawie jak równych sobie. Po rozkazie zrezygnowania z munduru, został wysłany do domu towarowego Selfridges przy Oxford Street w Londynie w celu zakupu szarego garnituru, który może nie ukrywał, ale zacierał różnice rangi.

Casey zajął się najdrobniejszymi szczegółami rozmieszczania szpiegów. Wybieranie wiarygodnych szpiegów było trudne. Amerykanie nie mieli szans na przenikniecie do kwatery głównej Gestapo w centrum Berlina, więc wybrano jakichś czterdziestu antynazistowskich jeńców- Case-yowi nawet nie drgnęła powieka, że naruszono Konwencję Genewską.

Maskowanie się było sztuką. Archiwum na strychu w Londynie dostarczyło wycinków z gazet na temat tego, co się działo wewnątrz Niemiec, tak że szpiedzy znali ostatnie wiadomości. Przerabiano dokumenty i uzyskiwano ubrania z niemieckimi metkanii. Casey błagał o samoloty do zrzutów agentów. Szpiedzy nie mogliby wysłać wiadomości bez bezpiecznego systemu łączności, więc opracowano i wprowadzono do użytku nadajnik niskiej mocy, nazywany Joan Eleanor. Casey sprawdzał godziny zrzutów, mapy, a nawet tabele faz księżyca. Założył Dział Poszukiwania Informacji w celu ustalenia, jakiej informacji dokładnie żądano od szpiegów. Odpowiedzi nie były jasne i wymagało to wyważania pomiędzy potrzebami starszych dowódców alianckich (którzy najbardziej chcieliby mieć protokoły z porannych posiedzeń sztabu generalnego Hitlera) a tym, co było dostępne. Priorytetem były ruchy wojsk niemieckich w głównych ośrodkach kolejowych, wskazówki dotyczące planów Hitlera, potencjalne cele do bombardowania.

W lutym 1945 roku w Berlinie znajdowało się dwóch agentów. W następnym miesiącu Casey miał już trzydzieści zespołów. Gra w szachy z zegarem - napisał w swoim rękopisie. W następnym miesiącu zarządzał pięćdziesięcioma ośmioma zespołami rozrzuconymi po całym obszarze Niemiec. Jeden z nich, o kryptonimie Chauffeur wykorzystywał prostytutki jako szpiegów. No cóż - wojna.

Teraz, zastanawiając się nad objęciem posady DCI, Casey starał się podsumować swoją wiedzę na temat wywiadu. Nazwał to "złożonym procesem układania mozaiki". Nie wszystko wychodziło tak, jak się tego oczekiwało. Przypomniał sobie, że po wyzwoleniu Niemiec, jadąc przez południe z Monachium do Pilsen był oszołomiony, kiedy wszędzie zobaczył tylko białe flagi. Prześcieradło, ręcznik, koszula. Nikt nie prosił Niemców o ten skrajny pokaz. Urągał on idei, że była to

kiedyś rasa panów. Niemcy, które sobie wyobrażał, siedząc w londyńskiej kwaterze głównej, tworząc sieć szpiegów - nie istniały.

Wywiad - pisał w swej ostatniej książce - to ciągle rzecz niepewna, delikatna i złożona. Poza zbieraniem informacji i jej oceną, wywiad to również przyciąganie uwagi i zmuszanie do decyzji. Osoba zajmująca się wywiadem nie jest bierna. Casey wyrażał opinię, że ograniczanie roli wywiadu lub jego funkcjonariuszy byłoby ogromnym błędem. Uzyskiwanie i dystrybucja informacji to dopiero początek.

- Potem trzeba go nakłonić do działania - napisał.

Nie mógł się oprzeć, żeby nie napisać kilku nieprzychylnych słów o administracji Cartera: W tej chwili, prowadząc krucjatą na rzecz praw człowieka w krajach, które nam nie zagrażają, ukrywamy przed społeczeństwem zdjęcia łagrów syberyjskich. Wywiad, tak jak życie, ma także wymiar moralny, którego nie można zanegować. Pojechał do Da-chau, kilka dni po wyzwoleniu w kwietniu 1945 roku. Nigdy nie zapomni tych stert butów, kości i gnijącej ludzkiej skóry. Ludzie zrobili to ludziom? To nie do pomyślenia. W świecie istniało namacalne zło. Człowiek musi wybierać.

Casey w końcu zdał sobie sprawę, iż tęskni za powrotem do pracy w wywiadzie. Czystka Eeagana musiała iść naprzód, nie odbić się, lecz przepłynąć falą obok wszystkich nieuniknionych sił opozycyjnych. Przyjęcie stanowiska DCI dałoby mu szansę na zrozumienie świata tajemnic. Admirał Turner był intruzem, Casey wejdzie jak brat. Jego rozmowa z Sophią trwała tylko dziesięć minut. Powiedział Reaganowi "Tak".

ROZDZIAŁ 2

Casey wprowadził się do apartamentu w hotelu Jefferson w centrum Waszyngtonu na kilka tygodni przed oficjalnym ogłoszeniem jego mianowania. Ważne tygodnie, podczas których wejdzie za kulisy i spokojnie zorientuje się w sytuacji. Miał ogólnie niezłe pojęcie o tym co robiła CIA, ale brakowało mu szczegółów, które oczywiście były najważniejsze. Jego orientacja w sekretach ery powojennej była ograniczona. W 1969 roku prezydent Nixon mianował go członkiem Rady Doradczej przy Agencji Kontroli Zbrojeń i Rozbrojenia. Zgodnie z wymogami, Casey podpisał dokument, który zobowiązywał go do zachowania tajemnicy i uzyskał dostęp do "Podzielonej Drażliwej Informacji" na temat

ściśle tajnego programu rekonesansu satelitarnego weryfikującego kontrolę zbrojeń. Wiedział, że satelity były jednym z nowych cudów i chciał dowiedzieć się o nich możliwie jak najwięcej. Kilka lat wcześniej był przez rok członkiem Rady Doradczej ds. Obcego Wywiadu Zagranicznego przy Prezydencie (PFIAB) mocnej organizacji "starszyzny", której Biały Dom był winien przysługę. PFIAB otrzymywała niektóre tajne informacje, a w zamian miała kontrolować dla prezydenta działalność amerykańskich agencji wywiadowczych.

Właściciel hotelu Jefferson, Edward Bennett Williams - jeden z najsławniejszych prawników śledczych w mieście, człowiek, który bronił Helmsa - wpadł do Caseya. Casey lubił jego grzmiące, poufałe paplanie, jego odgrywanie renegata demokraty w odpowiedzi na grę renegata republikanina Caseya. Williams służył z Caseyem w PFIAB i tak jak wszyscy inni, których Casey napotkał, miał ugruntowaną opinię o nowym zadaniu Caseya. Williams był znaną postacią w Waszyngtonie; do jego klientów zaliczali się prezes Teamsters Union - Jimmy Hoffa i Washington Post.

Williams zażarcie przekonywał Caseya, że wywiad amerykański legł w gruzach nie tylko przez Cartera, ale wcześniej także przez Forda. Wymachując w powietrzu dużą pięścią, Williams użył słowa "rozmontowany" - tego samego słowa, jakie zostało wykorzystane w kampanii republikańskiej w 1980 roku. W czasie kadencji administracji Forda Sowieci przechwytywali rozmowy telefoniczne z sześciu miejsc w okolicy Waszyngtonu. Wywiad amerykański odczytał niektóre z tych rozmów, w tym niektóre informacje przekazywane do Moskwy, ale Departament Sprawiedliwości Forda wprowadził przepis, który powstrzymywał FBI i NSA od dalszego prowadzenia tej działalności, aby chronić prywatność obywateli USA. Williams uważał to za niedorzeczne. Sowieci mogli podsłuchiwać rozmowy telefoniczne, lecz amerykańskie służby wywiadowcze - nie.

- Oni kradli, a my nie mogliśmy zajrzeć do kieszeni, aby wiedzieć co zostało skradzione - powiedział Williams. Casey skinął głową.

- Wywiad, poznanie planów i zdolności drugiej strony, jest najważniejszą rzeczą, dzięki której można odnieść zwycięstwo - stwierdził Williams. - Musisz wiedzieć - powiedział swoim stylem pierwszego trenera - jeżeli nie wiesz, to nie żyjesz.

CIA jest jak wielki pies potrącony przez ciężarówkę. Można tylko powiedzieć: Był wspaniałym psem, dopóki nie potrąciła go ciężarówka - powiedział Williams z typową dla siebie przesadą.

Casey gotów był na wszystko, aby ożywić wielkiego psa.

Zadzwonił do swojego dawnego współlokatora z OSS, Richarda Helmsa, aby potwierdzić swoje mianowanie.

Umówili się na lunch w poniedziałek, l grudnia 1980 r.

Od czasu Iranu Helms miał kilka lat na rozmyślania na temat swojej kadencji w CIA, zwłaszcza okresu, kiedy był dyrektorem. Często spotykał się z dawnymi kolegami, wspominał i prowadził z samym sobą ciągłą konferencję. Rok wcześniej książka Thomasa Powersa pt.: Człowiek, który dochowywał tajemnic: Richard Helms i CIA została dobrze przyjęta. Niektórzy recenzenci twierdzili, że książka opowiedziała, jak to naprawdę jest być DCI. Nie było to możliwe. Nikt nie mógł wiedzieć. Nawet gdy żona Helmsa Cynthia i trzech konserwatywnych felietonistów: William Buckley, William Safire i George Will - powiedziało, iż zostało to świetnie napisane, Helms nie mógł się zdobyć na akceptację. Ciągle nad tym rozmyślał, "pisząc" w myślach coś jakby pamiętnik, ciągle poprawiany, w którym odsłaniał różne aspekty swego życia. Fragmenty wspomnień, urywki rozmów z posiedzeń w Białym Domu... Nigdy wszystkiego sobie nie przypomni; nie było też odpowiedzi w żadnej kartotece, a ewidencja i papiery mogły kłamać.

Helms doszedł do wniosku, że jego problem polegał na tym, iż nie miał osobistego związku z żadnym z prezydentów, którym służył. Typowym przykładem było to, że nie odwoływał się w sprawie o wykroczenie.

Helms przeglądał swoje notatki ze spotkania z Nixonem z 15 września 1970 foku, podczas którego prezydent wydał rozkaz rozpoczęcia tajnych działań w Chile. Nixon nalegał: Nie można dopuścić, żeby marksistowski kandydat Salvador Allende objął urząd. Tak zapalony prezydent Stanów Zjednoczonych to był rzadki przypadek. Nie było innego wyboru, tylko wykonać rozkaz. Helms cytował Nixona w swych notatkach: Może to jedna szansa na dziesięć, ale ratujcie Chile f... 10 milionów dolarów jest dostępne, jeżeli trzeba to więcej - niech gospodarka piszczy...

Helms wiedział, czego brakowało w tych notatkach - nie zapisał swojej riposty: - Daje mi pan prawie niemożliwie zadanie.

Ten tajny plan był skazany na niepowodzenie: za mało środków, za późno, złe przygotowanie.

Dobry przyjaciel Helmsa, Kissinger, powiedział mu później, iż wiele z tego co mówił Nixon nie mogło być brane dosłownie, a co dopiero jako rozkaz. Często Nixon tylko wyrażał swoją frustrację: "Zrób coś, Henry!". Kissinger powiedział, że Nixon nie zawsze miał dokładnie na

myśli to, co mówił. Dla Henry"ego było to oczywiste, znał to z autopsji. Niestety, Helms nie wiedział tego. Nixon nie był dla swojego dyrektora Centralnego Wywiadu dostępny w sposób bezpośredni. Nie ufał agencji, uważał ją za instytucję pełną absolwentów najlepszych uniwersytetów i liberałów ze Wschodu. Nie znając i nie rozumiejąc swego szefa, Helms wyszedł tamtego dnia (w 1970 roku) z gabinetu prezydenta z poczuciem misji. - Jeśli kiedykolwiek wynosiłem z Gabinetu Owalnego buławę marszałkowską w plecaku, to było to wtedy - skonstatował. Pożałuje później tej wypowiedzi.

Oczywiście, Helms wiedział jeszcze więcej. Kluczem rozkazu był związek Nixona z Donaldem Kendallem, prezesem i głównym dyrektorem koncernu PepsiCo, który miał rozlewnię Pepsi-Coli w Chile. Ken-dall podał Nixonowi konto firmy, gdy ten zaczął praktykę prawniczą w Nowym Jorku. Operacja przeciw Allendemu była w zasadzie decyzją interesów; Kendall i inni biznesmeni nie chcieli marksistowskiego przywódcy w Chile. Helms i CIA zostali wykorzystani, a jego milczenie przed Komisją Senacką wynikało po części ze wstydu za CIA, prezydenta i samego siebie. Nie udało mu się zapobiec najgorszej tajnej operacji od czasu Zatoki Świń. Złamał własne prawo: Tajne działanie jest jak cholernie dobry lek. Działa, ale jak zażyjesz za dużo, to cię zabije. Alien Dulles, DCI w czasach Eisenhowera powiedział: Jeśli chcecie mieć małą CIA, jakąś agencję w zakurzonym kącie, to trzeba skończyć z tajną działalnością. Prezydenci zawsze żądają niejawnych sposobów działania. Tak CIA uzyskuje wpływy w Białym Domu.

Helms był proprezydencki - w stosunku do wszystkich prezydentów. Chociaż nawet dyskutowanie z Nixonem było jak "mówienie w wichrze", to chciał się z nim zgodzić. Helms zgodził się, kiedy Nixon powiedział mu:

- Nie chcę, żeby cholerna CIA wytyczała politykę. Agencja służy prezydentom, którzy wytyczają politykę zagraniczną i wojskową.

Ci, którzy należeli do generacji Helmsa i Caseya wiedzieli, że rozkazów należy słuchać.

- Może przyjmowaliśmy za dużo rozkazów od prezydentów - zauważył kiedyś Helms. - Ale słuchaliśmy ich - dodał dumnie.

A jeżeli to znaczyło, że wywiad musiał wejść w otchłań piekła, to trudno. Jeżeli oznaczało to, że oficerowie wywiadu musieli się smażyć a wielu właśnie to spotkało to trudno. Nie można było inaczej. Był to tylko mandat za niewłaściwe parkowanie. James R. Schlesinger, były DCI, poparł wypowiedź Eda Williamsa w kwestii "odznaki honorowej" nazywając obronę "blizną po pojedynku".

Helms uznał, że Casey, jako DCI, będzie miał pewne "plecy". Casey znał historię "firmy" i prezydenta. Nie musieli tego omawiać w czasie lunchu. Helms nie znosił, gdy były DCI patrzył mu przez ramię i przyrzekł sobie nigdy tego nie robić. Tak więc Helms, przygotowując się do lunchu z Caseyem, postanowił unikać jakichkolwiek "kazań". Nie chciał, żeby wyszło na to, że jajko jest mądrzejsze od kury, a poza tym lepiej powiedzieć za mało niż za dużo.

Była jeszcze jedna sprawa, w której Helms uważał, że może być pomocny, a mimo to nie być protekcjonalnym. Chodziło o ludzi. Jego syn Dennis odbywał praktykę w agencji w czasie wakacji, kiedy był jeszcze studentem. Pewnego wieczoru Dennis powiedział ojcu, że miał wiele szczęścia pracując w CIA. Helms zapytał dlaczego. Nie zapomniał odpowiedzi: - Bo ludzie tam są tacy cywilizowani. - To właśnie było to. Tam jest poczucie przyzwoitości, taka bariera jak rafa koralowa odgradzająca agencję od twardości, zmyłek, od gry nie fair, jaka odbywała się na scenie światowej. W agencji między sobą wszyscy byli "żoną Cezara" - żadnych kłamstw, bezpośrednie traktowanie.

W poniedziałek, l grudnia 1980 r. Helms pojawił się w drzwiach małego apartamentu Caseya w Jeffersonie. Serdecznie uścisnęli sobie dłonie. Casey jeszcze delektował się blaskiem zwycięstwa w wyborach. Był zadowolony i dumny z tego, że jest częścią rewolucji Reagana; z tego, że był na fali zwycięstwa.

-Bili, jesteś 21421q164v do tego stworzony i to jest cudowne - powiedział Helms z uśmiechem. Oczy prawie zamykały mu się, kiedy się uśmiechał, jak gdyby odkrył jakąś niezmierną ironię w radości lub zabawność chwili.

Kelner przyjął ich zamówienia.

Helms nie potrzebował przypominać Caseyowi, że CIA ostatnio przeszła ciężkie czasy: Watergate, śledztwa, admirał Turner. W rezultacie nikt nie jest chętny, aby podjąć ryzyko, a już na pewno nikt nie chce ryzykować życiem.

Casey zgodził się skwapliwie, dodał że wysokie stanowiska w agencji będą kluczowe. Zapytał Helmsa, czy uważa, że Inman będzie odpowiednim człowiekiem na zastępcę.

- Z Kongresem nie pójdzie łatwo - powiedział Helms. To nie jest to samo, co było przed śledztwami. Trzeba wypracować jakąś kooperację. Helms powiedział, że spotkał Inmana tylko raz kilka tygodni wcześniej. Wydawał się być rozsądny i pasowałby dobrze: gotowy związek z Goldwaterem, doświadczenie w NSA od strony technicznej, której Casey nie mógł znać zbyt dobrze. Inman znał także wywiad wojskowy, co

było ważne; Pentagon zawsze wtrącał się do wszystkiego w wywiadzie. Wybór Inmana będzie racjonalny.

Casey odparł, że nie jest pewny; że będzie musiał to przemyśleć.

Helms uważał, że nie mógł powiedzieć więcej. Nie powinien obstawać przy wyborze na tak kluczowe stanowisko człowieka, którego spotkał tylko raz. Wyczuł opór Caseya.

- Słuchaj - Helms ciągnął dalej - weź sobie paru ludzi, którzy mogą ci pomóc, których możesz się poradzić.

Rozmaite frakcje będą walczyć o uwagę Caseya. Zbyt łatwo zrobić fałszywy krok, dostać nieodpowiednią radę. Caseyowi przyda się dobry przewodnik. Sposób w jaki Casey zrozumie przeszłość, w dużym stopniu ustali jego kierunek działania.

Casey wydawał się zgadzać.

- Ktoś z perspektywą historyczną - powiedział Helms.

- Tak, właśnie.

Helms miał takiego człowieka. Dobry, rozsądny facet, ktoś, kogo Casey znał w czasie wojny, ktoś, kto nie zrobi przecieku - John Bross.

Twarz Caseya rozjaśniła się. Doskonały człowiek. Casey znał Bros-sa w czasach OSS. W swoim właśnie zakończonym rękopisie o skrytej wojnie przeciw Hitlerowi opisał Brossa jako łagodnego, układnego człowieka, byłego spadochroniarza, eksperta od sabotażu i walki wręcz.

Helms zaproponował Brossa, bo był on w agencji przez dwadzieścia lat. Był szefem wydziału w dyrekcji operacji, rewidentem, zajmował się społecznością wywiadowczą, był stonowany, nie tracił panowania i był prawnikiem. Co było równie ważne, Bross nie był ani z lewicy ani z prawicy, a niebezpieczeństwo, zagrożenie dla CIA, pochodziło i z prawa i z lewa. Być może lewica dopięła swego w latach siedemdziesiątych, przysparzając śledztwami kłopotów CIA ale prawica potrafiła także wyrządzać szkodę po swojemu. Helms miał jeszcze jedno zmartwienie, którego nie chciał wyrażać, ponieważ nie chciał wygłaszać kazań i nie zostało mu postawione konkretne pytanie. Ale w 1966 roku, gdy został mianowany dyrektorem prosto z szeregów, Lyndon Johnson powiedział mu, żeby poszedł do Langley, rozbił trochę talerzy i wstrząsnął wszystkim. Helms dostrzegł, że nie było to potrzebne - zbyt dużo wiary pokładano w plany reorganizacji. W1966 roku reorganizacja była bzdurą i Helms podejrzewał, że będzie też bzdurą w 1980 roku. Bross to dostrzeże. Bross będzie też miał czas, jest niezależny, zamożny.

Casey zanotował nazwisko Brossa na serwetce i oświadczył, że skontaktuje się z nim natychmiast.

r

Tak naprawdę nie poruszyli ważnych spraw, a lunch się skończył.

Helms odczuwał, że Casey jest zlepkiem sprzeczności. Wykrył brak podniecenia z jego strony. Helms miał wrażenie - z powodów, które trudno mu było określić - że Casey wolałby być sekretarzem stanu.

Casey wyprowadził się z hotelu Jefferson na usilne naleganie ochrony CIA. Ambasada radziecka była tylko jedną przecznicę dalej, przy Szesnastej ulicy, a oni mieli technologię pozwalającą wycelować elektroniczne czujniki w antenach parabolicznych i byli w stanie podsłuchiwać rozmowy Caseya.

Williams uważał ten alarm za śmiechu wart. Żartował, że nie było możliwości, aby Sowieci mieli więcej szczęścia niż ktokolwiek inny... w rozszyfrowaniu mamrotań Caseya.

W swoim rozległym domu nad rzeką Potomac John Bross odebrał telefon od Caseya. Casey potwierdził, że będzie DCI Ręagana i poprosił Brossa o dołączenie do zespołu przejściowego CIA i o pomoc w następnych miesiącach. Bross miał 69 lat i było to być może jego ostatnie wezwanie do służby w agencji - zaakceptował je od razu. Mogło to być jednym z jego najważniejszych zadań: nowa administracja zawsze ma nowe pomysły, a niektóre mogą być niebezpieczne.

Bross miał jowialny sposób bycia i był członkiem założycielem klubu nadzoru wywiadu oldboyów - potężnego stowarzyszenia wychowanków, nieoficjalnie zajmującego się sprawami agencji i w miarę możliwości, pilnującą jej dobrego imienia. Miał także styczność z klubem polityki zagranicznej byłych urzędników. Bross często zasiadał w zarządach lub komisjach i brał udział w prywatnych lunchach.

Zdaniem Brossa, Casey był solidnym wyborem. Znał go od 1943 roku i utrzymywali z sobą kontakt. W latach sześćdziesiątych, Bross zaprosił na kolację z Caseyem parę grubych ryb polityki zagranicznej. Jeden z nich, zagorzały krytyk Sowietów, wziął Brossa na bok: - Ten człowiek naprawdę rozumiał co mówiłem - skonstatował. Następnego dnia drugi gość, umiarkowany, powiedział Brossowi, że jest zadowolony, iż Casey zrozumiał jego argumenty. Casey nie był fanatykiem. Bross mógł to wykorzystać, chociaż wiedział, że będzie musiał przekroczyć linię podziału. Absolwent Harvardu z 1932 roku i wydziału prawa tejże uczelni z 1936 roku, Bross był ze wschodniego establishmentu, a Casey był wojującym Irlandczykiem, ale łączył ich Donovan - ich drogi, stary przywódca. Bross widział, że Casey wzorował się na Donovanie, a wśród zalet Donovana były lojalność i

głębokie związki personalne. Bross postanowił oddać się Caseyowi do dyspozycji - wiedział, że Casey się rozluźni. To był sposób postępowania Donovana.

Bross wpadł, aby ocenić zespół przejściowy. Uznał, że jego przywódca Middendorf jest bezużyteczny. Trzech republikańskich pomocników z Senackiej Komisji ds. Wywiadu, łącznie ze skrajnie konserwatywnym miotaczem ognia nazwiskiem Angelo Codevilla, zostało przydzielonych do zespołu i pisali dokumenty atakujące. Ich plan przewidywał podział CIA na trzy części. Pierwsza byłaby elitarną, twardą jednostką tajnych operacji, która uruchamiałaby tajne wojny w celu udaremnienia planów Sowietów, znacznie zwiększyłaby liczbę szpiegów i wyprowadziłaby agentów z ambasad do biznesu i firm doradczych. Druga byłaby wyspecjalizowanym działem analiz, który przeciwstawiłby sobie rozmaite grupy i agencje w celu ugruntowania zdecydowanej postawy. Trzecia, wspierana przez Middendorfa, byłaby nową super agencją łączącą funkcje kontrwywiadowcze FBI i CIA. Bross uważał, że ta ostatnia byłaby szczególnie katastrofalna, wciągając CIA do wywiadu wewnętrznego.

Bross doszedł do wniosku, że prawicowi członkowie zespołu przejściowego byli zbyt długo w opozycji i nie zostali przygotowani do stawiania na swoim. Przesadzali w przedstawianiu swojej sprawy i tworzyli plany, które zniszczą integralność CIA. Bross był także świadom, że nie był mile widziany, że odbierany był jako stary weteran, hołdujący idei rodem z lat pięćdziesiątych głoszącej, że zimna wojna to ciągłe zaangażowanie. Zespół przejściowy knuł intrygi, aby osiągnąć zwycięstwo bez żadnego poczucia ryzyka, posunięcia się za daleko. Nie było równowagi. Będzie trzeba dużo pracy "misyjnej" nad Caseyem w celu odizolowania go od prawicy.

Casey następnie skontaktował się z Williamem E. Colbym, który był szefem w najbardziej burzliwych czasach w CIA-1973-1975. Ostatnie dni Watergate, koniec Nixona, pełny rok śledztw. Colby był paria-sem w wielu kręgach wywiadu, gdzie uważano go za jedynego politycznie liberalnego DCI. Nadzorował wyciek dokumentów i tajnych informacji CIA do Kongresu. Może nie miał innego wyjścia, ale postrzegano go jako tego, który złamał zmowę milczenia "omerta" i który popełnił śmiertelny grzech wydania kolegi. Postawiony w obliczu oficjalnych zadań i histerycznych niemal nacisków ze strony mediów, Colby przekazał Departamentowi Sprawiedliwości informację, która uruchomiła śledztwo w sprawie krzywoprzysięstwa Helmsa. W opinii

starej gwardii było to niewybaczalne. To tak, jakby papież zdradził swego poprzednika.

Casey nigdy nie spotkał Colby^ego w czasie wojny, ale znali się poprzez organizację weteranów OSS (Biura Służb Strategicznych), a pomiędzy weteranami nie było przypadkowych znajomości. Byli tam razem. Colby wylądował na spadochronie po ,JJniu D" za liniami wroga jako członek jednego z "Zespołów z Jedburgh", których zadaniem było podburzanie oporu francuskiego za liniami niemieckimi.

Jedburgh to miasto w Szkocji, sławne z powodu wojen pogranicznych, a sprawiedliwość w Jedburgh oznaczała "powiesić najpierw, sądzić potem".

Casey powiedział Colby^mu, że weźmie to stanowisko i chciałby pogadać. Colby zgodził się przyjść do biur przejściowych przy ulicy M. Zamierzał być otwarty. Był poza CIA przez pięć lat, od chwili, kiedy został zwolniony przez prezydenta Forda za to, że był głównodowodzącym w momencie, kiedy CIA poddano śledztwu i ujawniono tajemnice. Colby był uprzejmym człowiekiem, który oddzwaniał na telefony, otwierał drzwi, chodził uśmiechając się do wszystkich z szacunkiem. Niski, chudy, w zwykłych okularach z wojskowego przydziału, Colby w żaden sposób nie wyglądał na kogoś z CIA, -a cc dopiero na dyrektora. Dać mu fartuch, grzebień i nożyczki a pasowałby świetnie do obrazu Normana Rockwella przedstawiającego fryzjera z małego miasteczka. Był bystry (Phi Beta Kappa, absolwent Princeton z 1940 r., dyplom prawnika z Uniwersytetu Columbia w 1947 roku), a gdy zdejmował okulary, jego wygląd zmieniał się. Była w nim siła, twardość w niewzruszonych, prawie zimnych oczach. Człowiek ten reprezentował sprawiedliwość z

Jedburgh.

Gdy ktoś, kto nie był uprawniony lub nie musiał wiedzieć, zadawał mu pytania na temat tajemnic CIA, Colby jakby zamykał się w sobie, krył się za okularami. Wzruszał mocno ramionami i rozkładał ręce. Nie pamięta. Nie może powiedzieć, nie obchodzi go to. Jeszcze lepsze uniki stosował w odpowiedzi na podchwytliwe pytania. Gdy język ciała i twarzy mógł dostarczyć wskazówki, Colby popadał w milczenie. Operatorzy CIA nie mogli pozwolić sobie r;a okazywanie uczuć. W swojej autobiografii pt.: Honorowi ludzie, wydanej w 1978 roku Colby zaliczył siebie do tzw. szarych eminencji CIA - ludzi, którzy prawie zupełnie nie zwracali na siebie uwagi, ale którzy potrafili wykonywać powierzone im zadania ze zdumiewającą dokładnością i rozwagą.

Mając do czynienia ze śledztwami agencji wywiadowczych Colby dołożył szczególnych starań, aby osłonić Agencję Bezpieczeństwa Na-

rodowego, mocno ograniczając możliwość wglądu w jej pracę. NSA łamała więcej szyfrów i przechwytywała więcej wiadomości, niż ktokolwiek z zewnątrz mógł sobie wyobrazić. Stała się sercem "produktu", jak Colby nazywał pracę agencji wywiadowczych. Jeśli nawet były jakieś sztuczki w tym, gdy ujawniał różne rzeczy, to było to wszystko. Ochrona NSA była niepisanym punktem w śledztwach i Colby chciał nadal utrzymać ten stan rzeczy. NSA stosowała rygorystyczne reguły gry, ale stopień jej ingerencji w wewnętrzne sprawy świata nie był w pełni pojmowany. Colby uważał, że Casey miał prawdopodobnie najlepszą szansę na powodzenie w CIA; miał lepsze referencje niż "ktokolwiek z nas", tzn. prawdziwych wtajemniczonych. Casey był dobrą mieszanką: historyk (Colby miał jego mało znaną książkę na temat bitew w czasie amerykańskiej wojny rewolucyjnej), prawnik (Colby miał podręcznik dla prawników autorstwa Caseya), człowiek o szerokiej znajomości spraw zagranicznych i ryzykant w interesach. Podczas nie kończących się godzin i lat od momentu opuszczenia CIA, Colby uznał, iż może za mało ryzykował. Casey by zaryzykował; i miałby kluczowy oraz osobisty związek z prezydentem.

W biurze przejściowym Reagana, w zaniedbanym i zniszczonym pokoju, Colby entuzjastycznie powitał Caseya. "Znicz" został przekazany w uścisku ręki.

- Jesteś stworzony do tego - powiedział Colby. - Twój związek z prezydentem jest wielkim plusem. To świetne stanowisko - ton jego głosu był pełen zadumy.

Casey chciał słuchać, jakie błędy popełnił Colby. Jak oceniał sytuację i jakich mógł udzielić rad.

- Słuchaj - zaczął Colby - zorganizuj to cholerne biuro jak chcesz. Jest tam po to, żeby ci służyć.

Cała robota to było doradzanie prezydentowi.

- Będziesz na zebraniach NSC w Białym Domu i będziesz całkiem sam. Musisz wiedzieć, co się dzieje, musisz przedstawiać odręczne oceny na miejscu.

Dobra rada w sytuacji kryzysowej była sprawą nadrzędną. Analiza w trudnej sytuacji była "wszystkim".

Casey wydawał się trochę zaskoczony, ale skupił całą uwagę na Colbym.

- Jesteś urzędnikiem ds. wywiadu prezydenta - powiedział Colby. - To jest twoja praca. Rób to dobrze, a reszta powinna być łatwa. Inni mogą zająć się całą biurokracją. Wywiad nie powinien siedzieć cicho w Białym Domu, gdy opcje polityki są przedstawione do dyskusji. DCI

nie jest głównym graczem w ustalaniu polityki, ale ważne jest by zabierać głos, gdy istnieje wyraźny, pożądany kierunek.

Potrzeba ci ośrodka analiz, który zada prawidłowe pytania - powiedział Colby. -A ta dyrekcja jest w tej chwili zupełnie źle zorganizowana, podzielona według dyscyplin: polityka, ekonomia, wojsko, strategia nuklearna... jak uniwersytet.

Nie będę ci mówił, jak powozić tym wozem - powiedział Colby - ale gdybym ja był znowu dyrektorem, to zreorganizowałbym dział analiz według geografii. Wtedy byliby tam eksperci, którzy mogliby ocenić i przeanalizować całą sytuację w kraju lub regionie. - Colby odbył kiedyś zebranie, na którym było szesnastu ekspertów z CIA, każdy ze swoim zakresem czy dyscypliną, a Colby był jedynym, który dostrzegał całość. To w ogóle nie miało sensu. Ci mądrzy ludzie nie byli zachęcani, by swoimi świetnymi umysłami wyszli poza przydzielone im ciasne poletka.

- Jakość informacji dla prezydenta zależy od posiadania dobrej analizy - powiedział Colby. -Wiele koniecznych do niej elementów jest jawnych i znajduje się w prasie. W połączeniu z wywiadem, wiele można wydedukować, a te dedukcje muszą być najlepsze, wymagają najlepszych umysłów. System nie jest nastawiony na wykonanie tego odpowiednio. Jeżeli wywiad robił to, co do niego należy, to jak na ironię, udowadniano, że nie ma racji. Dobra informacja wywiadowcza i dokładne plany spowodują, iż osoby odpowiedzialne za politykę podejmą kroki, które pozwolą uniknąć problemów i katastrof. Mówią, że nie da się przewidzieć przyszłości, ale do CIA należy robienie tego codziennie.

Sztab jest całkiem niezły - kontynuował Colby - bardzo utalentowany. Są lojalni i będą ci służyć. Ale nie daj się zwieść. Możesz im się sprzeciwić.

Colby powiedział, że istnieje rozdźwięk wśród dyrekcji ds. technicznych analizy i operacji. Szefowie tych komórek działali na własną rękę. Przeciwstawiał się temu, ale nie wystarczająco.

Szczególnie chodziło o kierownictwo operacji. Stamtąd przyszedł, prowadził je przez chwilę. To zamknięta komórka, zwrócona do wewnątrz, stwierdził Colby, lojalność w grupie jest bardzo silna. Ale siła CIA wypływa z placówek zagranicznych prowadzonych przez dyrektora ds. operacji. Za granicą młodzi ludzie, często mający po trzydzieści parę lat, zostają szefami komórek i muszą zajmować się całym zarządzaniem, bezpieczeństwem, tajnymi działaniami, okazjonalnie dyplomacją. Są odpowiedzialni za wszystko, w odróżnieniu od urzędników służb zagranicznych Departamentu Stanu, którzy nadzorują tylko

swoich sekretarzy i których każdy ruch sterowany jest teleksem z Departamentu Stanu.

- Tajne działanie jest konieczne i może być pomocne - powiedział Colby. - Często ma sens działanie propagandowe albo tajne wsparcie polityczne dla centrowego przywódcy borykającego się z trudnościami. Tajny plan, ogólnie zgodny z oficjalnie głoszoną polityką administracji, może się udać, jeśli pojawi się przeciek, to nie będzie wielkiego zaskoczenia i krytyka będzie znikoma. Lecz w kraju, gdzie tajna operacja jest wykonywana, musi istnieć podstawowe wsparcie polityczne; prawdziwy ruch oporu albo opozycja polityczna. CIA nie może ich stworzyć.

Nie był szczególnym zwolennikiem tajnego działania. W czasie jego kadencji jako DCI to było brzydkie określenie. W latach pięćdziesiątych tajne operacje wykorzystywały około 50 procent budżetu CIA. Kiedy odszedł ilość ta spadła do 4 procent. Casey i Colby - obaj mieli wrażenie, że odchodząca administracja Cartera stała się bardziej aktywna w sferze tajnych operacji w ciągu ostatniego roku czy dwóch.

Colby mówił o Kongresie, który poznał aż nazbyt dobrze: w ostatnim roku zajmował mu połowę czasu. Nowe komisje ds. wywiadu są w porządku; da się z nimi pracować. Teraz ważne jest, żeby poprzez te komisje Kongres zrozumiał na czym w ogóle polega praca wywiadu. Można to zrobić jedynie poprzez podzielenie się tajemnicami. Ten proces można stopniować w celu zminimalizowania ryzyka i nadal cieszyć się uznaniem Kongresu.

Pozostawał jeden najważniejszy temat: Związek Radziecki - "twardy" cel wywiadu. Colby zauważył, że Sowieci nie mogli już utrzymywać swojego kraju i społeczeństwa w takiej izolacji jak przedtem. Chociaż niestety, nie było moskiewskiego odpowiednika amerykańskiego tygodnika Aviation, który stale publikował tajemnice techniczne i wojskowe, to jednak w Rosji wiele się zmieniło, pojawiają się nowe możliwości.

- Nie zapomnij - powiedział - że chociaż masz tam wspaniałą technologię, musisz się napracować, spenetrować ten kraj. To jest trudne. Nikt nie potrafił dostać się do kręgu przywództwa sowieckiego, ale tobie może się udać.

Mówiąc do człowieka, o którym wiedział, że był sławny z racji podejmowania ryzyka finansowego, Colby nęcił Caseya: - Warto jest ponieść trochę strat.

Casey chyba wiedział co to znaczy.

- Wszelkie wniknięcie do Związku Radzieckiego przez CIA, mogło okazać się robotą podwójnego agenta - stwierdził Colby. - Jeśli cza-

r

sem trafi się niedobra informacja, to w międzyczasie będziesz miał pięć dobrych, czasem się sparzysz, ale musisz posuwać się dalej.

Casey skinął głową, siedząc nieruchomo, przejęty, wpatrzony w Col-by"ego, jakby obaj byli na sesji terapeutycznej. Casey był odpowiednim człowiekiem i był to odpowiedni czas.

- Nie martw się już o połowę lat siedemdziesiątych - powiedział Colby. Uważał, że zniwelował przeszłość, w jakiś sposób za nią odpokutował, przepędził ją. - Idź do pracy - powiedział.

Casey odpowiedział, że może będzie potrzebował rad Colby^go kiedyś w przyszłości. Casey był sympatyczny, czarujący - żadnego dystansu. Tylko mówił bardzo niewiele.

Colby odszedł z silnym, nawet głębokim uczuciem życzliwości. Casey był dobrym psychologiem.

Casey uznał, że jest winien Stanowi Turnerowi telefon.

- Stan - powiedział Casey - plotki o tym, że ja przejmuję szefostwo, które były nieprawdą parę tygodni temu, teraz są prawdziwe. Stało się. Będę nowym DCI.

- Dobrze - powiedział Turner. Nie pogratulował Caseyowi. Jeden z zastępców Turnera był w biurze, a Turner chciał utrzymać tę wiadomość w tajemnicy i dopiero w odpowiednim czasie powiedzieć o tym swoim ludziom.

Casey był trochę zirytowany chłodną odpowiedzią. Uważał, że Turner był dziwnym człowiekiem. Najlepiej będzie omijać go, zwłaszcza w okresie przejściowym. Teraz jednak konieczne było spotkanie.

9 grudnia 1980 r. Casey przyszedł do gabinetu Turnera w starym biurze na czwartym piętrze. Stawiał krótkie, niepewne kroki, jakby bolały go stopy albo jakby ktoś włożył mu garść żwiru do butów. Lecz był w świetnym humorze.

- Może Ronald Reagan chce być prezydentem w wieku 69 lat - rozpoczął Casey - ale ja na pewno nie chcę być sekretarzem stanu w wieku 67 lat; odbywać wszystkie te podróże i bawić się w dyplomację. Zamachał ręką, która zatrzepotała w powietrzu. Był to niezdarny gest starego człowieka, sugerujący większą różnicę wieku między nim a Turnerem.

- Cóż - powiedział Turner - odkryjesz, że jako DCI będziesz musiał spotykać się z mnóstwem ludzi. Wszyscy podróżujący szefowie wywiadu, przejeżdżający przez miasto, będą chcieli z tobą rozmawiać.

Casey był ciekaw ilu by ich było.

- Francuzi - powiedział Turner - nie mają szefa wywiadu jako takiego.

Marenches, jako szef SDECE, jest najbliższy, ale nie ma żadnego odpowiednika DCI, żadnego generalnego zarządcy.

Tak więc, szef kontrwywiadu będzie chciał się z tobą spotkać, francuskie FBI będzie chciało, a oni wszyscy będą uważać się za równych tobie.

Casey nie przyniósł notatek ani listy pytań, więc Turner miał nadzieję, że będzie mógł sterować tą rozmową. Wydawało się, że Casey wykazuje niewielkie zainteresowanie, ale od czasu do czasu, rzucał badawcze spojrzenia zza okularów.

- Czy masz jakieś obiekcje co do mojego wejścia do gabinetu? - zapytał Casey bez ogródek. Wejście do gabinetu było jego warunkiem przyjęcia stanowiska, chociaż nie wspominał o tym Turnerowi.

Turner powiedział, że chociaż DCI nie jest w tej chwili stanowiskiem w gabinecie, to Reagan może to łatwo zmienić. Jednak wynagrodzenie byłoby niższe niż płaca sekretarza gabinetu, około 10 tysięcy dolarów mniej, chyba że Kongres podwyższy stawkę.

Casey w żadnym wypadku nie chciał niczego poniżej statusu gabinetu, a 10 tysięcy dolarów nie miało znaczenia.

Kiedy rozmawiali, zadzwonił Brzeziński - doradca ds. bezpieczeństwa narodowego. Turner nie chciał rozmawiać o administracji Carte-ra przy Caseyu, więc przeprosił i wyszedł, żeby odebrać telefon.

Casey uznał to za dziwne. Wyraźnie wyczuł wrogość Turnera i Brzezińskiego. Spodziewał się naturalnego sojuszu między admirałem a twardym doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego. Casey próbował poskładać w całość informacje jakie posiadał.

Turner przewidywał, że Sowieci wkroczą do Polski pod pozorem ćwiczeń wojskowych. Miał zdjęcia satelitarne pokazujące koncentrację sił sowieckich przy granicy, a także jakieś supertajne źródło w Polsce. Wszyscy byli w pogotowiu. Brzeziński uruchomił publiczną kampanię, żeby ostrzec świat i postarać się odstraszyć Sowietów. Zarzucił Rosjan nieoficjalnymi ostrzeżeniami dyplomatycznymi za pośrednictwem Francji i Indii. Chciał jednak zdradzić coraz więcej informacji. Turner sprzeciwiał się temu, za każdym razem, kiedy Brzeziński wyjawiał jakiś szczegół albo sprawiał wrażenie pewności, to źródło albo metoda uzyskiwania informacji była narażona na ryzyko. Brzeziński upierał się, że jego stwierdzenia muszą być uwiarygodnione, że prezydent nie dopuści do biernego stanowiska w tej sprawie. Sztandarowy nagłówek w The Washington Post głosił: Wzrasta niepokój w związku z sowieckimi planami w Polsce.

Brzeziński załatwił, żeby przywódcy związku zawodowego Solidarność w Warszawie otrzymali telefoniczne ostrzeżenia. Opór związkow-

ców był jawny - członkowie związku zaczęli zamykać fabryki, odcinać linie łączności, zalewać kopalnie.

Casey czekał długo w gabinecie Turnera i obaj czuli się niezręcznie, gdy Turner w końcu wrócił. Nie byli ze sobą szczerzy.

- Możesz zrobić z siebie absolutnego bohatera w CIA - powiedział Turner. - Wyrzuć z budynku reaganowski zespół przejściowy. Oni mówią coś o czystkach wśród pracowników państwowych, a to, jak się można spodziewać, stwarza wiele problemów.

Casey dał do zrozumienia, że wie bardzo dużo o wywiadzie; był rok w Radzie Nadzorczej ds. Wywiadu Zagranicznego przy Prezydencie, a także ze swoich doświadczeń w OSS.

Turner uśmiechnął się do siebie. Był zdziwiony, iż Casey nie miał ochoty zagłębiać się w sprawy, na których Turner zatrzymywał się na dłużej w swoich notatkach. Czy Casey nie chciał zrozumieć, że tajne działanie spotka się z oporem z ramienia operacyjnego?

Casey miał kilka pytań na temat przeciętnego dnia pracy i technicznych aspektów stanowiska. Po godzinie i dwudziestu minutach wstał z zamiarem wyjścia. Był zaskoczony postawą Turnera pełną lęku i frustracji.

Dwa dni później, w czwartek, 11 grudnia 1980 r. Turner poszedł przedstawić następne streszczenie działalności wywiadowczej Reaga-nowi i Caseyowi. Reagan przeprowadził się do Blair House, prezydenckiego domu gościnnego vis a vis Białego Domu przy Pennsylvania Avenue. Turner został skierowany do dużego pokoju na parterze. Na początku spotkania chciał przedstawić problem równowagi strategicznej USA i ZSRR; był to z pewnością główny problem dnia, pociągał za sobą długie, szczegółowe badanie zdolności Sowietów do prowadzenia wojny. Meese poprosił Turnera o nieporuszanie tego tematu. Była to bardzo drażliwa politycznie sprawa, ponieważ Reagan w całej swojej kampanii twierdził, że Sowieci posiadają wyższość nuklearną lub są na granicy jej osiągnięcia. Turner zgodził się - powtórka z kampanii byłaby bezcelowa.

Toteż pierwszym tematem była sowiecka gospodarka. Turner stwierdził, że jest ona w tragicznej sytuacji. Sowieci mają problem demograficzny i niewystarczającą ilość nowych robotników, nie uporali się też z brakiem wydajności; oczekiwano, że ich roczny całkowity wzrost gospodarczy obniży się z 5 procent do około 2 procent - oszałamiający spadek. Następnie, pobieżnie poruszając problematykę Związku Radzieckiego i Chin, Turnera korciło, aby wypowiedzieć się na temat bilansu strate-

gicznego między ZSRR i USA. Było to zbyt ważne, żeby to ominąć, a on był głęboko zaangażowany w przygotowywanie rocznej, ściśle tajnej Krajowej Oceny Wywiadu na temat intencji i zdolności Sowietów, nazwanej NIE 11-3-8. Ponieważ słuchał go Reagan i Casey, Turner bez za-jąknienia zdecydował przywrócić ten temat do porządku obrad.

- Nadrzędnym problemem w równowadze strategicznej - powiedział prezydentowi-elektowi Turner - nie jest liczba pocisków czy bomb, czy ślepa siła pocisków sowieckich. To nie ma znaczenia, ile mają broni, ale co potrafią; a to oznacza nie tylko liczenie, lecz także pójście o krok dalej: próbę przewidzenia, co się stanie w razie wymiany jądro-wej^Ogólnie, gdyby Sowieci wykonali pierwsze uderzenie, a my odpłacilibyśmy tym samym, to siły pozostające po obu stronach byłyby mniej więcej równe, z tym że nam zostałaby jeszcze rezerwa. W zasadzie - powiedział z zamyśloną miną - po pierwszym uderzeniu Sowietów Stany Zjednoczone miałyby wystarczającą ilość strategicznej broni jądrowej, aby zniszczyć wszystkie miasta sowieckie o populacji ponad 100 tysięcy.

To znaczyło, że sowiecka przewaga nie jest prawdą. Jedyną słabością tej oceny było pytanie: czy specjaliści od analiz nie pomylili się, szacując stopień ewentualnych zniszczeń dokonanych przez Sowietów podczas pierwszego uderzenia. Turner jednak uważał, że mniej więcej mieli rację. Przekaz brzmiał: - Martwcie się o słabe punkty naszych strategicznych sił jądrowych, a nie o liczby.

To była herezja dla Reagana, który oparł swoją kampanię na zarzucie, iż Stany Zjednoczone są niebezpiecznie w tyle, że niezbędne są większe wydatki na cele wojskowe i nowe systemy broni. Reagan, Meese i Alien siedzieli bez słowa.

Casey też był cicho. Kontrola zbrojeń, która mogła zredukować ilość broni jądrowej do połowy była bzdurą. Cóż za różnica - myślał - i tak to co zostanie wystarczy, by zniszczyć świat.

Turner napomknął o obronie cywilnej - koniku Reagana. W czasie kampanii Reagan sugerował, że Sowieci mają plan osłony ludności i przygotowywują się do wojny jądrowej.

- Tak - powiedział teraz Reagan, gdy Turner rozszerzył temat - potrzebujemy tego więcej.

- Nie, proszę Pana - powiedział Turner - nie zgadzam się. CIA doszła właśnie do wniosku, że Sowieci mogliby osłonić mniej niż 10 procent ludności miejskiej, a rzekome sowieckie plany ewakuacji nie były testowane. Wyobraźcie sobie próbę wyprowadzenia 8 milionów ludzi z Moskwy w czasie rosyjskiej zimy.

Po spotkaniu Reagan wstał i skierował się do schodów. Turner poszedł za nim.

- Czy mógłbym prosić o kilka słów na osobności?

- Tak - powiedział Reagan z uśmiechem, przystając na schodach. Zawsze chętnie słuchał. Inni, w tym i Casey, jakby się ulotnili, stosując

się do jego życzenia.

- Proszę pana - zaczął Turner stojąc na schodach - pewne rzeczy,

które robimy, są bardzo delikatne.

Urwał w celu wywarcia wrażenia, łapiąc spojrzenie Reagana. To było to. Każdy człowiek, a z pewnością każdy prezydent-elekt, musi wyobrażać sobie, że te rzeczy istnieją. Dno beczki sekretów.

Reagan patrzył na niego uważnie, tak jakby się tego spodziewał i

zarazem obawiał.

- Prezydent Carter wtajemniczył w te sprawy dwóch lub trzech ludzi w Białym Domu - powiedział Turner, podkreślając wagę sytuacji. - Na przykład Hamilton Jordan nie wiedział o pewnych rzeczach.

Jordan był głównym strategiem politycznym Cartera i szefem jego sztabu w Białym Domu.

- Proszę Pana, jeszcze nie poruszyłem tych tematów. Chciałbym przedstawić Panu i wiceprezydentowi Bushowi, tylko między nami trzema, sprawozdanie z najbardziej tajnych działań.

- Oczywiście - powiedział Reagan.

Turner powiedział, że nie są to może rzeczy najważniejsze, ale najbardziej drażliwe i bardzo zaszkodziłby im przeciek lub kompromitacja.

- Wtedy - ciągnął dalej Turner - będzie Pan mógł zdecydować, komu z personelu Białego Domu, w Pana sztabie, będzie Pan chciał udostępnić te materiały.

Reagan zgodził się, a Turner odszedł.

Casey podszedł do niego. - Moja nominacja będzie ogłoszona.

- Kiedy?

- Za trzy godziny.

- Trzy godziny?

Casey powiedział, że zapomniał rozgłosić tę wiadomość.

Turner pędem wrócił do agencji. Był wściekły, że dali mu kilkugodzinne wypowiedzenie. Zniewaga nie do przyjęcia. Uważał, że ważne było, aby jego sztab dostał tę wiadomość od niego. Gdy był już w kwaterze głównej, zadzwonił do dwudziestu głównych zastępców i asystentów, którzy byli na zebraniu odbywającym się trzy razy w tygodniu o 9:00 rano. Zebrali się naprzeciw jego gabinetu, w małej, ciasnej sali konferencyjnej, której Turner nie lubił. Tyle złych wspomnień, niezli-

czonych chwil, kiedy sztab przedstawiał mu trudne decyzje w ważnych sprawach albo prośby o zrobienie czegoś. Rzadko był tam obecny ktoś, kto wiedział wystarczająco dużo na dany temat, kto posiadał dostateczną wiedzę, by odpowiedzieć na jego pytania.

Turner przeszedł do sali konferencyjnej. Był posępny i smutny. Zakomunikował, że odchodzi.

Tego popołudnia Casey wszedł na podium w sali balowej hotelu Mayflower w centrum Waszyngtonu i stanął przed błękitną zasłoną wraz z siedmioma innymi mianowanymi przez Reagana członkami gabinetu. James Brady, rzecznik zespołu przejściowego Reagana, zakomunikował wiadomość prezydentowi-elektowi.

Tego wieczoru Katherine Graham, prezes Washington Post Company, wydała obiad na cześć Reagana w swoim domu w Georgetown. Bill i Sophia Casey byli wśród siedemdziesięciu gości. Casey siedział między Mary Graham, żoną wydawcy Post Donalda Grahama, a Nancy Kissinger, żoną byłego sekretarza stanu. Był rozradowany, lekko zawiany i dużo mówił o kampanii.

ROZDZIAŁ 3

Casey poszedł do dyrektora NSA Bobby"ego Inmana. NSA była zaklętym kręgiem tajemnic - tam dokonywano przechwytów informacji i łamano szyfry. Dla Caseya było jasne ze streszczeń, że NSA często stawała na wysokości zadania. Casey wiedział też, iż po czterech latach obrony swego terytorium przed Turnerem Inman był nieco rozdrażniony.

- Słuchaj - powiedział Casey na początku ich spotkania - wiem, że zwracano się do ciebie z propozycją stanowiska zastępcy i że odmówiłeś. Żałuję tego.

Inman rozluźnił się. Powiedział, że te tygodnie po wyborach były dla niego szczególnie nieprzyjemne osobiście i zawodowo, bo Goldwa-ter i inni przepychali jego kandydaturę na DCI.

Casey chrząknął.

Inman chwalił NSA. Agencja miała czterdzieści tysięcy ludzi w stacjach nasłuchowych na całym świecie i w siedzibie w Fort Meade w Maryland. Istotną częścią NSA była dyrekcja ds. operacji, a wewnątrz

3 - VEIL - Tajne wojny CIA

niej, w Fort Meade, tak zwana grupa sowiecka licząca tysiąc członków, przeważnie cywilów. Większość z nich mówiła lub czytała nieco po rosyjsku. Przechwytywane wiadomości dostarczały najlepsze informacje o Sowietach. Było to mniej niż by sobie życzyli, ale ogólnie rzecz biorąc, NSA mogła określić, czy Sowieci planują większe ruchy wojskowe. Druga grupa zajmowała się informacjami przechwyconymi z Azji, a trzeci zespół - wszystkimi innymi krajami, których liczba wciąż rosła. - Każdy sekretarz stanu i każdy doradca ds. bezpieczeństwa narodowego nalega, żeby wiedzieć co robi ten drugi - powiedział Inman.

Głównym zmartwieniem Inmana była potrzeba ogromnych inwestycji. Są na świecie obszary, gdzie nie sięga działalność NSA. NSA musiała zmierzyć się z wyszukanymi metodami kodowania używanymi przez Związek Radziecki i inne kraje. Inman powiedział, że muszą skoncentrować się na terminowości. Otrzymywanie, sortowanie, rozszy-    ; frowywanie i kierowanie informacji do użytkowników trwa zbyt długo. j Sprzęt nasłuchowy zamontowany na orbitujących satelitach mógł na- i tychmiast przekazywać przechwycone informacje, ale pozostawała znowu kwestia czasu; przetwarzanie informacji trwało stanowczo za długo. Casey zgadzał się z tym.

Inman powiedział, że w sytuacji kryzysowej informacja może być na jakiejś taśmie albo w jakimś komputerze, lub też oczekiwać na przetłumaczenie. Wśród wszystkich urządzeń podsłuchowych zainstalowanych w biurach i pokojach na całym świecie nie było ani jednego przypadku, aby NSA prowadziła podsłuch bieżący, brakowało przy urządzeniach podsłuchowych osoby, która zawsze byłaby gotowa do przekazania pilnej wiadomości. Było za mało ludzi, więc prowadzenie takich obserwacji byłoby ogromnym zadaniem i informacje musiały być wybierane z ogromnego napływu danych, przechwytywanych przez komputery. Wyłapywano najistotniejsze wyrazy lub nazwiska.

Casey zadawał mnóstwo pytań. Pomimo niedbałego wyglądu, Inman uznał Caseya za czujnego. Jego pytania nie sprowadzały wszystkiego do CIA, czego Inman zawsze oczekiwał od Turnera.

Casey wyszedł ze spotkania zaniepokojony obawami Inmana, że mogłaby się powtórzyć sytuacja z Pearl Harbor, gdy rozszyfrowane wiadomości japońskie nie dotarły do odpowiednich ludzi.

18 grudnia 1980 r. Casey poszedł na F. Street, gdzie Turner miał l swoje biura. Turner zasygnalizował, że miał do omówienia naprawdę i ważne tematy. Zdaniem Caseya, Turner dalej toczył swoje przegrane ; bitwy. Uznał jednak, że lepiej go będzie wysłuchać.

Turner chciał rozmawiać o kryptonimach. - System rozdzielania najważniejszej informacji z poszczególnymi kryptonimami jest w rozsypce - powiedział -jest to główny sposób kontrolowania tajnej informacji. Istnieją tuziny kryptonimów na operacje. NSA, Marynarka Wojenna, a nawet dyrekcja ds. operacji w CIA mają własne systemy kryptonimów.

Turner wyjaśnił, że w przypadku jednego systemu satelitarnego wielkiej wagi, około pięćdziesiąt tysięcy ludzi zna kryptonim. Dodał: - Wszyscy w hali produkcyjnej, od dziesięciu wykonawców zatrudnionych przy budowaniu systemu poczynając i wszyscy ludzie z łączności, nawet sekretarka osobista prezydenta. Te pięćdziesiąt tysięcy nie obejmowało tych, którzy byli dopuszczeni do kryptonimu, a potem odeszli.

Turner wyjaśnił w podnieceniu, że ma sposób na zredukowanie rozdzielonych informacji do pięciu kryptonimów dla wszystkich ściśle tajnych wiadomości. System nazywałby się Apex. Pięć kryptonimów to: PHOTINT - cała fotografia z satelitów i samolotów szpiegowskich; CO-MINT - wszystkie podsłuchy łączności; HUMINT - wszystkie źródła osobowe; TECHINT-wszystkie sprawy techniczne oraz ROYAL-nowy kryptonim na specjalne technologie lub działania, które są szczególnie tajne i które mogłyby być ograniczone do setki najstarszych rangą ludzi.

Casey uprzejmie skinął głową. Był zainteresowany, w jaki sposób mogłoby to ograniczyć dostęp do tajnych informacji. Czy ktoś, kto zajmuje się źródłami osobowymi w jednym kraju otrzymałby dostęp do wszystkich źródeł osobowych w innych krajach? Lecz nie zapytał. Turner był podekscytowany, przedstawiał Apex tak, jakby odkrył Dziesięć Przykazań.

Turner powiedział, że NSA opiera się, walczy z nim, bo Apex dałby DCI kontrolę nad przechwytywaniem informacji łącznościowych.

Casey zobaczył człowieka, który utrudniał sobie życie. Od Turnera emanowała aura pokonanego i wydawał się niespokojny obwieszczając fakt, że nigd}' nie uzyskał kontroli nad wszystkimi i że po czterech latach dalej bił się z NSA. Wydawało się, że ważne były tu głównie etykiety i teren. Caseya w zasadzie gówno obchodziły etykietki, ale nie chciał tego mówić. To nie były problemy wywiadu. Casey uznał, że jeżeli już, to potrzebować będzie więcej podziałów i kryptonimów, ponieważ jest to główny instrument utrzymywania tajemnic. Występ Turnera był niemal żenujący. Casey śmiał się w duchu.

Admirał ciągnął dalej. Co do wywiadu gospodarczego, to chciał go ujawnić. Miał dwóch zastępców w społeczności wywiadowczej mającej ponad dwieście osób personelu. - Dwóch zastępców to dobry pomysł:

J73

jeden do budżetu, jeden do ustalania priorytetów (gromadzenie i ustalenie zadań) - powiedział. Casey miał dość.

- Dobrze. Kto według ciebie, powinien być moim zastępcą?

Miał listę trzech nazwisk: Fred Ikle, tęga głowa i specjalista od

kontroli zbrojeń.

- Nie znam go - stwierdził Turner.

- Hank Knoche?

- Niezdolny do wykonania roboty - odparł Turner. Knoche, który krótko był zastępcą Turnera, powiedział raz ludziom z agencji, iż Turner ma jak najlepsze intencje i że oni przywiodą go do ich sposobu

myślenia.

- Inman?

- Zdolny człowiek - powiedział Turner. - Są jednak dwie wyraźne przeszkody: Inman uporczywie opiera się silnemu DCI, a jeśli zamierzasz być silnym DCI, będzie to problem; a biorąc pod uwagę rywalizację NSA - CIA, to CIA będzie podejrzliwa w stosunku do niego.

Casey podziękował Turnerowi i poszedł.

Turner zrewidował swoją opinię o Caseyu. Casey potrafił słuchać.

Casey dalej nie był pewien, kogo wybrać na stanowisko zastępcy. Turner mówił głównie o Inmanie jako opornym dyrektorze NSA. Jeżeli Inman przyszedłby do CIA, to jego domniemane wady mogłyby łatwo stać się zaletami. Gracz, gwiazda w klubie rywali, mógłby zostać mistrzem w klubie Caseya, zwłaszcza, jeżeli przeszedłby do Caseya na warunkach, które uznałby za dobre. Casey postanowił spędzić trochę czasu z Frankiem C. Carluccim III, prostolinijnym weteranem biurokracji. Carlucci był świetnym przykładem człowieka, który przeżył wiele: urzędnik służb zagranicznych, wicesekretarz ds. zdrowia, oświaty i opieki społecznej: wicedyrektor Biura ds. Zarządzania i Budżetu,

ambasador w Portugalii.

- Kto powinien być zastępcą? - zapytał Casey, wiedząc że Carlucci był poza konkurencją, bo przechodził do "obrony" na stanowisko zastępcy Caspara Weinbergera.

- Jest tylko jedna osoba - powiedział Carlucci - Bobby Inman. Jeśli go nie wybierzesz, to Cap Weinberger i ja zreorganizujemy cały wywiad związany z obroną: DIA, NSA i służbowe agencje wywiadowcze. Powierzymy mu nadzór.

Podtekst był taki, że Casey jako DCI powinien mieć Inmana pod kontrolą, jako swego zastępcę, a nie na zewnątrz w Departamencie Obrony.

Tuż przed Bożym Narodzeniem Casey wyjechał do Langley, żeby ponownie zobaczyć się z Turnerem.

Turner wręczył Caseyowi kopię raportu CIA na temat złego traktowania przez agencję sowieckiego uciekiniera z KGB, Jurija Nosenki w latach sześćdziesiątych. Według Turnera, było to jedno z wielkich przestępstw CIA. Niektórzy agencyjni paranoicy podejrzewali, że Nosenko był podwójnym agentem przysłanym w celu dostarczenia CIA informacji, która udowodniłaby, że KGB nie miało żadnego związku z zabójcą Johna F. Kennnedy^ego, Lee Harveyem Oswaldem. Nosenko był przetrzymywany w celi o wymiarach 2,5 na 2,5 m przez 1.277 dni -ponad trzy lata. Był częścią jakiejś nędznej gry w szachy prowadzonej przez ekspertów kontrwywiadu w celu ustalenia, który z sowieckich uciekinierów został podstawiony.

- Ważne jest, żebyś przeczytał ten raport - powiedział Turner - ważne, żebyś poznał, co może się zdarzyć, co może się zepsuć.

Turner nie był pewien, czy taka sytuacja się nie powtórzy.

Casey przyjął raport, ale dziwiło go, iż Turner powraca do zdarzeń sprzed prawie dwudziestu lat.

Turner miał jeszcze coś dla Caseya, wyjął notes. Miał wykaz dwudziestu czy dwudziestu pięciu głównych stanowisk w CIA, kto piastował wtedy któryś urząd i jak długo był na stanowisku. W kwestii kandydatów, na każde stanowisko proponował trzech, dotyczyło to zwłaszcza dyrekcji ds. operacji (DO).

Casey wziął listy, chociaż wiedział, że Turner nie rozumie, iż właśnie zaszkodził siedemdziesięciu pięciu karierom zawodowym, poparcie ancien regime'u było niejednoznaczne.

Turner zapowiedział, że wyjeżdża w ostatnią podróż zagraniczną w swojej kadencji, jako DCI, do Chin, aby doprowadzić do zawarcia ściśle tajnej transakcji na dwie stacje monitorowania pocisków sowieckich. Zastąpi nimi te, które stracono w Iranie. Będzie podróżował pod przybranym nazwiskiem, w przebraniu dostarczonym przez CIA - nawet z wąsami.

Casey nadal spotykał się z członkami zespołu przejściowego CIA. Fruwały papiery. Pomimo skłonności do ryzykowania i nowych pomysłów, nauczył się na poprzednich stanowiskach rządowych, że nowy szef musi poruszać się wolno, liczyć do dziesięciu zanim podejmie działanie. Zostało mu to wbite do głowy przez jednego z jego najbliższych przyjaciół, długoletniego wspólnika Leonarda W. Halla, który był przewodniczącym Krajowego Komitetu Republikańskiego w latach kaden-

r

cji Eisenhowera i zarządzał kampanią reelekcyjną w 1956 roku. Hali zmarł w poprzednim roku, ale przez piętnaście lat on i Casey regularnie jadali w sobotę lunch w tej samej restauracji włoskiej - Caminari w Locust Valley na Long Island. Sympatyczny Hall, nauczył Caseya wyciągać rękę do ludzi - pracowników, sekretarek, docierać do wszystkich. Jednak prawdziwą lekcją była "ostrożność".

Casey mógłby być jak "Dziki" Bill Donovan. Ale jak Halla nie ma, to kto będzie doradzał ostrożność? Casey podpiął się do Johna Brossa, który dowodził, że propozycje zespołu przejściowego są do niczego. Nieoficjalna osłona tajnej działalności zagranicą sprawi, że agenci będą tylko sprzedawcami części do samolotów. Nie będą wiarygodni w oczach zagranicznych oficjeli. Szpiegowanie i operacje muszą być prowadzone z pozycji siły. Prestiż rządu Stanów Zjednoczonych musiał być wystawiony na próbę, a to będzie miało miejsce tylko wtedy, gdy szpiedzy mają status dyplomatów. Jak można zapewnić bezpieczne połączenie z Waszyngtonem bez tajnej bazy w ambasadach? Jak przechowywać tajne akta? W pokoju hotelu Hiltonl Bross dowodził, że ci wariaci w zespole przejściowym chcą sprzedać Caseyowi idee rodem z jakiejś powieści szpiegowskiej, jakąś romantyczną wersję złotej szpiegowskiej przeszłości. No więc, to nigdy nie istniało i prawdopodobnie nie będzie istnieć. Dr No z jakiejś powieści z cyklu James Bond nie jest tu opozycją. To nie kwestia zniszczenia kwatery głównej Doktora No. Rosjanie są wszędzie i tak pozostaną; gra jest subtelniejsza i

permanentna.

Casey dostrzegł meritum argumentacji Brossa, ale przeczucie nakazało mu zrobić nieco wstrząsu.

- Ach, daj spokój, Bili - powiedział Bross - na pewno można znaleźć rozwiązanie, które nie będzie takie szkodliwe.

Casey usłyszał "ostrożność".

Ostateczny raport przejściowy został ukończony 22 grudnia 1980 r. W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia Casey powiedział Bros-sowi, że zespół przejściowy rozpadł się. Przekształcił się w klub

dyskusyjny.

- Chcą mnie tam wciągnąć w kłopoty - powiedział Casey. Przyszedł czas na opracowanie własnego porządku dziennego.

Bross poczuł ulgę. Niektóre złe czarownice nie żyły - na razie.

Po Nowym Roku Casey i Bross spotkali się na lunchu w restauracji członkowskiej w Metropolitan Club - najbardziej ekskluzywnym klubie w centrum Waszyngtonu.

- Moim priorytetem - powiedział Casey - będą oceny analityczne, pisemne oceny przyszłości. Nie tylko one potrzebują poprawek, ale wszystko, wszystkie dane wywiadu, z których składają się oceny. Pomogą one w rozpoznaniu słabości źródeł i słabości w ludziach. Te oceny są także ogniwem łączącym z Białym Domem i prezydentem.

Bross zgodził się.

- Kiedyś płacono mi 600 tysięcy dolarów rocznie za pisanie ocen i instrukcji podatkowych - powiedział Casey, zawyżając swój roczny dochód. - Gromadzenie mnóstwa skomplikowanych informacji i destylowanie ich tak, aby osiągnąć kwintesencję, to jest właśnie to, co robię dobrze - stwierdził.

Bross był zaskoczony tym, że Casey uważał za stosowne chwalić się, ale uznał, że oceny analityczne są właściwym priorytetem.

Casey powiedział, że koncentrowanie się na ocenach, pozwoli mu na nawiązanie stosunków z każdym szefem wywiadu w Departamencie Stanu, wojsku, NSA, FBI.

- Turner z każdym prowadził wojnę - dodał szyderczo.

Drugim jego priorytetem będzie: nowe prezydenckie zarządzenie wykonawcze, zmniejszające ograniczenia w pozyskiwaniu informacji wywiadowczej. Po trzecie, chciał mieć więcej pieniędzy i ludzi w wywiadzie.

- Naglącym problemem są ludzie - powiedział. - Kogo ty widziałbyś na najwyższych stanowiskach?

- Inman powinien zostać zastępcą - powiedział Bross. - Bili, potrzebny ci jest ktoś, kto ma prawdziwe dojścia, ktoś kto nie podda się w dyskusjach w Departamencie Obrony. Dla niego to będzie fraszka. W Departamencie Stanu będzie miał status szanowanego, umiarkowanego wojskowego. Ma Goldwatera w kieszeni i jest faworytem na Wzgórzu.

Casey skinął głową, lecz wyraźnie się wahał.

- Czemu nie? - zapytał Bross.

- Powód pierwszy, on nie chce tego stanowiska.

- Bobby jest wojskowym i zrobi, co mu się rozkaże - powiedział Bross. - Może czwarta gwiazdka mu to osłodzi.

Casey zamruczał pod nosem. Przeszli do innych stanowisk.

- A asystent dla mnie? - zapytał.

-Być może najważniejszy wybór, jakiego dokonasz-powiedział Bross. - Będziesz potrzebował kogoś kto wie, jak wszystko działa, kto zna Radę Bezpieczeństwa Narodowego, tamten personel, ośrodki władzy, przepływ papierów, kogoś kto dogłębnie zna Departamenty Stanu i Obrony.

Casey poprosił Brossa o znalezienie właściwego człowieka. - Rozglądaj się - powiedział. Przeglądał sterty akt personalnych, szukając

odpowiedniego kandydata. Casey podkreślił, że jest to naprawdę ważne. Nie mamrotał, tylko wymachiwał ręką w powietrzu.

Bross miał wrażenie, że Caseya dotknęła choroba, którą Bross nazywał: Odświeżę-miejsce-poprzez-wprowadzenie-moich-ludzi. To był czysty Donovan. Awansował dziwnych ludzi, postacie nie z głównego nurtu. Bross wiedział, że w tej organizacji mogą wypłynąć ekscentryczne osobowości, dziwacy, którzy wykonają robotę. Większość włamywaczy z wytrychami nie pochodziła z najlepszych szkół z internatami.

- Potrzebujemy ludzi z doświadczeniem w interesach - powiedział Casey. - Trzeba wprowadzić ludzi z zewnątrz.

- Pewnie - odpowiedział Bross.

- Jedną z rzeczy, którą chce zrobić, to uzyskać stanowisko dla Who-gula - powiedział niemiłosiernie kalecząc nazwisko Maxa Hugela.

- Who-gul? - zapytał Bross - kto to jest?

- Who-gul - powiedział Casey.

Bross nadal nie wiedział o kogo chodzi.

Casey był zdecydowany zaoferować posadę w CIA Hugelowi, biznesmenowi o ogromnym powodzeniu, który blisko współpracował z nim w kampanii Reagana. Hugel zwerbował kadrę pracowników z mniejszości i grup specjalnego zainteresowania wyborców.

- Istnieje mnóstwo posad - powiedział w końcu Bross. - Pomogę ci znaleźć idealnego asystenta.

Uzgodnili, że po inauguracji Bross zajmie biurko przed gabinetem Caseya. Mógłby się wtedy przyjrzeć ludziom i pomóc znaleźć asystenta dla Caseya.

Casey wrócił do Langley i zażądał od zastępców Turnera wszelkich informacji o tajnych działaniach.

- A tajne działania? - dopytywał się Casey. Pytał co się działo w czasach Cartera, czy dyrekcja ds. operacji była zatwardziała w utartych sposobach działania. Zażądał szczegółów.

Informatorzy powiedzieli, że były trzy fazy tajnych działań. Pierwszą i najmniej narzucającą się formą tajnego działania była propaganda. Była pierwszą fazą ograniczonej tajnej akcji w epoce Cartera i Turnera. Szczególnie Brzeziński wykazał wielkie zainteresowanie przekazywaniem książek do krajów komunistycznych. Tzw. program książkowy polegał na przemycaniu tysięcy książek i innych druków za Żelazną Kurtynę. Jak powiedziano Caseyowi, nie mogło to zmienić biegu historii, ale uważano, że ewangelia demokracji powinna być udostępniona. Turner - wyjaśniali - nazywał

program książkowy "zabawką tajnego działania", "zrzutem Brzezińskiego", "operacją niegodną zaufania."

Casey był przerażony cynizmem Turnera. Zanotował sobie w pamięci, żeby znacznie rozszerzyć te programy propagandowe. Uważał, że słowa mają wielkie znaczenie, bo słowa to idee.

- Co jeszcze? - dopytywał się niecierpliwie Casey.

- Druga faza polegała na tajnych przedsięwzięciach umacniających stosunki z przyjaznymi narodami, zwłaszcza z Brytyjczykami i Saudyjczy-kami. Te połączone działania miały ukazać nową, twardą postawę Cartera pod koniec jego kadencji. Głównym działaniem był ograniczony paramilitarny program wsparcia w celu osłabienia marksistowskiego, wspomaganego przez Sowietów, Jemenu Południowego. Operacja była w toku, a kilka małych zespołów Jemeńczyków byłe szkolonych w wysadzaniu w powietrze mostów i tak dalej. Turner orzekł, że było to "stuknięte" i zostawił nadzór nad tajnym planem zastępcy Frankowi Carlucciemu.

- Dlaczego? - zapytał Casey.

- Turner uważał, że Białemu Domowi zawsze zbytnio zależało na zadowoleniu Brytyjczyków, którzy stali za operacją południowojemeń-ską, a on martwił się, że CIA dzieli się zbyt dużą ilością delikatnej informacji wywiadowczej z MI-6 (brytyjską służbą wywiadu zagranicznego). Brytyjczycy praktycznie trzymali USA w wywiadowczych szponach, uważał Turner, i za dużo nam odbierali.

- Lubię Brytyjczyków - powiedział Casey. - Co jeszcze?

Informatorzy powiedzieli, że w obliczu sowieckiej inwazji na Afganistan w 1979 roku, administracja Cartera weszła w trzecią fazę swojej tajnej operacji, uruchamiając jedyną poważną paramilitarną operację wsparcia na dużą skalę. Znowu, najbardziej naciskał Brzeziński, uważając, że Sowieci przeliczyli się. Afganistan był ich Wietnamem, a Brzeziński chciał wykorzystać to śmiało i bezlitośnie. "Wykrwawcie ich" - powiedział.

- Stosunek Turnera?

- Dyrektor - wyjaśniali informatorzy - długo i poważnie się zastanawiał, czy dopuszczalne jest wykorzystywanie życia innych ludzi dla interesów geopolitycznych Stanów Zjednoczonych. Po raz pierwszy broń dostarczona przez CIA służyłaby do zabijania regularnych żołnierzy Armii Radzieckiej. W Afganistanie Sowieci mieli ich około 90 tysięcy. Turner martwił się, że polityka USA głosiła walkę do ostatniego żywego Afgańczyka, ale w końcu poparł tę operację. Arabia Saudyjska, Egipt, Pakistan i Chiny także wspomagały afgański ruch oporu. Koszt całkowity wyniósł około 100 milionów dolarów.

Przesłuchanie zatwierdzaj a* Caseya przed Senacką Komisją ds. Wywiadu było przewidziane nt wtorek, 13 stycznia 1981 roku, tydzień przed zaprzysiężeniem Reagaia. Zabrał się do pracy. Będzie to jego piąte przesłuchanie zatwierdzające. Nauczył się, że nie należy przesadzać z wygłaszaniem swoich poglądów, sięgać do beczki samolubnych wspomnień ale nie można byćbezbronnym i nieprzygotowanym. Dziesięć lat wcześniej, podczas przesłuchania zatwierdzającego przy jego nominacji na przewodniczącego Komisji Papierów Wartościowych, przejechał się i prawie zatopił swoją nominację po tym, jak musiał wycofać zeznania na temat pozwu (o plagiat) przeciw niemu. Wspomnienie roku 1971 było nieprzyjemne*.

Toteż tym razem Casey starannie się przygotował. Dyrektor Centralnego Wywiadu to stanowisko wysokiej rangi - bardzo wyeksponowane. Napisał mowę otwierającą, układając ją tak, aby umknąć kłopo-

* Gdy tamtego roku, Senacka Komisja ds. Bankowości zadała Caseyowi pytania o dawny

pozew przeciw niemu w sprawie plagiatu, on zbył całą sprawę twierdząc że me skorzy-

stał z cudzego materiału w żadnej instrukcji podatkowej jego autorstwa. Bez zastrzeżeń,

atozwielką pewnością siebie posunął się bardzo daleko twierdząc, żesedziaprowadzą^

cy tę sprawę uważał, że wyrok ławy przysięgłych przeciw Caseyowi wynoszący 40.425 Larów nie byt poparty dowodami. Casey dodał też, że protokół z procesu został zaple-czetowany na prośbę sędziego.    . .

Sprowadzono protokół z procesu o>az sędziego. Przesłuchanie w sprawie zatwierdzenia otwarto ponownie i Casey był zir.uszony stawić się ponownie i ze wstydem odwołać

SWpowte<Mał ^chciałby wyjaśnić zaznanie oraz że to co on pamięta, nie pokrywa się z twierdzeniem sędziego i nie jest poparte protokółem z procesu. Przyznał, ze dwie i pot strony rękopisu powoda znalazły sift w instrukcji podatkowej Caseya niemal słowo w sSożesędzia uważał, iż wyrok na Caseya był "dostatecznie" poparty dowodami oraz ze to sam Casey poprosił o zapieczętowanie protokołu. (Zatwierdzony protokół cytował Ca-seva- Chciałbym, aby protokół został w całości zapieczętowany").

Komisja rozpatrująca nominację Caseya na przewodniczącego Komisji Papierów Wartościowych odkopała zeznanie złożor.e przez Caseya pod przysięgą przed procesem. Casey powiedział adwokatowi powoda:

-Cholera jeśli nie będzie pan dżentelmenem, to pana stąd wykopię... Niech pan me próbuje tego drugi raz, bo w tym cholernym biurze będzie więcej przemocy. Adwokat powiedział:

- Chcę aby protokół wykazał, że pan Casey uderzył mnie w twarz. Caseva zapytano w Senackiej Komisji, czy uderzył adwokata w twarz.

-Nie przypominam sobie-odparł Casey-nie sądzę... Nikogo nie uderzyłem od czasu,

oDgowpreTłuchanie trwało do godziny 19:00, 9 marca 1971 roku, kiedy to Ca-sev rozdrażniony i upokorzony wysuedł. Na szczęście było to przed rozmaitymi konfrontacjami między administracją Nixona a Kongresem, związanymi z Watergate, więc senatorowie okazywali powściągliwość. Nominację Caseya zatwierdziła komisja, a w koń-cu cały Senat.

tów. Oznaczało to minimalizowanie zobowiązań, przytaczanie niewiedzy i niepewności na usprawiedliwienie oraz zapewnianie senatorów, że nic jeszcze nie zostało postanowione. - Łatwo będzie mówić niewiele, bo senatorzy uwielbiają słuchać własnych głosów - rozmyślał Casey.

Casey przybył punktualnie. Miał na sobie kosztowny, ciemny, prążkowany garnitur bankiera. Goldwater zarządził przesłuchanie o 10:00 rano. Poprosił wiceprzewodniczącego komisji, senatora Daniela Pa-tricka Moynihana, demokratę z Nowego Jorku, który pracował dla administracji Nixona, o przedstawienie Caseya. Moynihan, akademicki w usposobieniu, mówił miodowo-płynną, wysoko-wschodnią opadającą intonacją. Na razie będzie nieco Moynihanowej małomiasteczkowo-ści w stylu "bądź wierny swemu stanowi", "syn Nowego Jorku", "udało się miejscowemu chłopakowi".

- Cechą wyróżniającą tego człowieka jest to - mówił Moynihan - że w takiej czy innej formie służył każdemu prezydentowi USA od czasu Franklina Roosevelta, kiedy to przyszedł do amerykańskiej Marynarki Wojennej. Jego kariera zawodowa jest zbyt dobrze znana, aby wymagać wzmianek z mojej strony, za wyjątkiem nieco smutnego spostrzeżenia, tego co Francuzi nazywają fin de Ugnę [koniec linii]: Bili Casey będzie na pewno ostatnim członkiem OSS kierującym CIA.

Casey siedział niespokojnie przy stole dla świadków. Mrugał oczami, ruszał rękami, szukając zajęcia.

Goldwater przemówił: - Coś jest nie tak. Nie mamy dość informacji wywiadowczej i nie jest ona wystarczająco dobra. Śledztwa w Kongresie i tak dalej nie dały jednostkom wywiadowczym na świecie możliwości wykorzystywania nadarzających się okazji... Spora ilość operatorów spędza nadmierną ilość czasu opracowując defensywne noty w oczekiwaniu na badanie lub krytykę działań.

Po obwieszczeniach początkowych, wygłoszonych przez trzech innych senatorów, Casey szybko przysunął się do mikrofonu. Jego celem będzie "odbudowa, wydajność, bezpieczeństwo".

- CIA wątpi w siebie jako instytucję - powiedział. - Wielu z jej najbardziej kompetentnych oficerów odeszło na emeryturę lub odejdzie niedługo. Mówi się, że morale w dużej części agencji jest niskie. Zbyt wielu pracowało na to, aby obniżyć poczucie własnej wartości u oficerów wywiadu.

Casey powiedział, że w ciągu poprzednich tygodni widywał zbyt często wahanie, niebezpośrednie wypowiedzi, defensywę. Mówił o zaufaniu, o honorze.

- To nie jest czas na następny biurokratyczny wstrząs w CIA - oświadczył z naciskiem. Uważał, że wywiadowcze fiaska w ostatnich latach to przypadki, gdy znając fakty dokonano błędnej analizy. Przyczyną fiaska była również polityka. Obiecał przedstawić prezydentowi wszelkie dane i opinie. Dwa razy zobowiązał się ściśle współpracować z Kongresem.

Casey powiedział coś dla każdego: "odbudowa" dla prawicy, "swobody obywatelskie" dla lewicy. Absolutne zwycięstwo Reagana było kłopotem dla demokratów. Moynihan dobrze o tym wiedział. Demokraci będą musieli stąpać ostrożnie. Nie może być więcej prób unieszkodliwienia CIA czy zarzutów ze strony Franka Churcha, jakoby CIA była "szarżującym słoniem renegatem". Moynihan i tak nie wierzył w to podejście - efektywna CIA jest wstępnym warunkiem bezpieczeństwa narodowego. Moynihan nie miał złudzeń co do Sowietów: umieli grać bardzo nieuczciwie.

Moynihan miał także niewiele złudzeń co do zdolności CIA do dostarczania przydatnej informacji wywiadowczej. Kiedy był ambasadorem w Indiach w latach 1973-1975, szef komórki CIA często dzielił się z nim indyjskimi tajemnicami rządowymi, po czym rząd indyjski robił coś, czego szef CIA nie przewidział. Było dla niego jasne, że CIA wiele przeoczyła.

Gdy przyszła jego kolej na zadawanie pytań Caseyowi, Moynihan odniósł się do niedawno wydanego prawa, zgodnie z którym DCI był zobowiązany w pełni i na bieżąco informować komisję o wszystkich podjętych i przewidywanych działaniach wywiadowczych. Moynihan zauważył, iż w niektórych przypadkach prezydent mógł zarządzić poinformowanie tylko przewodniczącego i wiceprzewodniczącego komisji wywiadowczych Senatu i Izby (Reprezentantów). Było to tylko w przypadku: nadzwyczajnych okoliczności mających wpływ na ważne interesy Stanów Zjednoczonych... w celu zachowania tajności potrzebnej w bardzo delikatnych przypadkach...

- Jest jednak szara strefa - powiedział Moynihan, pochylając się do przodu. Głos podniósł mu się do dobrze znanej śpiewnej intonacji, do której powracał, gdy wiedział, iż panuje nad głównym problemem. Zauważył, że w swej preambule ustawa mówiła, iż wszystko to musi być: zgodne z obowiązkami prezydenta w ramach Konstytucji i zgodne z odpowiedzialnością działu wykonawczego: ochroną przed nieupoważnionym ujawnieniem tajnej informacji, źródeł i metod wywiadu. =

- Tak więc, skoro mówimy, że musi to być "zgodne", przyznajemy, i iż mogą być chwile, kiedy nie jest to zgodne - powiedział Moynihan.

Niemniej jednak uwzględniając to ustępstwo ustawa mówiła, że musi mieć miejsce jakaś forma powiadomienia w którymś momencie, nawet w fazie projektu.

- Wobec tego czy będziemy informowani bez wyjątków? - zapytał Moynihan. - Co pan Casey sądzi o "tej pewnej dwuznaczności...?" Jak wiemy, był moment w pańskiej długiej i znakomitej karierze, kiedy wysunięto zarzut, że nie chciał pan dostarczyć Kongresowi materiałów, których żądał. Chodzi o akta ITT - kontynuował Moynihan - otóż, jak się pan zapewne spodziewał, przyjrzeliśmy się tej sprawie przed przesłuchaniem. Pozwoliłem sobie skontaktować się z panem Stanley-em Sporkinem, wedle wszelkich standardów, znakomitym urzędnikiem państwowym.

Moynihan wyjął list od Sporkina, legendarnego szefa od przestrzegania prawa w Komisji Papierów Wartościowych, który przez lata był samozwańczym specjalistą od skarg sądowych w sferze biznesu.

Moynihan spodziewał się, że Sporkin (bohater antybiznesowych demokratów) obrzuci go błotem, ale zamiast tego otrzymał list pochwalny, wynikający z ich współpracy w SEC (Komisji Papierów Wartościowych). Sporkin mówił o "spostrzegawczej i przemyślanej analizie" Ca-seya oraz "mądrej i z wyobraźnią podjętej" decyzji w jednym przypadku.

Casey był czysty. Moynihan nie miał ani jednego pytania na temat przeszłości, zwrócił się więc ku przyszłości: - Co pan myśli o powiadomieniu tej komisji o rzeczach, o których musimy wiedzieć, a o których chciałby pan, żeby wiedziało najwyżej dwoje ludzi na świecie?

- Panie senatorze - odpowiedział Casey - zamierzam stosować się w pełni do ducha i litery prawa... W tej chwili nie mogę wyobrazić sobie okoliczności, w wyniku których nie mógłbym dostarczyć tej komisji informacji przez nią wymaganych.

- Dziękuję panu - powiedział Moynihan, uważając, że uzyskał pełne zobowiązanie. - Usłyszałem, że powiedział pan, że nie może pan wyobrazić sobie okoliczności, w których nie podzieliłby się pan informacjami z tą komisją.

Casey powtórzył łagodnie: - Powiedziałem, że w tej chwili nie mogę sobie wyobrazić.

Moynihan uśmiechnął się: - Powiedział pan w tej chwili nie mogę sobie wyobrazić, nie na darmo chodził pan do Fordham Law School.

Teraz z kolei Casey się uśmiechnął. Był w Fordham jako student. St. John's była jego wydziałem prawa, jednak nie poprawił senatora.

Casey stąpał lekko przez resztę przesłuchania. Starał się odpowiadać jednym słowem lub zdaniem. Na pytanie dotyczące modnego w

tamtych czasach określenia "czas spuścić CIA z uwięzi..." - Nie użyłem tego zwrotu - odpowiedział. Na temat ewentualnego nowego zarządzenia wykonawczego: - Nie zdecydowałem się.

Na temat tego, co robił od czasu wyborów: - Większość czasu spędziłem na odrabianiu zaległości w kancelarii prawnej i na szacowaniu szkód finansowych, jakie poniosłem podczas kampanii.

O zespole przejściowym CIA wyraził się - "Stwór amebopodobny".

Na temat problemów kierownictwa Casey powiedział: - Do mojego ogólnego stylu w tej sferze należało ustalanie celów i upoważnianie ludzi do osiągania tych celów, ocenianie ich na podstawie wydajności, a nie wdawanie się w szczegółowe zarządzania. Jeżeli się nie spisują, to wtedy zatrudnia się kogoś innego.

Kiedy senator Joseph R. Biden Jr., demokrata ze stanu Delaware dał znak, że nie zrozumiał, więc Casey powinien przysunąć mikrofon bliżej, ten przysunął go, mówiąc: - Teraz mam go na kolanach.

Goldwater zadał kilka pytań: - Czy myśli pan w ogóle o asystencie?

- Tak, bardzo dużo - odparł Casey sucho, sądząc, że teraz się zaczynają trudności.

- Myślę, że będę miał rację informując pana, iż admirał Robert In-man jest bardzo ceniony przez tę komisję - powiedział Goldwater z nieruchomą twarzą.

- Sądzę, że nadal mówię w imieniu komisji: nie chcemy, żeby jakiś polityk został przydzielony panu na asystenta... Sądzę, że admirał In-man byłby świetny.

- Mam nadzieję, że zechce przyjść - powiedział Casey, przyznając, że posada należy do Inmana, jeśli tego chce.

- Podnoszę tę kwestię, ponieważ przeczytałem, że rozważa się sporo innych kandydatów na posadę pańskiego asystenta, a nigdy nic nie słyszałem o żadnym z nich - powiedział Goldwater. - A Bobby"ego Inmana znamy - powtórzył.

- Nie widziałem tej listy - powiedział Casey, odrzucając przynętę Goldwaterowi. - Będę musiał ją zobaczyć - dodał sarkastycznie - może niektórzy się przydadzą.

- Ja panu nawet nie powiem, gdzie ją widziałem - odparł Goldwater.

Biden kładł nacisk na odpowiedzialność. Casey nie wahał się odeprzeć ataku tego młodego senatora: - Uważam, że istnieje moment, w którym zbyt wąsko pojmowana odpowiedzialność może utrudnić wydajność. - Pytania Bidena przeszły do kwestii paragrafów i Casey odparł: - Nie mam ustalonego poglądu, a nie chcę przedstawiać nieroz-ważonego poglądu.

Dalsze negatywy: "Nie", "Żadne", "Zajmę się tym".

Biden dołączył do chóru na cześć Inmana: - Absolutnie najlepszy, pod każdym względem niekwestionowanie najlepszy człowiek, jaki kiedykolwiek zeznawał przed tą komisją. - Biden zachwalał tego kandydata mówiąc, że jeżeli Inman dostałby posadę zastępcy, to: - Gdy będzie pan miał problem, jego proszę wysłać. On zna drogę do nas.

Ta mowa zrobiła wrażenie na Caseyu. Lepiej wziąć Inmana, choćby nawet jako przedstawiciela dla komisji.

Inman nie tylko wypowiedział się przed komisją, ale bardzo się postarał, aby udoskonalić swój wizerunek*.

Kilka dni przed objęciem urzędu przez Reagana, Casey poświęcił na studiowanie danych wywiadowczych, zwłaszcza na temat kryzysu irańskiego. Dostrzegł ważność Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, która przechwytywała połączenia i łamała ważne, zaszyfrowane wiadomości (przekazy między Iranem a Algierią); ta ostatnia weszła do negocjacji jako mediator. Bardzo ważne było, aby nie doszło do żadnego nieporozumienia, żeby Iran i Algieria otrzymywały dokładną i trafną informację co do pozycji USA. Przechwyty były dodatkowym sprawdzeniem w celu upewnienia się, iż Algierczycy i Irańczycy słyszeli i wiedzieli, co mówią Stany Zjednoczone. Kilka razy przechwyty ujawniły, że pozycje zostały przekręcone przez mediatorów i amerykańscy

. Komisja Senacka poslaia Caseyowi formularze zeznań finansowych, w tym poufne oświadczenie finansowe; wziąwszy najnowszy wydruk komputerowy od swojego doradcy, Casey napisał:

. 68.600 akcji Capital Cities Communication, które nabył w latach pięćdziesiątych, kiedy pomógł w założeniu firmy. Cena nabycia wtedy wynosiła zaledwie 13 centów zajedną akcję. W ciągu lat wartość wzrosła niemal pięćset razy - była to z pewnością najlepsza inwestycja, jakiej dokonał. Wartość rynkowa tych akcji wynosiła w tej chwili ponad 4.200.000 $.

. 24.800 akcji rozmaitych kompanii naftowych o wartości ponad 2.000.000 $.

. działy w IBM oraz różnych innych koncernach chemicznych, górniczych, minerałowych itd., warte następne 1.300.000 $.

. Obligacje rządowe o wartości 208.000 $.

. Nieruchomości o łącznej wartości 1.200.000 $, w tym dom na Long Island wart szacunkowo 500.000 $, rezydencja w Palm Beach warta następne 500.000 $ oraz mieszkanie w Waszyngtonie warte 200.000 $.

. Gotówkę, ubezpieczenie na życie oraz inne, warte nieco ponad 700.000 $.

. Podał dochód za poprzednie pięć lat, 1976-1980, od 183.439 $ do 317.000 $.

Mając dług wynoszący tylko 5.000 $, jego wartość netto wynosiła nieco ponad 9.500 $. Na temat rozwiązywania konfliktu interesów pisał: "pozbywanie się aktywów lub ustanowienie funduszu powierniczego w razie konieczności". Tylko w razie konieczności - tę kosztowną drogę przyjął będąc na stanowisku przewodniczącego Komisji Papierów Wartościowych.

negocjatorzy mogli szybko dokonać korekty. Zrobiło to wrażenie na Caseyu. To było wsparcie wywiadowcze, jakiego Biały Dom potrzebował. Zauważył, że dyrektor NSA Inman dość często utrzymywał bezpośredni kontakt z prezydentem i innymi ważniakami w Białym Domu.

Tak jak reszta społeczności wywiadowczej, Casey obserwował Polskę. Przewidziana inwazja sowiecka nie nastąpiła. Jak to się często zdarza, odpowiedź na pytanie "dlaczego" została dostarczona we fragmencie informacji. CIA znała szczegóły sowieckich planów mobilizujących, łącznie z nudnymi danymi określającymi rozmieszczenie poszczególnych wojsk. Część tej informacji dostarczył pułkownik z polskiego sztabu generalnego, który figurował na liście Bigot. Inwazja wymaga dokładnej koordynacji i ustalenia w czasie. Do transportu potrzebne są ciężarówki żniwne z zachodniej Rosji. Jednak zdjęcia satelitarne pokazały, że ciężarówki nie zostały nawet doprowadzone do polskiej granicy. Może zmasowanie wojsk na granicy było blefem, którego celem było usztywnienie polityki rządu wobec Solidarności? Być może publiczny raban i ostrzeżenia Brzezińskiego płynące kanałami dyplomatycznymi odstraszyły Sowietów? Mając fotografie satelitarne, mając pułkownika polskiego sztabu generalnego i całą resztę informacji wywiadowczej, Casey był pod wrażeniem tego, że tyle jeszcze pozostawało w tajemnicy.

Casey obserwował także z pewną konsternacją, jak admirał Turner, kończąc kadencję, uporał się z ostatnią poważną sprawą wywiadu. Była to ściśle tajna ocena amerykańsko-sowieckiej równowagi strategicznej NIE 11-3-87, która traktowała o możliwościach i zamiarach ZSRR. Turner skończył ją w ostatniej chwili i posłał ostateczną, wydrukowaną wersję do wszystkich ważnych urzędników bezpieczeństwa narodowego i wywiadu oraz do prezydenta. Oceny takie są dokumentami DCI i wie on, że inne agencje wywiadowcze mogą dołączyć swoje, odmienne opinie... zrobią to. Ponieważ DCI jest także dyrektorem CIA, to pogląd CIA jest tradycyjnie jego. CIA nigdy nie miała innego zdania niż DCI. Tym razem jednak w CIA wyjątkowo nie zgadzano się z opinią Turnera; po raz pierwszy zdanie przedstawiciela CIA różniło się od zdania DCI w opublikowanej ocenie. Opinia Turnera na piśmie nie przekonała Caseya bardziej, niż wcześniejsza prezentacja ustna admirała dla prezydenta. Znalazł także błąd w rozumowaniu Turnera: jeśli nawet Stany Zjednoczone miałyby wystarczającą ilość broni jądrowej, aby odwzajemnić pierwsze uderzenie Sowietów, nawet gdyby ten straszak był skuteczny, to Sowieci mogą zareagować nielogicznie. Przecież wojna nie jest logiczna.    ;;

Casey uważał, że Turner umniejsza niekorzystną pozycję Ameryki przez analizę. Papier i racjonalne myślenie nie mogą zastąpić przewagi militarnej. Wpływ, jaki taka ocena miałaby na linię postępowania, polegał na jej jednomyślności. Jeden dokument zawierający zbiorową opinię agencji wywiadowczych oraz DCI.

Casey będzie musiał znieść jeszcze jedno spotkanie z odchodzącym dyrektorem. W czwartek 15 stycznia 1981 r., pięć dni przed inauguracją, Turner miał wyjawić ostatnie tajemnice Reaganowi, Bushowi i Casey-owi. Reagan nie prosił o to spotkanie. To Turner domagał się audiencji.

Ranek był zimny. Bush i Casey spotkali się z Reaganem w prywatnym pokoju w Blair House. Ludzie z nowej administracji byli niespokojni i wyczekujący.

- Najważniejszą akcją - powiedział im Turner -jest tajne wsparcie ruchu oporu w Afganistanie. - CIA miała tam ograniczone kontakty, miała pewne plany dotyczące Iranu na wypadek, gdyby Ajatollah Cho-meini został obalony lub gdyby zaczęto zabijać amerykańskich zakładników w Iranie.

- Ale - wyjaśniał Turner - naprawdę ryzykowne są nie tajne działania, lecz pozyskiwanie informacji wywiadowczej, tak tajne i ważne, że każdy dzień mijający bez ich ujawnienia był uważany za sukces.

Po pierwsze, były to źródła osobowe. Gdyby zostały wykryte, nie tylko zostałyby zdekonspirowane lecz zabite. Jednym z tych źródeł był wysoki urzędnik w rządzie indyjskim. Człowiek ten wysyłał informacje na temat broni, którą dostarczali Sowieci. Jego specjalnością była obrona powietrzna.

Głównym kontaktem w ZSRR pracującym w Moskiewskim Instytucie Aeronautyki był A. G. Tolkaczew. Dostarczał "twardą dokumentację" - plany, opisy i dane tekstowe na temat zarówno pracujących systemów obronnych Sowietów, jak i systemów będących w opracowaniu. Jego informacja wywiadowcza była klejnotem między klejnotami. Umożliwiał wgląd w świat sowieckiej broni, który był nieosiągalny gdzie indziej; ryzy papieru na temat ich myśliwców, bombowców i pocisków. Dostarczał informacji o możliwościach Sowietów, a co najważniejsze, o wrażliwych punktach sowieckiego arsenału. Otwierał też okno na przyszłość: badania, rozwój i nowe generacje broni, a zwłaszcza technologie typu "stealth" - pokonującą radar. Według szacunków, jego informacja była warta miliardy dolarów.

Turner powiedział, że Reagan powinien postanowić, kto musi wiedzieć o istnieniu takiego źródła, poza wiceprezydentem i DCI. Dodał, że zależy to od prezydenta. s

Druga kategoria delikatnych działań wywiadowczych to szpiegowanie naszych przyjaciół i sojuszników; jeden z wiecznie drażliwych problemów. Według filozofii Turnera (którą miał nadzieję, przyjmie także nowa administracja), takie działania są konieczne, a nawet powinny być rozszerzone. Wiele robiono przy pomocy pasywnych środków technicznych: zdjęcia satelitarne, przechwytywanie łączności, dobrze umieszczone mikrofony. Przeciek bądź szpieg w którejś amerykańskiej agencji wywiadowczej mógłby być najbardziej prawdopodobną przyczyną ujawnienia tych działań. Elementy specjalne ds. gromadzenia informacji - 2- lub 3-osobowe zespoły pracowników CIA i NSA w kilkudziesięciu naszych ambasadach, dostarczały zdumiewającego materiału. Świat spodziewa się, że Stany Zjednoczone szpiegują Sowietów; odkrycie urządzenia podsłuchowego lub elektronicznego prze-chwytu, pociągnęłoby za sobą rutynowe oddalenie lub notę dyplomatyczną. Ta gra była znana i ściśle określona. Sprawiłoby to natomiast mnóstwo poważnych problemów dyplomatycznych, jeżeli doszłoby do przecieku lub ujawnienia dokładnego celu szpiegowania wśród przyjaciół Stanów Zjednoczonych. Turner podał parę przykładów. Casey już poczynił pewne poszukiwania i był zdziwiony małą ilością delikatnych operacji z wykorzystaniem mikrofonów lub źródeł osobowych - obliczył, że było ich około czterdziestu.

W następnym przykładzie Turner wyjaśnił, jak CIA oraz NSA zainstalowały sieć przewodów elektronicznych w siedzibie rządu egipskiego, mówił o tym, że miały wszędzie agentów. CIA i rząd USA wiedziały o prezydencie Sadacie praktycznie wszystko. Operacje dzielenia się informacją z kilkoma przyjaznymi rządami także dawały dobre efekty w gromadzeniu informacji.

Trzecią kategorią były operacje z użyciem źródeł i metod, których utrata bardzo poważnie osłabiłaby bezpieczeństwo narodowe. Turner szczegółowo wyjaśnił operacje instalacji nasłuchu kabli przez łodzie podwodne w ramach Specjalnego Programu Kontrolnego Marynarki Wojennej. Gdy Bush był DCI, łodzie musiały stać bezpośrednio nad kablem, zwiększając ryzyko i zatrzymując łódź na całe tygodnie. Teraz Program Specjalny miał "strączki" o wysokim poziomie technologicznym, które umieszczane na kablach podwodnych, można pozostawić w celu nagrania łączności przez tygodnie lub miesiące, a potem odzyskać. "Strączek" - otoczka, którą można oderwać, nie musiał mieć kontaktu fizycznego z drutami transmisyjnymi biegnącymi wewnątrz dużego kabla. Jeżeli kabel byłby wyjęty z dna oceanu przez Sowietów w celu inspekcji czy konserwacji, to nie odkryliby oni, że był tam pod-

słuch. Każda operacja, a zwłaszcza działanie na sowieckich wodach terytorialnych, musiała być zatwierdzona przez prezydenta.

Żadna misja wywiadowcza nie narażała życia ludzi na tak wielkie ryzyko. Były kolizje, w tym przynajmniej jedna z sowiecką łodzią podwodną, były też inne incydenty. Gdyby łódź została ujęta, to skutki przypominałyby incydent z samolotem szpiegowskim U-2 i statkiem Pueblo razem wzięte - lub jeszcze gorzej.

CIA i NSA znalazły zastosowanie tej technologii poza morzem, nasłuchując linie łączności na lądzie, "strączki" umieszczano albo na drutach między słupami telefonicznymi, albo na kablach podziemnych.

Istniały inne możliwości i sprzęt do gromadzenia informacji wywiadowczej, które nie zostały uruchomione, lecz były traktowane jako rezerwa w razie nagłego wypadku lub wojny. Przede wszystkim dodatkowe wsparcie dla istniejących metod, jak również sposoby oraz źródła "na wszelki wypadek". Jednak rezerwa agencji wywiadowczych nie była wystarczająca, bo trudno było dostać pieniądze z budżetu na kosztowne rzeczy, które nie były wykorzystywane. Nikt nie chciał płacić za przyszłość.

Łamanie szyfrów przez NSA było następną delikatną dziedziną.

- Z dwudziestu głównych krajów celowych, w sumie możliwe było łamanie niektórych szyfrów przez pewien czas, ale nie wszystkich szyfrów cały czas - powiedział Turner.

Były tuziny innych krajów, które nie były pierwszorzędnymi celami, NSA mogła złamać ich szyfry. Tutaj kluczową sprawą było nasłuchiwanie sygnałów i połączeń komunikacyjnych, takich jak kable podwodne lub kable wewnątrz państwa. Nie spodziewając się, że Stany Zjednoczone dostaną się do tych obwodów, często nie używają kodów najwyższej rangi, czasem nie używa się żadnych. W niektórych przypadkach NSA, notując zwiększenie przepływu łączności lub uruchomienie nowych obwodów, mogła dostać "cynk", że na przykład ma się właśnie rozpocząć test pocisków i umieścić napowietrzną stację nasłuchową RC-135 w celu zgromadzenia większej ilości informacji.

Istniały automatyczne stacje przekazowe, które można było zainstalować bądź zrzucić w różnych krajach, żeby wysyłały przechwycone informacje z łączności. W niektórych przypadkach NSA znalazła "przecieki" w łączach mikrofalowych, które mogły być przechwycone.

- W sumie - powiedział Turner - istnieją niezliczone okazje, niektóre wykorzystane, niektóre jeszcze nie wymyślone.

Casey wyszedł z uczuciem, że to wszystko nie wystarczyło. Dlaczego? Co trzyma w pogotowiu tę wielką machinę wywiadowczą?

ROZDZIAŁ 4

20 stycznia 1981 r. był 444 dniem kryzysu z zakładnikami w Iranie i Inman ciągle prowadził obserwacje. Przekazywał informacje na temat ostatniego opóźnienia Iranu bezpośrednio do prezydenta Cartera, który był w drodze na inaugurację. Tuż po 12:30, pół godziny po objęciu urzędu prezydenta przez Reagana, dwa samoloty z zakładnikami na pokładzie, opuściły lotnisko Mehrabad w Teheranie.

Następnego dnia Casey postarał się o to, żeby prezydent zadzwonił do admirała Inmana. Już po pierwszych słowach prezydenta Inman wyczuł, że rozmowa przeprowadzana jest zgodnie z jakimś scenariuszem. Ton Reagana był lekki, prawie zabawny, kiedy wyjaśniał, że Casey i wszyscy inni w społeczności wywiadowczej chcą, żeby Inman był zastępcą DCI. Wtedy przyszła ostatnia kwestia: - Potrzebuję pana - powiedział głównodowodzący z wystudiowaną szczerością.

Służba w rządzie miała swoje korzyści, w służbie wojskowej były oczekiwania i rygory, ale służba dla prezydenta na jego osobistą prośbę miała osobliwe właściwości. Inman odruchowo odpowiedział: -Będę zaszczycony. Dodał, że ma nadzieję, iż wystarczy okres od półtora roku do dwóch lat.

Rankiem tego dnia, 21 stycznia 1981 roku - pierwszego pełnego dnia administracji Reagana - Casey skonkretyzował jeszcze jedną ważną sprawę. Jeżeli Inman siedział wewnątrz wywiadu, to Casey chciał kogoś, kto był na zewnątrz. Budowanie organizacji wymaga różnorodności. Casey wytypował osobę, która była skrajnym przeciwieństwem Inmana. To był "Who-gul", o którym Casey wspominał Johnowi Brossowi kilka tygodni wcześniej.

Max C. Hugel, 56-letni biznesmen, urodzony w Brooklynie, był ponad piętnaście centymentrów niższy od Caseya, ale kipiał tą samą silną, cwaną energią. Casey czuł sympatię do tego człowieka, który był uosobieniem wygadanego, samowystarczalnego przedsiębiorcy. Tak jak Casey tłamsił słowa, używał niewłaściwej gramatyki, źle wymawiał długie i krótkie wyrazy. Hugelowi nic nie szło łatwo, ale zarobił kilka milionów dolarów dzięki temu, iż pracował więcej niż inni. Casey mianował Hugela swoim specjalnym asystentem w CIA.

Podczas kampanii w 1980 roku mieszkali wspólnie w 3-pokojowym mieszkaniu w Marina del Rey - wymarzonym miejscu dla ludzi stanu wolnego i entuzjastów jachtów. Casey i Hugel wstawali o 5:00 rano,

żeby móc odebrać wczesne telefony ze wschodniego wybrzeża, gdzie była 8:00 rano i pracowali do późna w nocy. Zaczynając niemal od zera Hugel utworzył praktycznie wolną od kosztów organizację zwolenników Reagana we wszystkich głównych grupach specjalnego zainteresowania: religijnych, zawodowych, etnicznych a nawet wśród emerytów.

Casey i Hugel byli dziwną parą. Na początku nie potrafili odkryć tajników nastawiania kuchenki. W Hugelu Casey odnalazł stałość i poświęcenie, które były wzruszające. Hugel dowiedział się, że Casey bardzo lubi banany i kiedy szedł na zakupy, przynosił całe kiście. Pewnego razu, gdy poryw wiatru zdmuchnął Caseyowi kapelusz z głowy, Hugel pobiegł za kapeluszem. Drugi podmuch zwiał Hugelowi z głowy treskę, dostarczając niektórym jego krytykom wspaniałych wspomnień.

Hugel po wojnie pracował w amerykańskim wywiadzie wojskowym. Mówił po japońska i miał dwudziestoletnie doświadczenie nabyte w japońskiej firmie Brother Industries, produkującej maszyny do szycia i pisania.

Niedługo Hugel wypełniał sterty formularzy do najbardziej ściśle tajnego śledztwa w sprawie bezpieczeństwa i kryptonimów. Udostępnił inspektorom każdy szczegół swojej przeszłości. Wymagano, by poddał się testowi wykrywania kłamstw.

Kilka dni później Hugel z przypiętymi czujnikami usiadł przed maszyną wykrywającą. Pytający rozpoczął serie starannie uporządkowanych pytań.

- Czy kiedykolwiek ukradł pan pieniądze? - zapytał człowiek kierujący testem.

- Nie - powiedział Hugel, wiedząc, że musiał ograniczyć odpowiedzi do "tak" lub "nie".

- Czy kiedykolwiek angażował się pan w związek homoseksualny?

-Nie.

-Zażywał pan nielegalne narkotyki, takie jak marihuana lub kokaina?

- Nie - powiedział Hugel. Nie brał, ale uznał, że gdyby kłamał, to ta igiełka kreśląca jego przeznaczenie wyleciałaby daleko poza wykres.

- Był pan szantażowany?

-Nie.

Pytań było mnóstwo i Hugelowi wydawało się, że ta ciężka próba trwała całe godziny. Pytania sięgały daleko w przeszłość. Żądano jednoznacznych odpowiedzi: tak lub nie. Hugel wiedział, że ważność testu można zakwestionować, a sądy nie uznają go za jakikolwiek dowód. Jednak jego kariera zależała od tego testu. Jak można było pamiętać, czy coś się nigdy nie stało, nie zostało powiedziane lub zrobione?

Egzaminator powiedział mu w końcu, że przeszedł. - Na piątkę - dodał.

Kiedy Inman przyjął - czy raczej przychylił się do stanowiska, Ca-sey mógł zacząć panowanie nad całym imperium wywiadowczym Stanów Zjednoczonych. W nowej administracji działy się ważne rzeczy, przez co jego pozycja wyglądała jeszcze lepiej. Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Richard Alien miał odpowiadać przed Reaganem za pośrednictwem Eda Meese'a, nowego radcy prawnego Białego Domu. Było to bezprecedensowe pomniejszenie władzy doradcy, ale uwydatniało rolę Caseya. Dobrą nowiną było mianowanie na szefa sztabu w Białym Domu Jamesa A. Bakera, przyjemnego teksańskiego adwokata, który był zastępcą Caseya podczas kampanii i miał jego mocne

wsparcie.

Baker, który zarządzał kampanią prezydencką George'a Busha, był zapalonym, zdolnym menedżerem, zupełnym przeciwieństwem Meese'a. Na dnie teczki na dokumenty Meese'a mogło zniknąć wszystko. Casey znał także dość dobrze Mike'a Deavera z kampanii; Meese, Baker i Deaver będą tą trójką, która będzie prowadziła Biały Dom. Casey ufał, że ma dobre dojście do wszystkich trzech i że oni także będą chcieli porozumieć się z nim. Poza tym Casey uważał, że może bezpośrednio zadzwonić lub umówić spotkanie z prezydentem.

Stosunki z Haigiem i Weinbergerem wydawały się dobre. Casey przyjął niekonkurencyjną postawę wobec obu starszych urzędników gabinetu. Haig miał "dyplomację", Weinberger "wojnę". Gdyby okazało się, że nie mają wiele do roboty, cel polityki zagranicznej administracji - ostry antykomunizm - mógłby być realizowany przez "wywiad".

Zaaranżował spotkanie z Inmanem, aby naszkicować swoje plany. Nieszczerością niczego nie da się osiągnąć.

- Chcę mieć bezpośrednią kontrolę nad dyrekcją analityczną CIA, żeby ulepszyć sprawozdania i oceny - powiedział Casey. - Chcę także dyrekcję ds. operacji. Tajne działania i delikatne operacje uzyskiwania informacji potrzebują wzmocnienia i dostaną je.

Inman był zdziwiony. Te dyrekcje były dwoma głównymi filarami

CIA.

- Technologia i część naukowa CIA są dla Inmana, jeśli je chce -powiedział Casey. Oprócz tego, do Inmana należałyby także działy administracyjny i osobowy, które nie interesowały Caseya.

Normalnie DCI patrzył na CIA jako "Zewnętrzny", wykorzystując swój autorytet, jako koordynator wywiadu na cały rząd USA. Casey

przedstawiał swoją rolę inaczej, zamierzał kontrolować wszystkie sprawozdania, wszystkie operacje. Zamierzał być "Wewnętrznym". Inman dostrzegł pewną władczość, która nie była przedtem widoczna. Casey miał mocne przekonania i zaczynał się wiercić oraz gestykulować. Tryb słuchania się skończył. Niedługo nastąpią zmiany.

Casey mógł pracować i rządzić swoją własną instytucją - CIA. Inne sprawy międzyagencyjne, międzywydziałowe należały do Inmana. Z wyjątkiem Białego Domu. Tym będzie zajmował się Casey. Uznawał się za prezydenckiego oficera wywiadu; za tego, który będzie dostarczał najnowsze i najważniejsze wiadomości, tego, którego zadaniem będzie dostarczanie prezydentowi stałego napływu informacji.

Inman był nieco rozczarowany.

26 stycznia 1981 roku, w pierwszy poniedziałek nowej administracji, członkowie gabinetu zostali wezwani do Białego Domu. Chociaż ani Casey, ani Inman nie zostali jeszcze zatwierdzeni przez Senat, zostali włączeni: Casey jako mianowany DCI, a Inman jako przedstawiciel NSA. Tematem był terroryzm.

Sekretarz stanu Haig, bardzo wrażliwy, dawny protegowany Kis-singera, generał NATO i samozwańczy delegat nowej twardej polityki zagranicznej, był podenerwowany perorując o tym, co może zrobić banda terrorystów lub fanatyków. Iran jest tego dowodem. Haig uważał, że wchodzą w okres niepewności, w którym nowa administracja zostanie poddana próbie. Trzeba okazać silną wolę i stanowczość. Sprowadził Anthonyego Quaintona - eksperta ds. terroryzmu w Departamencie Stanu.

Istnieje możliwość, że ugrupowanie terrorystyczne może uderzyć na Stany Zjednoczone w samym kraju, powiedział Quainton. Stany Zjednoczone nie są zabezpieczone.

To była elektryzująca chwila. Uświadamiano członkom nowego rządu, że o ile sprawa irańska należała do przeszłości, bo zakładnicy powrócili, to problem terroryzmu był nadal aktualny.

Meese posługiwał się jeszcze świeżymi hasłami kampanii: Carter i Turner pogorszyli sytuację wywiadu przez nałożenie tak dużych ograniczeń na agencje wywiadowcze, że nie mogły one skutecznie śledzić terrorystów i szpiegów.

Dyrektor FBI William H. Webster nie zgodził się. Typowy Amerykanin, były sędzia federalny o chłopięcym wyglądzie i przyjemnym, niekonfliktowym stylu bycia, Webster podkreślił, że ważne jest, aby

być ostrożnym wewnątrz Stanów Zjednoczonych w działaniach zmierzających do złapania szpiegów czy zatrzymania terrorystów. Mówił cicho. Jego biuro, które kierowało działaniami kontrwywiadowczymi i antyterrorystycznymi wewnątrz USA, miało w zasadzie wszystkie narzędzia jakich potrzebowało.

- Można funkcjonować w ramach obecnych przepisów i prawa -powiedział, gasząc zapał Meese'a.

Inman poparł Webstera mówiąc, że jest to inny problem. Po prostu nie ma ludzi do tej pracy. Zadanie polega na dostarczeniu informacji wywiadowczej na czas tym, którzy jej potrzebują.

Casey nie miał wiele do powiedzenie. Webster i Inman z pewnością nie są dyletantami. Będzie musiał zbadać terroryzm - niezmiernie ważny problem wywiadu.

Na końcu zebrania postanowiono, że Casey zbada zarządzenie wykonawcze Cartera dotyczące wywiadu - podstawowe postanowienie, które miało moc prawną. Jeżeli potrzebne będą zmiany, to Reagan wyda zmodyfikowane zarządzenie.

Następnego dnia Senat zatwierdził Caseya jako DCI bez dyskusji, 95 głosami, nikt się nie sprzeciwił. Casey został zaprzysiężony. Ale to Haig znalazł się w mediach w tym dniu. Bez wahania wyszedł przed zespół dziennikarzy w Departamencie Stanu, na swoją pierwszą konferencję prasową jako sekretarz i zarzucił Związkowi Radzieckiemu "szkolenie, finansowanie i wyposażanie" terrorystów. Robiąc sarkastyczną aluzję do administracji Cartera, dodał:

- Międzynarodowy terroryzm zajmie miejsce praw człowieka... Dzisiaj największym problemem dla mnie, w dziedzinie praw człowieka, jest dziedzina rozbuchanego międzynarodowego terroryzmu.

Sowieci - stwierdził bez uzasadnienia - są dzisiaj zaangażowani w świadomą politykę, w programy jeśli wolicie, które podsycają, popierają i rozszerzają tę działalność.

Ten pogląd był wielką nowością i niektórzy starsi doradcy Haiga zakrztusili się z niedowierzania po jego wysłuchaniu. Ronald I. Spiers, szef działu wywiadu w Departamencie Stanu, powiedział nowemu sekretarzowi na osobności, że jego wypowiedzi nie wytrzymają wobec najnowszych raportów wywiadowczych.

- Poczekaj - powiedział Haig. Przeczytał o roli Sowietów we wstępnych odbitkach książki, która właśnie ma się ukazać (Sieć terroru), napisanej przez Claire Sterling, amerykańską korespondentkę mieszkającą we Włoszech. Sterling dokładnie sprawdziła Rosjan.

Spiers przyznał, że możliwe jest, że jest coś nowego i sprawa z pewnością była na tyle ważna, żeby zasłużyć na natychmiastową uwagę. Spiers wysłał formalną prośbę do Caseya o (ŚNIE) Specjalną Ocenę Krajowego Wywiadu, która najlepiej podsumuje to, co wiedzą wszystkie amerykańskie agencje wywiadowcze i czego mogą oczekiwać decydenci.

Casey przyjął prośbę z przyjemnością. Te oceny były głównym celem jego starań o ożywienie agencji. Skończona ocena pójdzie do prezydenta, do Rady ds. Bezpieczeństwa Narodowego, do głównych członków gabinetu. Te prognozy były systemem wczesnego ostrzeżenia w społeczności wywiadowczej. Zamierzał postarać się, żeby były świetne. Miał także zamiar sam pokierować procedurą; terroryzm będzie odpowiednim pierwszym tematem.

W trzecim dniu sprawowania urzędu Casey otrzymał egzemplarz 12-stronicowej "Tajnej" ŚNIE, ukończonej tuż przed jego zaprzysiężeniem. Opatrzona nagłówkiem Libia: cele i słabe punkty, była krótkim podsumowaniem tego, czego można się spodziewać po Kadafim w nadchodzących miesiącach. Kadafi nie był już problemem abstrakcyjnym - był problemem Caseya. Na dokumencie była adnotacja:

Uwaga - zaangażowano źródła i metody wywiadowcze.

Niniejsza ocena wydawana jest przez DCI - czytał Casey - Krajowa Rada ds. Wywiadu Obcego zgadza się, za wyjątkiem miejsc z adnotacją w tekście.

KRWO (NFIB) była zarządem wszystkich agencji wywiadowczych w USA, której Casey teraz przewodniczył.

Pozycja: "Kluczowe oceny" podsumowywała wnioski.

Po pierwsze: niedawne powodzenie Kadafiego w Czadzie zapewnia, iż jego agresywne metody działania będą stanowiły coraz większe wyzwanie dla interesów USA i Zachodu. Kilka miesięcy wcześniej Kadafi wysłał tysiące żołnierzy do sąsiedniego Czadu, wprost na południe od Libii. Czad, do 1960 roku kolonia francuska, był jednym z wielu nowych państw afrykańskich, których przywództwo było ciągle do wzięcia. Problem Kadafiego nie rozwiąże się sam; należy przedsięwziąć "więcej ryzykownych działań".

Po drugie: krajowa i emigracyjna opozycja reżimu Kadafiego jest źle zorganizowana i nieskuteczna. Oznacza to, że tajne działania będą wymagały nie tylko przekazywania pieniędzy czy broni... trzeba także będzie zabrać się za problemy organizacji i morale.

Po trzecie: antyzachodnia polityka Kadafiego służy celom Sowietów... Sowieci czerpią znaczne zyski w dewizach ze sprzedaży ogrom-

nych ilości broni do Libii. Według oceny był to miliard dolarów rocznie. Chociaż Kadafi nie jest sowieckim pionkiem, to jednak jego stosunki z Sowietami są o wiele za bliskie.

Dyplomacja, intryga polityczna, terroryzm, zamachy i okupacja wojskowa w Czadzie - to tylko niektóre z działań Kadafiego.

Agencja zatrudniała psychologów i psychiatrów, którzy stosowali szpiegostwo freudowskie. Zbierali "surowe" dane wywiadowcze uzyskane w terenie i robili z nich portrety psychologiczne. Analizując osobowość Kadafiego stwierdzili: Z powodu pewnych okoliczności w dzieciństwie, Kadafi nadmiernie wchłonął beduińskie cechy naiwnego idealizmu, fanatyzmu religijnego, ogromnej dumy, surowości, ksenofobii i wrażliwości na lekceważenie.

Kadafi był synem pasterza - koczownika. Dyskryminowany jako Beduin we wczesnych latach szkolnych, zarówno ze strony miejskich Libijczyków, jak i cudzoziemców, Kadafi nabył głębokiej pogardy dla uznanych elit, sztywno przestrzegał swoich beduińskich obyczajów i utożsamiał się z poniżanymi.

Jednym z rezultatów jest jego własny bunt przeciw autorytetom i ślepe poparci0, buntów na całym świecie.

Ocena schodziła do poziomu amatorskiej psychoanalizy, twierdząc że: (...) aby bronić się psychicznie, Kadafi rozwinął w sobie wysokie, a nawet pretensjonalne mniemanie o sobie. Kadafi pragnie przywrócić w Libii czystość i prostotę, które jak przypuszcza, istniały we wcześniejszej historii arabskiej.

Ocena napomykała także o nieoficjalnej działalności Kadafiego w innych krajach. Libia angażowała się w tajne działania w całej czarnej Afryce, łącznie z przekupywaniem przywódców. Według oceny, w Tunezji, która ma 320-kilometrową wspólną granicę z Libią, zgodnie z niedawnymi tajnymi sprawozdaniami (termin oznaczający informację ze źródeł technicznych bądź osobowych) wzmożono szkolenia i rekrutowanie tunezyjskich dysydentów.

Przez lata Kadafi rościł pretensje do wód terytorialnych poza uznanym międzynarodowo 20-kilometrowym limitem. Utrzymywał, że zatoka Sidra - ogromne 440-kilometrowe wgłębienie otwierające się bezpośrednio na prawie 1.300-kilometrowe śródziemnomorskie wybrzeże Libii -jest w całości jego. Mimo że istnieje pewna wątpliwość, czy Kadafi zaryzykowałby odwet ze strony USA, jego wojsko posiada stały rozkaz ataku na statki lub samoloty amerykańskie przekraczające tę linię. Konkluzja agencji wywiadowczych brzmiała: Istnieje stosunkowo duże prawdopodobieństwo incydentu w okolicach Libii z udziałem USA.

W ocenie zauważono, że około 10 procent importowanej do USA ropy naftowej pochodziło z Libii, będącej głównym dostawcą trudnej do zastąpienia ropy o niskiej gęstości i niskiej zawartości siarki. Odcięcie lub zakaz dostaw tej libijskiej ropy mogłoby spowodować poważny brak benzyny wzdłuż Wschodniego Wybrzeża USA.

Kadafi wcale nie dzierżył władzy tak pewnie. Są dowody zamachu stanu w zeszłym roku w maju oraz drugiego, bardziej poważnego, w sierpniu. Kadafi posiada system informatorów w celu własnej ochrony, lecz zorganizowani uchodźcy uzyskali wsparcie z zagranicy, zwłaszcza z Egiptu, Maroka, Arabii Saudyjskiej i Iraku. Niektórzy z tych uchodźców mieli także wsparcie w Libii. Niemniej jednak ocena twierdziła, że o ile Kadafi nie zginie w zamachu, to może on pozostawać u władzy przez wiele lat.

W § 51 wymieniono byłego ministra obrony Czadu, Habrego. Ten typowy wojownik pustynny walczył w Czadzie z siłami libijskimi. (Akta CIA wykazały, że kilka miesięcy przedtem przywódca Sudanu Jaafar Nimeri sekretnie namawiał CIA do pomocy Habremu. Nimeri obawiał się, że Sudan - drugi największy kraj w Afryce -jest następną pozycją "menu" Kadafiego). Maroko, Egipt, Sudan i Francja udzielają zwiększonego wsparcia rebelii Habrego.

Chociaż nie było to proste, Casey dostrzegł dwuznaczne stwierdzenia: Kadafi może być odsunięty, są "dowody" zamachów stanu, albo może pozostać na miejscu. Dokument był poprzetykany słowami "mógłby", "możliwe". Dla Caseya, było to napisane przez jednych wykrętnych ludzi dla drugich. Interesowało go jednak to, co w dokumencie wyszczególniono jako ryzyko walki z Kadafim.

Co więcej, otwarte wyzwanie Zachodu mogłoby stać się atutem Kadafiego, przekształcając go z wyrzutka w muzułmańskiego męczennika. Reżimy arabskie, które wtedy nie sprzeciwiały się żadnym amerykańskim działaniom wymierzonym przeciwko Libii, nawet działaniom wojskowym, mogą być zagrożone przez własne narody -jest to możliwość, której się niezmiernie obawiały, gdy Stany Zjednoczone zagroziły działaniami wojskowymi w Iranie.

Ostatni § 71, twierdził, że działania krajów arabskich mogłyby obrócić się przeciw nim zarówno u nich, jak i w świecie arabskim.

To była gra słów. Kadafi oznaczał kłopoty dla wszystkich - dla Zachodu, Stanów Zjednoczonych, krajów arabskich, przyjaciół i nieprzyjaciół, a nawet dla siebie samego. Dokument ten był dla agencji wywiadowczych w sensie biurokratycznym bezpieczny. Bez względu na to, co by się stało, mogłyby odkurzyć tę ocenę i powiedzieć: Widzicie, mówiliśmy warn. Mówiliśmy, że to może się zdarzyć.

- Powiedzieć wszystko znaczyło nie powiedzieć prawie nic - pomyślał Casey.

Jednak ostatnie zdanie paragrafu dawało pewne wyjście. Odnosząc się do krajów arabskich, twierdziło: Miarą ich delikatności jest rozwaga, z jaką niektórzy wrogowie Kadafiego z regionu, łącznie z prezydentem Sadatem, koncentrują swoje zasoby niepostrzeżenie, aby uderzyć Kadafiego w jego najczulszy punkt - nadmierne rozprzestrzenienie wojsk w Czadzie i niebezpieczeństwo, jakie stwarza to dla niego w kraju.

Ostatnie zdanie wydawało się znajome. Jeżeli skoncentrować się tylko na nim, to można by postrzegać ocenę jako pomysłowy dokument, będący dość sprytnym wezwaniem do działania, wskazujący drogę minimalnego ryzyka - tę "delikatność" i "ostrożność" "cichego wykrwawienia" libijskiego pułkownika. Informacja sugerowała, że przygoda czadzka to pięta achillesowa Kadafiego, a dająca się z tego wywnioskować linia postępowania polegająca na pokrzyżowaniu mu planów w Czadzie przemawiała do strategicznego wyczucia Caseya. Casey nie miał zamiaru pozwolić CIA siedzieć z rękami w kieszeniach.

Wkrótce, w nowym Departamencie Stanu kierowanym przez Hai-ga i nowej CIA kierowanej przez Caseya, sporządzony został plan tajnego wsparcia dla Habrego. Nazywał się "drugą ścieżką" w odróżnieniu od normalnej "pierwszej ścieżki", czyli standardowej otwartej dyplomacji i pomocy. Według stwierdzenia Haiga, jego celem było "utarcie Kadafiemu nosa" i "zwiększenie napływu sosnowych skrzynek z powrotem do Libii". Casey mocno popierał tę politykę. Czad, Sudan i Egipt były na wschód i południe od Libii i tworzyły ważny mur oporu, który potrzebował umocnienia.

Odbyły się zebrania departamentów oraz spotkanie w Białym Domu z prezydentem, umocniły one podstawową zgodność poglądów graczy. Zgoda nie tylko na ponowne uruchomienia tajnego działania, ale także na konieczność zrehabilitowania międzynarodowej reputacji Stanów Zjednoczonych. Wkrótce prezydent podpisał formalny nakaz wywiadowczy, zwany "zatwierdzeniem", wypłacając Habremu kilka milionów dolarów. Pierwsze tajne działanie Caseya było w toku.

W pierwszych tygodniach było tak jak się spodziewał - CIA okazała się instytucją, która schowała się do swojej skorupy. Musiał ją wywabić na zewnątrz. Byli tam ludzie, którzy nie mieli zamiaru wychodzić bez przyczyny. Na pewno nie wyszli do Cartera i Staną Turnera. Ale były już pierwsze oznaki śmiałości: ocena Libii była tego przykładem. W celu wyprowadzenia swoich ludzi, Casey będzie musiał wiele zmie-

nić. Podejście Turnera polegało na minimalizowaniu ryzyka, a Casey zademonstruje chęć ryzykowania. Możliwe, że aby wyjść z impasu, będzie musiał udowodnić, iż administracja, prezydent i on potrafią wziąć na siebie odpowiedzialność.

Generał porucznik sił powietrznych Eugene Tighe zjawił się punktualnie na spotkaniu z nowym DCI o godzinie 11:00 w poniedziałek, 2 lutego 1981 roku. Widział Caseya tylko raz przedtem i to na przyjęciu. Tighe (wymawia się "Taj") nauczył się w ciągu trzydziestu sześciu lat pracy wywiadowczej, że wywiad i polityka idą razem. Tighe -jowialny człowiek w okularach o wyglądzie dziadka, miał rozbrajający żywy uśmiech, który często utrzymywał na długo po tym, jak śmiech już zamilkł - widział, jak administracje, sekretarze obrony i DCI przychodzili i odchodzili, a kształt i ton pracy wywiadowczej zmieniał się. Stwierdził jednak, że prawdziwe kłótnie powstawały wtedy, kiedy nie mieli wystarczającej informacji. Gdy wywiad USA miał dużo rzetelnej informacji, kłótnie zdarzały się rzadko.

Tighe był szefem wywiadu wojskowego pod rządami Cartera przez prawie cztery lata i chciał zostać. Wojskowa Agencja Wywiadowcza (DIA) koordynowała informację wywiadowczą uzyskiwaną przez Armię, Marynarkę Wojenną, siły powietrzne i Korpus Piechoty Morskiej (Marine Corps). Tighe miał dostęp do przechwytywanych informacji NSA, zdjęć satelitarnych Krajowego Biura Rekonesansu - supertajnej agencji, która nie figurowała nawet w książce telefonicznej Pentagonu oraz CIA. Był odpowiedzialny za wczesne ostrzeganie o ruchach wojsk sowieckich. CIA zajmowała się rewolucjami, politycznymi przewrotami i zmianami. Oznaczało to, że wyniki jej pracy codziennie były na stole w Białym Domu, bo zawsze gdzieś było gorąco albo był kryzys. Tighe zajmował się wojną. Oznaczało to, że wyniki DIA rzadziej poddawane były testowi, a w przypadku Sowietów być może nigdy nie będą sprawdzone. Miał nadzieję, że nie. Debaty i gry wojenne istniały w kręgach wywiadu, w Białym Domu, Departamencie Stanu, Obrony, w ośrodkach idei, w prasie, ale były abstrakcyjne. Martwiło go to i był zdeterminowany, aby utrzymywać DIA w pogotowiu.

Tighe nie był strzelcem. Jego filozofia była prosta: im więcej się wie, tym mniejsze ryzyko wojny. Zadanie polegało na uzyskaniu informacji wywiadowczej, która umożliwi Stanom Zjednoczonym pokojowe działanie. Tighe wiedział, że wśród agencji wywiadowczych, DIA uważana była za mało ważną organizację o niskim poziomie intelektualnym. Jednak był także świadom ciężaru, jaki spoczywał na DIA

i 4.500 ludzi, którzy dla niej pracowali. Około 95 procent amerykańskiego wywiadu wojskowego prowadzone było przez DIA; nie tylko analiza konkretów, gróźb i zamiarów wojskowych, ale i planów wewnątrz Związku Radzieckiego, dostarczanie informacji dla SIOP - Pojedynczego Zintegrowanego Planu Operacji, wielkiego planu wojny jądrowej ze Związkiem Radzieckim.

Uważał, że DIA jest główną linią obrony wywiadu. Prezydent John F. Kennedy i sekretarz obrony Robert McNamara, po objęciu urzędu odkryli, że nie ma żadnej rozbieżności w ilości pocisków w Stanach Zjednoczonych i w Związku Radzieckim, o której Kennedy głośno rozprawiał podczas kampanii prezydenckiej 1960 roku. Utworzyli DIA, aby zapewnić, że informacja wojskowa jest rozdzielana, należycie przeglądana, a nie ignorowana. Chcieli mieć ogólną władzę wywiadowczą Pentagonu, która dostarczałaby informacji niezależnie od rywalizacji

pomiędzy służbami.

Informacja musi brzmieć dobitnie: "Arabowie zaatakują lub nie". "Rosjanie czy Chińczycy, czy ktokolwiek - nadchodzą lub nie".

Zebranie w ten poniedziałek rano było pierwszym zebraniem Krajowej Rady Wywiadu Zagranicznego, któremu przewodniczył Casey; obecni na nim byli szefowie NSA, DIA, służbowych agencji wywiadowczych, wydziału wyładowczego Departamentu Stanu, INR oraz działów wywiadu w FBI i Departamencie Skarbu. Ogólnie, około tuzina szefów lub przedstawicieli agencji czekało w sali na nowego dyrektora.

Tighe był zawsze zdania, że tak jak on sam, DCI powinien być profesjonalistą, ale po doświadczeniach z Helmsem i Colbym doszedł do wniosku, że może już nigdy więcej nie będzie DCI wyłonionego z szeregów.

Casey wszedł stąpając ciężko i usiadł na swoim miejscu, wyglądał strasznie staro i była w nim jakaś szarzyzna. Stanowiło to uderzający kontrast z młodzieńczością:'. wojskową postawą Turnera.

Casey rozpoczął optymistyczną mową. Każdy głos będzie wysłuchany; rada wywiadu spędzi tyle czasu, ile potrzeba do prowadzenia swojej działalności; nie może być skrótów w pracy wywiadu; rozumie wywiad i jego wagę; będzie robił, co trzeba, żeby dostarczać informację.

Tighe uznał to za dobry znak. Casey uzyskał przedtem wystarczające informacje, żeby znać zastrzeżenia co do sposobu, w jaki Turner przewodniczył zebraniom. Turner przeznaczał na zebrania około godziny, kończył je zgodnie z harmonogramem. Każdy mógł zabrać głos, niewielu miało szansę przekazania całej wiadomości. Czasem właśnie dochodzili do sedna, gdy Turner musiał już iść.

Ponieważ Turner był numerem jeden, mógł podejmować decyzje. Był sztywny i często roztargniony.

W miarę jak Casey ciągnął dalej, Tighe zdziwił się nieco, stwierdzając że Casey dobrze zna specjalny język wywiadu. Nowy DCI, powiedział, że chciałby się osobiście zobaczyć z każdym szefem agencji.

Casey wspomniał także, że w sali jest wielu ludzi, może zbyt wielu, i że w niektórych drażliwych sprawach będą musieli znaleźć sposób na rozmowę w cztery oczy. Postara się o to. Powtórzył, że bezpieczeństwo jest jednym z jego głównych priorytetów.

Kilka dni później Casey zadzwonił do Tighe'a.

- Co powiedziałby pan na lunch u pana? - zapytał Casey. Gdy Tighe powiedział, że nie ma prywatnej jadalni, Casey zaproponował by zjedli coś u Tighe'a w gabinecie. Kilka dni później Casey zjawił się w gabinecie Tighe'a w Pentagonie - pokój 3E258.

Obaj zamówili sałatki z krewetek, po czym Casey zaczął pytać o szczegóły poprzednich zadań Tighe'a. Miał jednak dwa konkretne pytania: - Co pan robi? Co pan wie na temat tego, co się dzieje w świecie?

Niedługo Tighe rozpoczął "tour d'horizon".

- Zaczynając od południowego Pacyfiku - powiedział Tighe - zasoby wywiadowcze są tam zbyt małe. Sowieci kupują wełnę od Nowozelandczyków. Typowa sowiecka sztuczka, wykorzystywanie kłopotów ekonomicznych w celu uzyskania dojścia. Na północnym Pacyfiku, w Korei, sytuacja jest niedobra, zasoby wywiadowcze zredukowano w ostatnich latach, w miarę jak Północnokoreańczycy zwiększali ilość wojska. Sowieci starają się uzyskać wpływy tam, gdzie Stany Zjednoczone się wycofały, zwłaszcza w Azji południowo-wschodniej i w Wietnamie.

Casey wyjął z kieszeni kartkę i zaczął pisać, zachęcając Tighe'a, żeby mówił dalej. Korea, Wietnam - stare problemy, stare wojny -mogły się jeszcze nie skończyć.

- Otwarcie Nixon-Kissinger nie rozwiązało problemu Chin - powiedział Tighe. - Polityka chińska może się zmienić o sto osiemdziesiąt stopni w ciągu jednego dnia. Chińskie strategiczne siły jądrowe, ich łodzie podwodne, satelity orbitowe, ICBM sprawiają, że Chiny są światową potęgą. Istnieje poważny błąd w sposobie, w jaki postrzegaliśmy Chińczyków, widząc ich tylko jako ogromny kraj Trzeciego Świata, koncentrując się na nich jako na wielkim zagrożeniu regionalnym. Nowe stacje nasłuchu, które Chińczycy pozwalają Stanom Zjednoczonym ustawiać na swoim terytorium są znakiem przyjaźni, a nie jej gwarancją.

Meksyk - powiedział Tighe - to powód do niepokoju. W okolicach wiejskich trwa powstanie, niektóre okolice kontroluje miejscowa policja, a

wtowców. Kuba uzyskuje coraz więcej, coraz ""Tf ^S^, molotów, które pozwolą jej na rozszerzanie władzy nad większym

Ł Wschodź, sytuacja pogorszy się prjzej n^sie po|P-

rząd Gandhi, a ministerstwo obrony, które jest

Snta Cartera aby dostrzegł informacje wywiadowcze, które wskazy Sy s^wSo, L Sowieci przygotowywali się do inwazji .A&w nu Pół roku przedtem, sowiecki generał specjalizujący s« Su wpływów wojskowych, aktywny poprzednio w P0

kWykolwiek mid pan wiadomość do przekazania, proszę

u.-uiu«- --- rzeczy przez całe dziesięciolecie, reforma - stając się nowocześniejszym, wojsko

nych SALT II. Biorąc pod image tę opozycję - powiedział Tighe    uwa żarn, że Sowieci będą oszukiwać.

Casey zgodził się. Sowieci to oszuści i me można im ufać.

- Gorzej - powiedział Tighe. W jego opinii przywództwo sowieckie było coraz bardziej obwarowane. Rosja staje się społeczeństwem klasowym. Około 3 tysięcy rodzin uformowało elitę - i chce tą elitą pozostać. Ich dacze i inne dobra są przekazywane dzieciom - pewny znak, że nie popuszczą.

- Sowieci nie ufają wschodnioeuropejskiemu wojsku ani trochę - powiedział Tighe. - Może z wyjątkiem Bułgarii cała Europa Wschodnia była zła na Sowietów; przywódcy mieli dość tego, że byli zmuszani przez Sowietów do kupowania starych wojskowych gratów. Ale ilość wojsk sowieckich w Europie Wschodniej wzrasta i jest to bardzo groźne.

Tighe powiedział, że był niedawno w Turcji, gdzie zaczynają się kłopoty.

W grudniu 1978 roku, na około sześć tygodni zanim rewolucja wypędziła szacha z Iranu, Tighe odwiedził Teheran. Tamtejszy szef placówki CIA domagał się większej liczby agentów mówiących językiem farsi. Nie dostał ich i prawie nikt nie był w stanie dowiedzieć się, co się działo. Żeby uzyskać informacje z pierwszej ręki, Tighe umknął ochronie, przebierając się w cywilne ubranie i wychodząc przez okno ambasady. Chodził po mieście przez trzy godziny. O 11:00 wszystkie sklepy były otwarte. W południe wszystkie zamknięto i na ulice wyległo milion demonstrantów, podjudzanych do antyamerykańskich działań. Był to oszołamiający pokaz ukazujący albo prawdziwe odczucia, albo drobiazgową organizację, albo jedno i drugie. Jasne było, że działały ogromne siły, że niedługo uderzy huragan.

Później, w ambasadzie amerykańskiej, szef SAVAK-irańskich służb tajnych - generał porucznik Nasser Moghadam zaprowadził Tighe'a na trzy godziny do prywatnego pokjju i błagał o sprzęt umożliwiający kontrolę rozruchów i tłumów. Jaka była komunikacja rządu irańskiego z rządem amerykańskim? Z tego widać, że była do niczego i że w obu krajach łączność była sparaliżowana. Iran był okropnym fiaskiem wywiadowczym. Konieczna jest dogłębna analiza, nawet teraz.

Casey ponownie skinął głową na znak zgody. Niedługo potem, wyszedł zmierzając korytarzem okręgu E, do czekającego samochodu.

Cholera, dużo jest do zrobienia. Korea, Wietnam, Chiny, Meksyk, reszta Ameryki Środkowej, Bliski Wschód, Indie, oczywiście Związek Radziecki, Iran.

Wizerunek szefa DIA, wyłażącego przez okno ambasady USA w Teheranie w celu uzyskania informacji z pierwszej ręki, był wzruszający, nawet godny podziwu. Casey stwierdził, że jest tylko jeden sposób na wykonanie czekających go obowiązków: sporządzi listę gtów-

4 - VEIL - Tajne wojny CIA

nych krajów i zrobi objazd kontrolny. Odwiedzi placówki CIA i sam zobaczy, co tam się dzieje.

Casey i John Bross przejrzeli akta osobowe w poszukiwaniu głównego portiera, osoby sortującej papiery i głównego asystenta dla Case-ya. Wybrali w końcu Roberta M. Gatesa, który właśnie przejął stanowisko jako krajowy oficer wywiadu ds. Związku Radzieckiego i podlegał bezpośrednio DCI. Pozycja krajowego oficera wywiadu ds. Sowietów była głównym stanowiskiem analitycznym w najbardziej newralgicznym punkcie. Ale doświadczenie Gatesa wyniesione z Białego Domu było dla Caseya cenniejsze. Od wiosny 1974 roku do grudnia 1979 roku Gates był przydzielony do sztabu Narodowej Rady Bezpieczeństwa i obserwował nadużycia wywiadu pod rządami prezydentów Nixona, Forda i Cartera. Gates, 37-letni, niski człowiek o siwych włosach i promiennym, otwartym uśmiechu - posiadał to, czego Casey potrzebował: 14-letnie doświadczenie w CIA.

W latach rządów Cartera Gates pracował dla Davida Aarona, zastępcy Brzezińskiego. Gates nazywał Aarona "gęsią strasburską", bo trzeba było mu prawie przybić stopy do podłogi, żeby skłonić go do skupienia się na problemach. Popołudniowe sesje, podczas których Gates zmuszał Aarona do wysłuchania ostatnich informacji wywiadowczych i wyciągał z niego konieczne decyzje, nazywane były "godziną strasburską". Jeżeli inni nie byli zorganizowani lub metodyczni, to Gates był chętny do pomocy.

Casey sprawdził go. Gates dołączył do zawodowego programu szkoleniowego CIA w 1966 roku. Ubolewał nad tym, że CIA była tak pełna dobrych weteranów II wojny i OSS, że nie można było ich w żaden sposób obejść, żeby wejść na szczyt, chyba że miało się powiązania polityczne. On znalazł sposób. Poskarżył się koledze - oficerowi CIA Johnowi T. Smithowi, którego ojcem był Gerard Smith, główny negocjator kontroli zbrojeń Nixona. Wkrótce Gates został przedstawiony Smithowi starszemu. W niedługim czasie został przydzielony do delegacji ds. kontroli zbrojeń jako analityk z ramienia CIA.

Co więcej, Gates miał nieszablonowe pomysły, które Casey uznał za ciekawe. Miał doktorat z historii Rosji, i uważał, że CIA jest zbyt akademicka, że ucieka od kontrowersji.

- Gdyby wszystkich gówno obchodziło, co mówi analiza z CIA, to nie byłoby żadnej kontrowersji, żadnego nacisku - powiedział. Kontrowersja i nacisk zbliżały analityków wywiadu do tych, którzy ustanawiali politykę. Ludzie z wywiadu musieli rozumieć zmartwienia tych,

którzy ustanawiali politykę; nie po to, żeby dostosowywać oceny do oczekiwań Białego Domu, ale po to, aby wcześnie rozpoznać przeszkody i wydać ostrzeżenia. Gates dowodził, że głównym niepowodzeniem wywiadu jest nie informowanie ludzi odpowiedzialnych za politykę o ograniczeniach wywiadu. Biorąc pod uwagę miliardy, które się na to wydaje, prezydent mógłby pomyśleć, że nie powinno być niewiadomych. A jednak były.

Chociaż Gates był analitykiem, to miał jedno doświadczenie operacyjne wykazujące, że umiał naginać przepisy w sposób, który podobał się Caseyowi. Biały Dom pod władzą Cartera chciał nawiązać stosunki z Kubą. David Aaron został wysłany na tajne spotkanie w Nowym Jorku z dwoma głównymi oficerami wywiadu Castro. Uważając, że otwartość jest najlepszą przykrywką, Aaron w towarzystwie Gatesa spotkał się z Kubańczykami w luksusowej, staroświeckiej restauracji francuskiej w centrum, tuż obok Piątej Alei. Gates zgodził się mieć przy sobie magnetofon, w kamizelce dostarczonej przez FBI. Podczas gdy Aaron i Kubańczycy wykłócali się na temat wojsk kubańskich w Etiopii i Angoli, Gates siedział sztywny i wyprostowany w kamizelce FBI.

Casey zasiadł do dyskusji z zastępcą dyrektora ds. operacji Turne-ra, Johnem N. McMahonem. Stanowisko zastępcy dyrektora było bardzo ważne. Dyrekcja ds. operacji będzie instrumentem zmiany. Mc-Mahon - krzepki, przyjacielski Irlandczyk (absolwent Holy Cross z 195 Ir.) z długimi bokobrodami w stylu lat sześćdziesiątych - nie był wyszkolonym tajnym operatorem, chociaż był w CIA prawie trzydzieści lat. Turner powołał McMahona na zastępcę dyrektora, aby uzyskać kontrolę nad dyrekcją, której nie ufał. Casey przejrzał kartotekę McMahona w aktach agencji, które uznał za bardzo miarodajne. Po przystaniu do CIA w 1951 roku, jako pracownik ds. szyfrów, McMahon przeszedł przez hierarchię administracji i zajmowania się papierami. Był urzędnikiem przy pilotach U-2. Nawigował dookoła problemów lat siedemdziesiątych. W miarę jak reputacja agencji pogarszała się, McMahon awansował. Był dyrektorem biura ELINT - wywiadu elektronicznego - niewyraźnej, ale ważnej gałęzi wywiadu pozyskującej informacje z radaru i innych emisji nie łącznościowych. McMahon, zanim został mianowany zastępcą dyrektora przez Turnera, był dowódcą sztabu Turnera i rozmyślał o emeryturze.

McMahon miał reputację człowieka ostrożnego. Kilka lat przedtem, kiedy CIA zebrała publicznie znane wiadomości na temat tego, kto wspierał i finansował kilka tuzinów ugrupowań i publikacji an-

ty agencyjnych, takich jak B,uletyn informacyjny o tajnych operacjach, McMahon wściekł się Głupie sukinsyny! - krzyczał na zebraniu starszego sztabu. - Szpiegowanie Amerykanów. Gdyby ktoś się o tym dowiedział... Nie lozumiecie? Chodzi o to, jak to jest postrzegane.

Niemniej jednak Casey lubił McMahona. Był otwarty i chętny do

współpracy, chętny do wykonywania rozkazów.

- A gdybyśmy zastosowali nieoficjalną przykrywkę? - wypytywał

go Casey.

- Wysyłanie chłopców jako biznesmenów, doradców i tak dalej czyli

wyprowadzenie ich z ambasad?

McMahon przytoczył wszystkie obiekcje: bezpieczeństwo, kontrola, konieczność posiadania statt.su dyplomatów.

- A operacja w Afganistanie?

- To jest wielkie wspólne przedsięwzięcie, transport broni głównie przez Egipt - wyjaśnił McMahon. - Pakistan jest korytarzem ruchu oporu w Afganistanie. Arabia Saudyjska dostarcza więcej finansów niż CIA,

Casey powiedział, że jest to ważna operacja, prawdopodobnie najważniejsza, jaką odziedziczył po Carterze. Prezydent Reagan będzie chciał ją kontynuować, może nawet rozszerzać wsparcie. Był to główny punkt zaangażowania Sowietów.

- Tak - powiedział McMahon sucho. - Inwazja sowiecka była niewłaściwa, była ich poważnym błędem.

Zastanawiał się jednak nad polityką Stanów Zjednoczonych. Czy potrzebuje ona ponownej oceny? Jest mało prawdopodobne, że armia sowiecka pozwoli się pokonać. Każdy ruch ze strony USA sprowokuje ruch ze strony Sowietów - eskalację. Czy polityka USA mająca na celu "wykrwawienie" Sowietów ma szansę powodzenia? Czy może być podtrzymana? Czy wywieramy wystarczający nacisk na Sowietów, żeby opuścili Afganistan?

Casey dał swojemu kumplowi z kampanii, Maxowi Hugelowi, swobodę w agencji, tak aby jak najwięcej się dowiedział i zdobył odpowiednie wiadomości. Po jakichś trzech tygodniach Casey zapytał go:

- Co chcesz robić?

- Ty powinieneś zdecydować - odparł Hugel.

- No więc, oto co chcę od ciebie - powiedział Casey. - Zwolniło się stanowisko zastępcy dyrektora ds. administracji. Jedno z trzech głównych stanowisk zastępców, równe rangą zastępcy dyrektora ds. operacji i zastępcy ds. analizy wywiadu.

13 lutego 1981 r. ogłoszono, że stanowisko to obejmie Hugel. Wkrótce zdał sobie sprawę, że było ono związane z interesami. Zajmowało się wszystkimi funkcjami wsparcia, łącznie ze światowym bezpieczeństwem, łącznością i logistyką dla centrali i placówek CIA za granicą. Było to ważne, ale oddzielone od prawdziwej pracy wywiadowczej, od sekretów, które kojarzył z CIA.

Pod koniec lutego Casey poszedł na nabożeństwo w intencji starego przyjaciela, Raymonda R. Dickeya, długoletniego wiernego zwolennika Partii Republikańskiej i waszyngtońskiego prawnika. Po nabożeństwie wrócił do swojego służbowego samochodu i posłał ochroniarza, żeby poprosił do niego jednego z żałobników, Stanłeya Sporkina.

Sporkin, rozczochrany człowiek wyglądający jak otyły szef ringu z Vegas, podszedł i otworzył drzwi dyrektorskiego samochodu.

- Stan - powiedział Casey - dzięki za list popierający do Senackiej Komisji Wywiadu. Nie pojechałbyś z powrotem ze mną? Sporkin wsiadł i odjechali.

- Słuchaj, odmówiłeś mi już dwa razy - powiedział Casey, nawiązując do dwóch poprzednich ofert pracy w Export-Import Banku, gdzie Casey był w 1974 i 1975 roku. - Chcę, żebyś przyszedł do pracy w CIA; jako ogólny radca. Będzie dużo trudnych spraw prawnych - powiedział.

Sporkin wyraził zainteresowanie. Po dziewiętnastu latach w Komisji Papierów Wartościowych był znudzony. Tam nie było prawdziwych działań, prawdziwego egzekwowania prawa.

- Działania wywiadowcze są inne - powiedział Casey. - Są bezlitosne i mordercze.

- Czemu to robisz? - zapytał Sporkin.

- Nie chcę zarobić jeszcze jednego miliona dolarów. Chcę to robić - odparł Casey.

Dodał, że jeśli Sporkin jest zainteresowany, to niech lepiej będzie w pełni poinformowany na temat tego, co robi agencja.

- Jeśli znajdziesz coś niewłaściwego i nie możesz działać i żyć według swoich zasad, to tego nie rób. Musimy tam znowu odkręcić kran i musimy to zrobić powoli, ostrożnie.

Samochód podjechał do centrali CIA, Casey wysiadł, a Sporkin wrócił do kościoła.

Casey bardzo lubił Sporkina. Był jednym z niewielu ludzi z rządu, którzy nie dawali za wygraną. Casey, jako przewodniczący Komisji Papierów Wartościowych, zadał Sporkinowi proste pytanie: - Stan, czego potrzebujesz, żeby wykonywać swoją robotę? Sporkin czekał całe

lata, żeby ktoś go o to zapytał. Chciał uprawnień, żeby móc kontynuować lub umarzać śledztwa komisji i Casey mu je dal. Mając taką władzę, Sporkin wymusił ujawnienie podejrzanych praktyk w interesach i

zagraniczne łapówkarstwo.

Pozornie zrównoważony, Sporkin potrafił zrobić marmoladę z zespołu dobrze sytuowanych prawników z Park Avenue. Casey podziwiał sposób w jaki on się zachowywał podczas długich sesji negocjacyjnych. Przechylał się do tyłu na krześle, nawet zamykał oczy po to tylko, aby nagle schylić się do przodu, wyskoczyć z krzesła. Chodził po sali dźgając powietrze i krzycząc, że zachowanie, które właśnie odkryto jest nie do przyjęcia. Albo też przytykał palce do skroni, wrzeszcząc: "Nie do uwierzenia!". Patrzył mrocznym, przeszywającym wzrokiem, albo rozjaśniał się uśmiechem. Potem powracał do swojego stylu detektywa Columbo - zmieszany i roztargniony zadawał proste pytania. Casey wiedział, że był to czysty teatr, ale opozycja często dawała się tym zaskoczyć.

Pierwsze tygodnie Caseya były wspaniałe. Traktowany byłjako stary wyga z OSS, który powrócił jako przywódca. Jeszcze nie przeciekły wiadomości, że chciał stanowisko sekretarza stanu, a ogólna opinia w agencji była taka, że jako zarządca kampanii Reagana mógł wybrać każde stanowisko - i wybrał. Żaden szef agencji czy departamentu nie był traktowany z takim szacunkiem, jak dyrektor Centralnego Wywiadu. Prawie każdy używał zwrotu "dyrektor" lub "dyrektor Casey" lub "DCI" lub "pan" ("sir"). Każda wiadomość wychodząca z Langley opatrzona była nagłówkiem Cytować dyrektora, po którym następował kolejny numer dający prośbom i rozkazom stempel ostatecznego autorytetu, chociaż Casey widział tylko kilka tuzinów z setek, które wychodziły codziennie. Każda wiadomość do centrali adresowana była do dyrektora. Ludzie zauważali go w korytarzach, schodzili mu z drogi,

omalże nie salutowali.

Codziennie miał na tapecie stertę nowego materiału. Poranne wiadomości z centrum operacyjnego w Langley, streszczające wydarzenia dnia, przychodziły w oddzielnej teczce. Inna teczka zawierała sprawozdania z ambasad i placówek. Otrzymywał ładny, świeży egzemplarz pięknie wydrukowanego Codziennego Raportu Prezydenta (President's Daily Brief - PDB) - dziesięć stron najlepszej informacji wywiadowczej, która szła każdego dnia do Reagana, Haiga i Weinbergera. Krajowy Dziennik Wywiadu (National Intelligence Daily - NID) - mniej drażliwy, ale jednak ściśle tajny dokument z kryptonimem - rozprowadzany był do setek ludzi w rządzie, również do Caseya. Raporty źródeł

osobowych z niebieską obwódką były dostarczane do niego przez cały dzień. Przychodziły duże, czerwone teczki oznaczone legendą TOP SECRET TALENT KEYHOLE (Ściśle tajna dziurka od klucza talentu - kryptonim na inwigilację napowietrzną), zawierające raporty fotografii satelitarnej i rekonesansowej. Większość raportów wywiadowczych była wieloźródłowa, co znaczyło, że przechwyty, raporty osobowe, satelitarne i inne przetworzono oraz podsumowano. Czasami Casey żądał pełnego przechwytu lub informacja była do niego kierowana automatycznie. Gdy chciał mieć więcej wiadomości, musiał tylko to zaznaczyć i kartoteka, streszczenie lub podsumowanie było mu dostarczane. Niekiedy musiał powstrzymywać swoje instynkty czytelnika i historyka amatora. Zapisy były częstokroć dobrej jakości i można było się z nich wiele dowiedzieć.

Jednak w tych wszystkich papierach była jakaś niespójność. Casey zastanawiał się coraz częściej, co się tam dzieje. "Tam" oznaczało placówki za granicą. Raporty wykazywały, że kilka placówek dostarczało świetną informację wywiadowczą na temat rządu - gospodarza i tamtejszej ambasady sowieckiej, ale wiele przysyłało mało ważne informacje, często bzdury. Pragnął odwiedzić te placówki.

Na początku marca Casey odleciał na Daleki Wschód. Placówki CIA, które tam odwiedził, prowadziły działalność monitorującą rosnącą obecność sowiecką w ich krajach. Wykorzystując miejscową policję, wywiad gospodarzy, służby imigracyjne i celne, placówki wcale nieźle tropiły wszystkie wyjazdy i przyjazdy obywateli sowieckich. Zazwyczaj otrzymywali kopię zdjęcia paszportowego, po czym zespół inwigilacyj-ny, furgonetką ze sprzętem nagrywającym, mógł śledzić i monitorować wybrane cele. Punkty obserwacyjne i zdjęcia dostarczały dobrych danych na temat ruchów Sowietów; jednostka specjalna mogła prowadzić nasłuchy telefonów i podsłuch w pokojach. Przechwytywanie poczty było możliwe w wybranych przypadkach. Placówki posiadały "agentów dostępu", którzy znali sowieckie cele i dostarczali dane osobowe. Kilka placówek miało źródła na wysokim rządowym szczeblu, ale naprawdę użyteczna informacja polityczna była skąpa.

Casey przekonał się, że pracownicy operacyjni byli różni, od świetnych do miernych. Nikt nie starał się angażować w wielką grę. Atmosfera w placówkach nie była twórcza. Nikt nie poświęcał wystarczającej ilości czasu "burzy mózgów", nie tropiono prawdziwych celów i nie zwiększano wysiłku, aby pozyskać agentów osobowych czy założyć urządzenie podsłuchowe. Urzędnicy operacyjni czekali na okazję, zamiast wychodzić i szukać jej. Dużo było wahania i wątpliwości.

Wszędzie gdzie pojechał, towarzyszył mu jego własny zespół: szef placówki, agent ochrony, własne kanały łączności. Casey chciał dawać przykład, a jego status byłego menedżera kampanii prezydenta miał pewne ukryte znaczenie: był przedstawicielem Reagana w wielu aspektach polityki zagranicznej i obronnej.

Casey wrócił do domu mając wrażenie, że sojusznicy i przyjaciele Ameryki liczą na to, iż Stany Zjednoczone obejmą prowadzenie, a placówki liczą na niego.

ROZDZIAŁ 5

Ponieważ Carter i Turner rozbili się na Iranie, Casey czytał wszystko, co tylko mógł znaleźć w agencji na ten temat. Tak jak wielu, ciągle zastanawiał się: co robiła CIA? Czy wywiad amerykański mógł zawieść tak dalece, jak mówił szef DLA Tighe? Jak CIA mogła nie zauważyć niepewnej pozycji szacha, jego kondycji psychicznej, jego kompletnej słabości? Jednym z zadań Caseya było zapewnienie, żeby się to nigdy więcej nie zdarzyło... w Iranie czy gdziekolwiek indziej.

CIA badała nieudaną próbę ratowania zakładników wiosną 1980 roku, kiedy to awarie helikopterów uniemożliwiły akcję. Zdjęcia szczątków maszyn na irańskiej pustyni stały się symbolem niemocy Cartera. Podobno ta misja była najświetniejszym momentem zastępcy dyrektora ds. operacji Johna McMahona, bo infiltrował jakieś pół tuzina agentów wewnątrz Iranu w celu pozyskania ich pomocy. Casey uważał, że było to o wiele za mało. Pół roku po wzięciu zakładników, CIA powinna była mieć wewnątrz dużo więcej agentów. Casey przekazał prezydentowi Reaganowi ściśle tajny raport końcowy na temat tej misji ratunkowej. Podkreślał on niedostateczność źródeł

osobowych.

Inne, ściśle tajne opracowanie, sporządzone dla Turnera Postmortem irańskie, pomogło w opisaniu roli CIA w generalnej irańskiej katastrofie. Ostemplowana "NODIS" (no distribution*) i przeznaczona tylko dla Turnera oraz kilku innych wysokich rangą zastępców i doradców - 100-stronicowa analiza na temat tego, jak i dlaczego CIA przepuściła irańską rewolucję.

Nie do rozpowszechniania.

Opracowanie zrobił Robert Jervis, sprowadzony do CIA politolog z uniwersytetu Columbia. Mając doświadczenie w omawianiu błędów w spostrzeżeniach przy podejmowaniu decyzji, Jervis miał dostęp do wszystkiego, co mieli w tym czasie analitycy z CIA: telegramów z Departamentu Stanu, wiadomości "tylko dla wzroku", przechwytów z NSA. Spędził dwa miesiące studiując dwie szuflady tych danych i przeprowadził wywiady z czterema głównymi analitykami z CIA, którzy wykonali prawie całą pracę związaną z informacją wywiadowczą przekazywaną do Białego Domu, Departamentu Stanu i gdzie indziej.

Irańskie Postmortem zaczynało się od delikatnej kwestii: Iran był trudnym przypadkiem i nawet kompetentna osoba mogła łatwo popełnić błąd. Nie było innego przypadku, żeby taki przywódca jak szach, mający ogromne siły wojskowe i bezpieczeństwa, został obalony przez nieuzbrojonych rebeliantów. Potem opracowanie przystąpiło do ostrej krytyki traktowania Iranu przez CIA.

Problemy wywiadowcze:

. CIA nie była zdolna do wyprzedzenia szybko zmieniającej się sytuacji, a analitycy wikłają się w codzienne podsumowywania informacji z telegrafów, zasilając Krajowy Dziennik Wywiadu albo Codzienny Raport Prezydenta.

. Główny analityk Iranu w CIA, Ernest Oney, powiedział, że otrzymał cztery czy pięć miłych listów od ludzi wyższych rangą, którym sprawozdania się podobały, ale nigdy nie był naprawdę przepytywany. Nie próbowano rozwiązać tego problemu, nie było nawet oznak, że istniał problem do rozwiązania. Działalność wywiadu została sprowadzona do uzyskiwania mechanicznych informacji: dużej ilości faktów i ciskania ich ludziom. Jeżeli wywiad ma odpowiedzieć na pytanie dotyczące jutra, trzeba będzie dokonać założeń, ale założenia w tych warunkach były spekulacją, a to nie było dobre.

. Telegramy CIA i Departamentu Stanu zawierały niewiele więcej faktycznej informacji niż codzienne reportaże w gazetach i telewizji. Gazety takie jak Le Monde - centrolewicowa gazeta francuska i brytyjski Economist, raczej spekulatywne i krytyczne, przychodziły do analityków regularną pocztą z tygodniowym opóźnieniem. Uważano, że są to stare wiadomości i nie czytano ich. Niewiele było czynników zewnętrznych, które wstrząsnęłyby myśleniem analityków, mało sugestii, że mogliby być na niewłaściwym torze, żadnej twórczej wymiany myśli.

Pracownicy placówki CIA w Teheranie mieli podzielone zdanie na temat tego, co się działo w Iranie, ale nie było to widoczne w

raportach.

. Formalne priorytety dla placówki teherańskiej wyszczególniały najpierw Sowietów, a irańskie próby uzyskania broni jądrowej były na drugim miejscu. Wewnętrzna sytuacja polityczna była gdzieś na końcu. Kilka miesięcy przed przewrotem w Iranie CIA zaczęła zmieniać priorytety, ale w agencji było tylko niejasne przeczucie, że walka

polityczna jest w toku.

fy    . Nie było żadnego elektronicznego urządzenia podsłuchowego w 4 gabinecie szacha ani w jego telefonach. Nie było żadnej ważniejszej informacji z wysokiej rangi sprzętu w Iranie. Propozycja ze strony NSA, aby zamontować nowoczesną stację nasłuchową, przechwy-tującą informacje rządu irańskiego w ambasadzie amerykańskiej, została odrzucona przez ambasadora amerykańskiego Williama H. Sullivana. Uważał on, że ma dostateczną ilość dobrych informacji dzięki bezpośredniemu dostępowi do szacha. Twierdził: "mamy SAVAK na dłoni". CIA nie miała opłacanego agenta przy szachu - takie kroki podobno były uważane za zbyt ryzykowne. CIA wybrała niewłaściwe, zbyt słabe grupy opozycyjne, od których uzyskiwała informację. Miała agentów w umiarkowanym narodowym froncie opozycji, wywodzącym się z klasy średniej, ale nie zdawała sobie sprawy z tego, jak był słaby. Gdyby zastanowiono się nad kwestią wpływów frakcji umiarkowanych, to naprowadziłoby to placówkę na trop duchowieństwa - naprawdę silnej opozycji.

. Wewnętrzna komunikacja w CIA, NSA czy w wojskowych agencjach wywiadowczych była rozwinięta, ale nie było dobrych połączeń na przykład między CIA a NSA.

. Nie istniała metoda alternatywnych wyjaśnień danych, nie wymagano od analityków przedstawiania dowodów na poparcie alternatyw, nikt nikogo nie sprawdzał, nie istniał żaden system, kwestionowania założeń.

. Personel placówki zakładał, że w dzisiejszych czasach opozycja religijna nie może przerodzić się w opozycję polityczną. CIA i ambasada nie brały pod uwagę, że irański nacjonalizm może być skierowany przeciwko Stanom Zjednoczonym, chociaż taki wniosek można było łatwo wyciągnąć z opinii duchownych, którzy uważali szacha za amerykańskie narzędzie, którym steruje Waszyngton oraz CIA . Chodzenie w kółko było najczęstszą cechą analiz. Założenia zaczynały się od tego, że szach, który ma wojsko i siły bezpieczeń-

stwa, użyje ich w razie konieczności. Ponieważ szach nie używał siły wnioskowano, że opozycja nie stanowi zagrożenia. To było błędne koło, którego nie dawało się rozerwać. Brak działania szacha został uznany za dowód, że wszystko było w porządku. Nie zadano pytania: Co powstrzymuje szacha od użycia siły? Problem polegał jeszcze na tym, że agenci nie wiedzieli, że szach miał raka i zażywał leki, co prawdopodobnie przyczyniło się do jego niezdecydowania.

. W sprawozdaniach używano słów i zwrotów, które znaczyły różne rzeczy dla różnych ludzi. Zwrot: "Szach podejmie zdecydowane działania", dla wielu znaczył, że użyje siły do stłumienia jakiegokolwiek powstania ludowego, ale dla innych znaczyło to, że zreformuje i pohamuje swoje despotyczne rządy.

. Biuletyn CIA z sierpnia 1978 roku opiniował, że Iran nie jest w sytuacji rewolucyjnej, ani nawet przedrewolucyjnej, a biuletyn z dnia 22 listopada 1978 roku informował, że szach "nie był sparaliżowany niezdecydowaniem" i ogólnie był "w dobrym kontakcie z rzeczywistością". W tym roku Krajowa Ocena Wywiadowcza nie została ukończona, ponieważ Iran się rozleciał, ale uwaga Turnera na jednym z pierwszych projektów brzmiała: Co by się stało, gdyby Rosja napadła na Iran?

Sprawa Iranu potwierdziła pogląd, który Casey utrzymywał od dawna: wywiad nie może siedzieć bezczynnie. Trzeba dołożyć wszelkich starań, aby skłonić ludzi odpowiedzialnych za politykę do działania.

Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Brzeziński chciał, aby szach użył siły do stłumienia rozruchów ulicznych; sekretarz stanu Vance był przeciwny sile. Prezydent nie mógł się zdecydować, a szach nie chciał działać, jeżeli prezydent Stanów Zjednoczonych nie powiedział mu, co ma robić. Wahanie Cartera, wahanie szacha było tym, czego potrzebowali rewolucjoniści, żeby wygrać.

Casey ustalił, że analitycy CIA potrzebują wstrząsu. Trzeba trzep-nąć niektóre głowy, a może nawet strącić. Casey musiał także wymienić zastępcę ds. operacji Johna McMahona, którego ostrożne podejście do operacji nie było dobrze widziane w Białym Domu.

Na zebraniu, jakie McMahon odbył z Allenem i jego zastępcą Bu-dem Nance'em - emerytowanym kontradmirałem, Nance zaproponował, żeby CIA uruchomiła tajne działanie mające na celu sabotaż pływającej stoczni remontowej koło wybrzeży Etiopii. Zdjęcia satelitarne pokazywały, że Sowieci zawsze mieli jeden ze swoich niszczycieli lub fregat w tym doku.

- Nie ma mowy - powiedział McMahon - nie będziemy się w to angażować. Byłoby to wypowiedzenie wojny.

Po spotkaniu Alien powiedział Nance'owi: - Słoń renegat stał się

tchórzem.

Casey postanowił przenieść McMahona na stanowisko szefa dyrekcji analiz.

Chomeini był częstym tematem rozmów na zebraniach w Białym Domu. Uważano, że jeśli to możliwe, powinien być usunięty. Po dyskusji z prezydentem, który wydawał się być bardziej uważny niż zwykle, Caseya poproszono, żeby dowiedział się, czy nie można podjąć tajnej akcji w celu obalenia Chomeiniego i zastąpienia go Rezą Pahlavim, młodszym synem zmarłego szacha. Kiedy Casey przedstawił ten pomysł w Langley, wszystkie twarze poszarzały. Iran był dzieckiem diabła, a rodzina Pahlavi jeszcze gorsza. W dyrekcji operacji nikt nie chciał mieć z tym nic do czynienia, Departament Stanu także się opierał. Jednak Casey, rozumiejąc intencje prezydenta, uważał, że administracja musi działać. Miał przygotowany raport tajnej akcji upoważniający CIA. do przeprowadzania rozmów z różnymi antychomeinistowskimi ugrupowaniami emigracyjnymi. Pomogłoby to zorientować się, które z Ł nich, jeżeli w ogóle, byłoby w stanie uruchomić opozycję. Casey przed- s stawił raport w Białym Domu jako konieczny pierwszy krok, a pręży-,» dent go podpisał.

Gdy Casey czytał bieżące informacje wywiadowcze i stare akta, uwielbiał czytać stare akta, jego uwagę ciągle przyciągało maleńkie, zubożałe państwo rolnicze - Salwador.

Salwador - "Zbawiciel" - nazwany tak przez hiszpańskich konkwistadorów - miał około 4,5 miliona ludności i najmniejszy obszar ze wszystkich republik Ameryki Środkowej, kształtem i wielkością przypominał stan Massachusetts. Skulony na wybrzeżu Pacyfiku, pozornie ukryty i wtulony w brzuch Ameryki Środkowej, nie dawał bezpośredniego dostępu do Kuby, z wyjątkiem przejścia przez Kanał Pa-namski. Ale w Salwadorze rosła ilość komunistów. Przegranie na tym podwórku lub - jak nazywał to Reagan - "głównym dziedzińcu" Stanów Zjednoczonych, byłoby nie do wybaczenia.

Casey żądał odpowiedzi. Kto wspiera lewicową insurekcję salwa-dorską? Gdzie jest wsparcie wojskowe, polityczne? Jakie są linie łączności? Jak było to wszystko możliwe pod nosem Stanów Zjednoczonych? Jak można to powstrzymać?

Reagan nakazywał stopniowe zwiększanie liczby amerykańskich doradców wojskowych wspomagających rząd salwadorski z dwudziestu do ponad pięćdziesięciu. Uwaga prasy skupiona była na tej liczbie, jak gdyby była termometrem mierzącym wojowniczą temperaturę nowej administracji. Liczby były dla środków masowego przekazu zapadką, która włączy alarm, jeżeli Stany Zjednoczone będą zmierzać do następnego Wietnamu.

Dla Caseya nie to było problemem. Raporty CIA wykazywały, że samoloty pełne broni dostarczane były rebeliantom salwadorskim z sąsiedniej Nikaragui. Z raportów, które były przesyłane do Cartera mógł się przekonać, że dowody były przytłaczające. Dwa dni przed odejściem Cartera z urzędu sporządzono projekt memorandum oświadczającego, że pomoc Ameryki dla Nikaragui powinna zostać wstrzymana, ponieważ istniały "nieodparte i stanowcze" dowody na to, że Nikaragua wspiera rebeliantów w Salwadorze. Dowodem były dzienniki i papiery sekretarza generalnego małej Komunistycznej Partii Salwadoru, Shafika Handala. Szczegółowo opowiadały o podróżach do Związku Radzieckiego, Europy Wschodniej, krajów bloku sowieckiego i na Kubę. Zawarto umowy o transporcie amunicji i sprzętu medycznego przez Kubę i Nikaraguę. Karabiny M-16 produkcji amerykańskiej zostały zdobyte na rebeliantach w Salwadorze. Numery seryjne wykazały niezbicie, że była to broń, którą Amerykanie stracili w wojnie wietnamskiej. Był to niemal doskonały przypadek ukazujący obraz globalnej konspiracji komunistycznej, który potwierdzał dążności Caseya. Związek Radziecki, Kuba, Północny Wietnam, Europa Wschodnia i Nikaragua były zamieszane w dostawy do Salwadoru.

Carter nie podpisał memorandum i problem pozostawiono Rea-ganowi. W swoim ostatnim roku administracja walczyła ostro i wywalczyła zgodę Kongresu na udzielenie pomocy Nikaragui - 75 milionów dolarów. Kongres jednakże wymagał, żeby prezydent zaświadczył, iż Nikaragua nie wspiera powstań nigdzie w Ameryce Środkowej i Carter był bliski uruchomienia amerykańskiej pomocy.

Nikaragua i jej osiemnastomiesięczny rząd marksistowski były wielkim problemem Ameryki Środkowej. Przywódcy nikaraguańscy byli członkami partii Sandinista, nazwanej tak na cześć męczennika, przywódcy partyzantów, Augusto Sandino, zabitego w 1934 roku przez pierwszego rządcę z rodziny Somoza. Nikaragua, mająca siedem razy tyle ziemi co Salwador, miała rozległe wybrzeża od strony Morza Karaibskiego na wschodzie i od strony Pacyfiku na zachodzie.

Casey stwierdził, że w ciągu sześciu miesięcy od przejęcia władzy przez sandinistów, Carter podpisał ściśle tajne zarządzenie upoważniające CIA do udzielania wsparcia politycznego przeciwnikom sandinistów. Pieniądze i poparcie miało zachęcić i ośmielić opozycję polityczną, utrzymać przy życiu gazetę La Prensa. Operacja przeciwko rządom jednopartyjnym była standardowym programem akcji politycznej, mającym na celu pokazanie praktycznej alternatywy dla sandinistów, partii oraz ludzi uważanych za bliskich Związkowi Radzieckiemu i jego doktrynie.

Zamierzeniem tej tajnej akcji było zbudowanie więzi pomiędzy agencją a politycznym centrum Nikaragui, utrzymanie przy życiu opozycji i zapewnienie agencji kontaktów i przyjaciół wśród nowych przywódców lub nowego rządu. Wydano kilkaset tysięcy dolarów. Dla Caseya jednak akcja ta miała bardziej symboliczne znaczenie, pokazywała bowiem, że poprzednia administracja dostrzegła zagrożenie ze strony sandinistów. Zajęto stanowisko przeciw nim i nie-lewicowcy wiedzieli, że mają Stany Zjednoczone po swojej stronie.

Casey odkrywał, że CIA nie miała wśród sandinistów praktycznie żadnej dobrej penetracji wywiadowczej czy źródeł osobowych. Wtyczki takie posiadały służby wywiadowcze prawicowego dyktatora Anasta-sio Somozy, ale gdy uciekł on z kraju, akta wywiadu wpadły w ręce sandinistów, którzy zlikwidowali "kolaborantów" Somozy, będących głównymi źródłami CIA. Ta sytuacja przypominała Caseyowi, że w Iranie CIA polegała na służbach SAVAK Faktycznie odkrywał, że w całym Trzecim świecie CIA zbytnio polega na służbach wywiadowczych wewnątrz kraju, bądź na ludziach utożsamiających się z interesami władzy. Chciał źródeł osobowych Jednostronnych", tzn. opłacanych i kontrolowanych wyłącznie przez CIA, ludzi mniej podatnych na kaprysy i losy tych, którzy byli u władzy. Zwłaszcza w niestabilnych regionach Ameryki Łacińskiej i Afryki.

Informacja wywiadowcza wykazywała, że Fuba głęboko spenetrowała rząd nikaraguański. Około pięciuset Kubańczyków było dobrze osadzonych w nikaraguańskim wojsku, służbie wywiadowczej i kluczowych punktach łączności. Organizacja Wyzwolenia Palestyny była aktywna w kraju, a jej przewodniczący Yassir Arafat odwiedził Nikaraguę. W dodatku Casey stwierdził, że był tam obecny cały świat komunistyczny - Sowieci, Północni Koreańczycy i kraje Bloku Wschodniego.

Nikaragua stała się strefą bezpieczeństwa dla salwadorskich rebe-liantów. Miejscem, w którym można robić to, czego nie da się normalnie zrobić w czasie konfliktu partyzanckiego, znaleźć schronienie.

Dwa miesiące po zwycięstwie przywódcy sandinistów spotkali się na trzydniowej tajnej sesji w celu nakreślenia zarysu swych celów. Sprawozdanie wewnętrzne, liczące siedemnaście stron, stało się znane jako Dokument 72-godzinny. Był wypełniony poglądami na temat walki klasowej, partii przewodniej, zdradzieckiej burżuazji i rewolucyjnego internacjonalizmu. Sandiniści podjęli walkę przeciwko amerykańskiemu imperializmowi, wściekłemu wrogowi wszystkich narodów, które starają się osiągnąć absolutne wyzwolenie.

Zawierał głośne oświadczenie, że sandiniści mają na myśli pomoc ruchom "narodowo-wyzwoleńczym" w Ameryce Środkowej.

Casey uważał, że mają wystarczające środki, filozofię i wiarę, żeby spróbować.

W Managui, stolicy Nikaragui, ambasador amerykański Lawrence Pezzullo postrzegał problem sandinistów jako możliwy do opanowania, może nawet do rozwiązania poprzez dyplomację. Pezzullo, 55-let-ni zawodowy dyplomata, uważał sandinistów za bandę dzieciaków nie nadającą się nawet do prowadzenia sklepu spożywczego na rogu. Rzeczywiście, większość przywódców sandinistów była nastolatkami, kiedy przyłączyli się do walki przeciwko Somozie. Byli śmiali i silni, dostali w ręce zwycięstwo nad Somozą, którego się nie spodziewali i znaleźli się nagle u władzy bez planu rządzenia. Pezzullo, specjalista od Ameryki Łacińskiej, uznawał, że większość inteligencji w Ameryce Łacińskiej skłania się w stronę marksizmu, ale ogólnie można było sobie z tymi ludźmi poradzić. Ważne było, żeby dyplomata nie brał ich intelektualnych pretensji zbyt poważnie. Wiedział, że czasami trzeba było wybaczać Stanom Zjednoczonym ich retorykę, zwłaszcza jeżeli płynęła ona z ust nowego sekretarza stanu. Pezzullo postrzegał sandinistów jako problem praktyczny, co w jego kategoriach, oznaczało kij i marchewkę. Mocno nalegał w 1980 roku o przyznanie 75 milionów dolarów. To była marchewka. Bacznie obserwował sprawozdawczość CIA. Nie było wątpliwości, że sandiniści "zapylają" - jak to nazwał - wspomagają inne rebelie, takie jak ta w Salwadorze. Napomknął o tym bezpośrednio przy przywódcach sandinistów w 1980 roku. Jaime Wheelock, minister rozwoju rolnictwa Nikaragui i członek grupy rządzącej, powiedział Pezzullowi: - To nie pana sprawa.

- Słuchaj, chcę być absolutnie szczery - odpowiedział Pezzullo, odsłaniając kij. - Spędziłem dziesięć miesięcy walcząc o te cholerne pieniądze (75 milionów dolarów), a jeżeli tak to widzisz, to ci powiem: odpieprz się.

Wheelock dowodził, że Nikaragua ma prawo do swojej własnej polityki zagranicznej i że pomoc amerykańska nie powinna być używana

jako szantaż.

Pezzullo uważał Wheelocka za najlepiej wykształconego i najmądrzejszego przywódcę w kierownictwie sandinistów, chociaż miał on mniejszą władzę niż inni. Mimo wszystko przekaże przesłanie Pezzul-la. W opinii Pezzulla on był najbardziej spolegliwy i układny.

- Macie suwerenne prawo robić to, co chcecie - powiedział Pezzullo - a my mamy suwerenne prawo robić to, co my chcemy, to jest nic nie robić i nie dać warn żadnych pieniędzy.

Według Pezzulla, placówka CIA dowodziła jemu i bazie w Langley, że jeżeli coś wygląda jak kaczka i chodzi jak kaczka, to jest to kaczka. Wobec tego, jeżeli sandinista jest komunistą, to musi być kontrolowany przez Moskwę albo Kubę. Początkowa informacja na temat wyczynów sandinistów w 1980 roku była skąpa: nie w pełni rozpoznane źródła z trzeciej ręki, żadnych zdjęć, żadnych dokumentów. Po zwycięstwie wyborczym Reagana, kiedy papiery salwadorskiego przywódcy komunistycznego Handala wpadły w ręce CIA, Pezzullo poszedł prosto do Tomasa Borge'a, ministra spraw wewnętrznych i zapytał, kto pomagał rebeliantom salwadorskim.

- Ty wiesz - odpowiedział Borge - robisz wiele z niczego. To są

przyjaciele.

- Przyjaciele, rzeczywiście! - krzyknął Pezzullo. Tak zaczęła się seria dziesięciu rozmów i spotkań, podczas których Pezzullo starał się skłonić sandinistów do przyznania, że jako rząd mieli udział we wspieraniu insurekcji salwadorskiej i skłonić ich do dostrzeżenia konsekwencji tego działania. Dla nowej administracji Reagana ich zaangażowanie byłoby grzechem śmiertelnym, układem, który wprowadziłby sandinistów nieodwołalnie do obozu radziecko-kubańskiego.

W połowie lutego sekretarz stanu Haig wezwał Pezzulla do Waszyngtonu na konsultacje. Wstrzymano 15 milionów dolarów pomocy dla Nikaragui na czas nieokreślony. Pezzullo uważał, że powinno tak pozostać. Finanse to ich jedyny argument i był zdania, że jego awantury przynajmniej przyciągnęły uwagę sandinistów.

Kiedy Pezzullo przyjechał do Waszyngtonu, odczytał tajne opracowanie, które zostało sporządzone dla Haiga. Opcje były trzy i wszystkie nawoływały do zakończenia pomocy. Pezzullo powiedział Haigowi, że na dobrą sprawę opcje te są takie same - musiała być jeszcze inna. Pezzullo nazwał ją "opcją zero": żadnej zmiany, tylko zwiększenie na-

cisku dyplomatycznego. Były już wiarygodne oznaki, że zapas broni kończy się. Po długiej dyskusji Haig powiedział: - Kupuję opcję zero.

Sekretarz zabrał ambasadora do Białego Domu, gdzie Pezzullo dowodził Reaganowi, iż jeszcze można porozumieć się z sandinistami, że dyplomacja działa. Był ośmielony, kiedy prezydent zasugerował, iż nadmierne zaangażowanie się Stanów Zjednoczonych może pogorszyć problem. Zacytował niezidentyfikowanego meksykańskiego znajomego: Proszą nie robić błędu, amerykanizujoc problem środkowoamerykański.

Później Pezzullo powiedział Haigowi, że nie powinni oszukiwać się co do pewnych podstawowych faktów: sandiniści czują się bardzo zbliżeni do rebeliantów salwadorskich i to się nie zmieni. Sandinistow-skiego pokrewieństwa rewolucyjnego nie da się sprzedać za 15 milionów dolarów. Ale Stany Zjednoczone mogłyby pracować wbrew wsparciu zbrojnemu dla rebeliantów. Haig powiedział, że rozumie.

- Albo będziesz musiał zużyć cholernie dużo energii, żeby się pozbyć tych facetów - dodał Pezzullo, robiąc aluzję do alternatywy, o której nie mówiono głośno: tajnej operacji paramilitarnej w celu obalenia rządu. - Żeby to zrobić, musiałbyś zorganizować coś wielkiego. To są silne dzieciaki; musiałbyś zorganizować naprawdę pierońską operację, żeby ich stamtąd wyrzucić, a wiesz, że ja sobie tego nie wyobrażam i nie sądzę, żebyśmy byli w stanie to zrobić.

Pezzullo dodał, że administracja, ze swoim konserwatywnym, antykomunistycznym wizerunkiem, mogłaby osiągnąć pewien sukces, jeżeli można by przekonać sandinistów, że Stany Zjednoczone nie mają zamiaru się ugiąć.

- Nie, damy sobie z tym radę - odpowiedział Haig.

Haig, wyszkolony przez Kissingera i Nixona, wiedział, jak grać na zwłokę. Jako młody oficer armii obserwował, jak Ameryka partaczyła Koreę, a potem Wietnam -jego zdaniem, z braku zdecydowania. Może doradztwo czy wywiad byry rzeczywiście złe, ale prawdziwym problemem było załamanie woli. Teraz był sprawozdawcą dla prezydenta niewyszkolonego w sprawach zagranicznych. Trzeba mu było wciskać zagadnienia siłą.

Haig patrzył poza Nikaraguę. Z pasją argumentował, że coś trzeba zrobić, żeby zdusić eksport broni z Kuby. Chciał blokady.

- Idźcie do źródła - prcsił na zebraniach w Białym Domu - ustalcie "znak".

To może Pan wygrać - powiedział prezydentowi.

Casey był przeciw, tak jak wszyscy inni na szczycie administracji. Meese, Baker i Deaver niepokoili się, że Haig rozpęta gorączkę wojny

i nastraszy ludzi tak, iż uwierzą, że Stany Zjednoczone zaangażują się militarnie w Ameryce Środkowej. Chcieli zatrzymać uwagę prezydenta na sprawach krajowych - reformie gospodarczej i obiecanej reformie podatkowej. Kryzys zagraniczny lub konfrontacja zbrojna, zwłaszcza z Kubą - pamiętając blokadę z 1962 roku - wstrząsnęłyby porządkiem spraw krajowych.

Był czas na kurs pośredni. Casey był za czymś pomiędzy nie robieniem niczego a akcją militarną w rodzaju blokady Kuby przez marynarkę wojenną. Tajne działania są przeznaczone właśnie do takiego celu: powolne, stabilne, rozmyślne, ukryte. Kazał przygotować projekt raportu. Nie był on ukierunkowany na źródło problemu - Kubę, ani też na pośrednika - Nikaraguę, ale na kraj zagrożony - Salwador. Raport nawoływał do propagandy i wsparcia politycznego, prawnego uzasadnienia i wsparcia finansowego dla umiarkowanych Chrześcijańskich Demokratów i oficerów wojska w Salwadorze.

4 marca 1981 r. prezydent podpisał ten ściśle tajny raport.

Jednym z beneficjentów pomocy CIA był 55-letni inżynier budownictwa, wykształcony w Stanach Zjednoczonych na uniwersytecie Notre Damę - Jose Napoleon Duarte. Był zanotowany w aktach jako pracownik CIA z zakodowanym kryptonimem. Gama współpracowników CIA zaczyna się na "przypadkowych informatorach", którzy mają nie wiedzieć, że przekazują informację CIA, a kończy się na "współpracownikach kontrolowanych". Duarte mieścił się gdzieś w środku pomiędzy tymi kategoriami. Był dobrym źródłem informacji przez wiele lat, ale był człowiekiem niezależnym i nie był w żaden sposób kontrolowany. Mógł nie wiedzieć, że przekazywał informację CIA. Casey tak wolał. Silny przywódca nie będzie pionkiem, który CIA może przestawić na szachownicy. W tej chwili Duarte był szefem popieranej przez Amerykę junty cywilno-wojskowej rządzącej Salwadorem.

W Langley admirał Bobby Inman dostał duży gabinet na siódmym piętrze przylegający do gabinetu dyrektora. Oba gabinety miały okna wychodzące na bujny krajobraz. Widać jedynie wierzchołki drzew, co daje wrażenie, że CIA jest odosobniona w środku ogromnego lasu,

Rano we wtorek, 10 marca 1981 r., nadrzędnym zmartwieniem In-mana był nagłówek na pierwszej stronie New York Times: Grupy wywiadowcze starają się o uprawnienia do uzyskiwania danych o obywatelach USA.

Artykuł donosił o nowym proponowanym zarządzeniu prezydenta, które zniosłoby niektóre restrykcje dotyczące szpiegowania i kontrwywiadu CIA w Stanach Zjednoczonych. Ktoś dostał w swoje ręce 16-stronicową proponowaną poprawkę zarządzenia, która została wstępnie opracowana w CIA i którą Inman przejrzał poprzedniego dnia. Uważał, iż projekt powstał w obawie, że CIA nie ma wystarczającej władzy. Według Inmana wejście w życie tych poprawek byłoby katastrofą.

W pierwszych dniach nowej administracji Casey kazał personelowi prawnemu CIA pracować nad nowym zarządzeniem prezydenta. To ten pierwszy projekt proponował zniesienie restrykcji na CIA, nałożonych przez Forda i Cartera. Projekt wykluczał rolę Departamentu Sprawiedliwości w przeglądaniu akt tajnych operacji, także, w domyśle, dałby CIA uprawnienia do przeprowadzanie tajnych operacji w Stanach Zjednoczonych, a zakaz inwigilacji elektronicznej i potajemnych wejść wewnątrz USA byłby także zniesiony. Inman wiedział od razu, że nie będzie to łatwe do zażegnania. Działacze na rzecz swobód obywatelskich przygotowywali się do ataku, a to da twardogłowym w administracji więcej powodów do tego, żeby nie ustępować.

Inman widział, jak wielkie sterty papieru rosły na biurku Caseya w sąsiednim gabinecie. Teraz, ku swemu strapieniu, dowiedział się, że to Casey zainicjował ten projekt zarządzenia prezydenta, to znaczy widział go i zatwierdził. Inman podejrzewał, że Casey nie przeczytał go albo przynajmniej go dobrze nie przemyślał. Dyrektor wyraził zaniepokojenie, że stare zarządzenie używało uwłaczających przymiotników, takich jak "ukryty" i "tajny" do opisania działalności agencji. Inman postanowił działać tak, jakby projekt posunął się za daleko w drugą stronę. Wiedział, że jeżeli coś takiego będzie kiedykolwiek zatwierdzone, to on będzie musiał odejść.

Tylko drastyczne środki, ogłoszenie publicznie stanowiska CIA, mogło zdusić propozycję projektu w zarodku. Casey był na Dalekim Wschodzie, a Inman pełnił obowiązki dyrektora. Nie radząc się nikogo, zaprosił prasę do Langley na konferencję prasową "na żywo".

Inman wystąpił w mundurze. Określił dokument jako "pierwszy projekt", który nie miał realnej wagi, były to jedynie pomysły.

- O ile wiem - powiedział - nie ma żadnej intencji posuwania się w tym kierunku.

W Białym Domu doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Alien był wściekły, jednak Meese, któremu Alien podlegał, zgadzał się z Inma-nem. Stwierdził, że administracja nie będzie angażowała CIA w szpie-

gostwo w kraju. Inman doszedł do wniosku, iż Meese jest dla niego ważnym sojusznikiem.

Po powrocie Casey złajał Inmana za to, że ten nie zadzwonił do niego w sprawie konferencji prasowej. Sądził, że Inman zbyt poważnie traktował niepokoje wytwarzane przez prasę na temat tego czy CIA będzie szpiegować Amerykanów.

- Nie pragnie zrobić niczego takiego; obcokrajowcy nie są dostatecznie szpiegowani.

17 marca 1981 r. Casey wygłosił z okazji dnia św. Patryka przemówienie na temat Irlandczyków, Boga, pasji i patriotyzmu. Oświadczył w nim: - Niektóre rzeczy są dobre, a niektóre złe, wiecznie dobre i wiecznie złe.

John Bross, który nadal pomagał Caseyowi, zapamiętał ten moment. Zdarzają się chwile, kiedy człowiek mówi to, co ma na myśli; chwile, kiedy mówi to, co ma na sercu i chwile rzadsze, kiedy mówi jedno i drugie. Bross wyczuł, że to była chwila szczerości Caseya. Ten mocny, twardy, nawet zimny Irlandczyk był pewien, że rozróżnia dobro od zła.

Kilka dni później Casey zaprosił do swojego gabinetu Pezzulla -który znowu był w Waszyngtonie - żeby porozmawiać o sandinistach. Pezzullo usłyszał właśnie, że pconoc USA dla sandinistów będzie całkowicie odcięta i był niezadowolony. Argumentował bez powodzenia w Departamencie Stanu, że Stany Zjednoczone ujawniają swoje karty, że zamykanie drzwi do negocjaqji może być katastrofalne. Casey chciał znać jego ocenę. Nikt nie znał lepiej sandinistów ani Ameryki Łacińskiej.

Kiedy Pezzullo przybył do siedziby CIA, powitali go John McMa-hon, nadal dyrektor ds. operacji, Nestor D. Sanchez, główny ekspert ds. Ameryki Łacińskiej i dyplomata w ambasadzie amerykańskiej w Managui (szef placówki CIA podlegającej Pezzullowi).

- Słuchaj - Sanchez przestrzegał Pezzulla - dyrektor Casey rzadko spędza więcej niż piętnaście mńiut na takich spotkaniach, więc przedstaw swoją sprawę prosto. On robi się niecierpliwy, niespokojny. Jeżeli będziesz mówił dłużej, to prawdopodobnie się zdrzemnie.

Casey zapytał, czy można robić interesy z sandinistami. Jacy oni są?

- Tak, reagują na nasze naciski - powiedział Pezzullo - ale są śliscy. Przywództwo sandinistów jest niestabilne, skłócone intrygami wewnętrznymi, które można wykorzystać.

- Gdyby był pan Castrem, kogo wspierałby pan w grupie rządzącej?

Pezzullo odpowiedział, że braci Ortega, mając na myśli Daniela Ortegę i jego brata, Humberto Ortegę, ministra obrony. Kubańczycy prawdopodobnie stawiają na Borge'a, zdaniem Pezzulla, człowieka skorumpowanego i niestabilnego. - Castro jest dobrze poinformowany i cokolwiek knuje, to się nie rozleci - dodał Pezzullo. Kubańczycy są wszędzie i są cholerną zawadą, ale są niezdarni. Borge niedawno skarżył się Pezzullowi na Kubańczyków i opowiadał o nich kawały. Jakiś członek sowieckiego Biura Politycznego przejeżdżał przez Managuę, a Borge gniewnie zaprotestował, że pomiatają nim jak jakimś podrzędnym partyjniakiem.

Casey zapytał, czego chcą sandiniści.

- Po pierwsze, chcą mieć związki ze Stanami Zjednoczonymi, dowodem jest to, co stało się z przepływem broni do Salwadoru.

- To zostało odcięte? - zapytał Casey.

- Dokładnie - powiedział Pezzullo. Nic nie przeszło przez Nikaraguę odkąd zamknięto główne lotnisko, z którego korzystali. Samoloty zostały zwolnione, a główna sieć pilotów kostarykańskich została rozwiązana.

McMahon, Sanchez i szef placówki zgodzili się. Było kilku uciekinierów, którzy to poparli oraz pilot kostarykański, który potwierdził wiele informacji na temat sieci zaopatrzenia. Wyjechał kubański koordynator sieci salwadorskiej. Jedynym zastrzeżeniem było to, iż dalej działała jedna sieć radiowa i zawsze istniała możliwość, że jakaś droga pozostała nie wykryta.

Ten sprzeciw zirytował Pezzulla. Dowodził, że mogli uporać się tylko z tym, o czym wiedzieli. A wszystkie raporty CIA wykazały, że nic nie porusza się na lądzie, w powietrzu czy na morzu.

Zgodzili się z tym wszyscy, łącznie z Caseyem.

- Ale - powiedział Pezzullo - nie chcę was nabierać. Sandiniści zawsze będą mieli serce i sympatię dla rebeliantów salwadorskich. Będą się z nimi zadawać, zapewniać im bezpieczne schronienie, opiekować się chorymi, pozwalać im na przejazd przez Nikaraguę na Kubę i z powrotem. Ale przy przepływie broni, jeśli będziemy nadal pokrywać im jej koszt, możemy ich powstrzymać.

- Ale ten kraj staje się gniazdem Sowietów, Kubańczyków - powiedział Casey. To było jego zmartwieniem.

- Powinniśmy zachować spokój - argumentował Pezzullo - przedstawić naszą sprawę i nie dać się powodować retoryce ani naszej, ani ich.

Casey zapytał, jak silna jest kontrola sandinistów.

Pezzullo powiedział, że się wykrusza, dodając ostrożnie, że nie jest to erozja rewolucji, ale raczej niektórych przywódców, szacunku dla nich, ich popularności.

- Robiłby pan straszny błąd, jeżeli myślałby pan, że rewolucja nie jest popularna; jest bardzo popularna i ci faceci okrywają się nią. Im bardziej atakuje się rewolucję, tym bardziej się ich umacnia.

Epoka Somozy była epoką upokorzenia i krytyka rewolucji, zwłaszcza ze strony Stanów Zjednoczonych, interpretowana jest jako poparcie dla przeszłości, dla Somozy. Sandiniści chcą się bronić przed wszelką kontrrewolucją. Są paranoidalni. Są żołnierzami, przez lata mieli za mało broni, wiec lubią czołgi i artylerię, to daje im poczucie bezpieczeństwa. Chcą skupić władzę. Kubańczycy przekonali ich, że to jest właściwa droga.

- Czy powinniśmy przewrócić tych facetów? - zapytał Casey. Czy Pezzullo zalecałby tajne działanie w celu obalenia sandinistów?

Pezzullo powiedział, że jeśli pójdą tą drogą - powtarzając to, co powiedział Haigowi - będą musieli włożyć w to więcej, niż by się wydawało. Sandiniści są najlepszymi żołnierzami w Ameryce środkowej.

Prawie po godzinie Casey dał znać, że usłyszał już dość.

Pezzullo wyszedł. McMahon wyraził zadowolenie - cieszył się, że Casey był tak bardzo zainteresowany. McMahon nie był zwolennikiem tajnej operacji tego rodzaju. Niektóre argumenty Pezzulla były tymi samymi, które on przedstawiał.

Pezzullo uważał, że Casey jest świetnym słuchaczem i że był całkiem rozsądny. Wiedział jednak, że surowa informacja wywiadowcza na papierze mogła stworzyć nieprawdziwy obraz. Casey był ewidentnie zaniepokojony Kubańczykami w Nikaragui i to oczywiście oznaczało, że CIA, NSA i wojskowe służby wywiadowcze zostały formalnie poinstruowane, by pozyskiwać możliwie jak najwięcej informacji na ten temat. Dyspozycje wywiadowcze często doprowadzały do tego, że analitycy przedstawiali najgorszy obraz. Tych pięciuset Ku-bańczyków wyglądało na ogromną liczbę. Po Iranie nikt nie chciał następnej katastrofy, liczby jednak nie świadczyły o efektywności. Zdaniem Pezzulla obecność Kubańczyków była głęboko podminowana stosunkiem przywódców nikaraguańskich - Borge nawet się śmiał. Ale śmiech nie był interesującym tematem dla wywiadu, chociaż Pezzullo uważał, że czasem powinien być.

Pezzullo powrócił do Managui, a zawieszenie pomocy USA zostało ogłoszone przez Departament Stanu w Waszyngtonie. Departament Stanu wyraził aprobatę odcięcia dopływu broni do Salwadoru przez

Nikaraguę i stwierdził, że nie ma niezbitych dowodów na przewóz uzbrojenia przez Nikaraguę w ostatnich kilku tygodniach. Zawieszenie pomocy spowodowało jednak lawinę wrogości wobec USA. Gazeta sandinistów nazwała tę decyzję: jankeską agresją gospodarczą; a ich telewizja stwierdziła, że ostatecznym celem podżegaczy wojennych jest wykończenie władzy ludowej.

Pezzullo był pewien, że administracja odebrała sobie cały użyteczny wpływ, prawie anulując swoją rację bytu. Ambasador nie miał teraz żadnych kart w ręku.

Po dwóch miesiącach i dziesięciu dniach urzędowania jako prezydent, Reagan został postrzelony przez Johna W. Hinckleya Jr. Kulę, która utknęła około 2,5 cm od serca, usunięto podczas operacji.

- Kochanie, zapomniałem się schylić - powiedział do Nancy, a do swoich lekarzy mówił: - Powiedzcie mi, że jesteście republikanami.

Ten jego pokaz odwagi i optymizmu zdobył ogólną aprobatę. Kiedy Reagan po dwutygodniowym pobycie opuścił szpital, 11 kwietnia zezwolono kamerom na zbliżenie, aby zarejestrowały prawie cudowne wyzdrowienie 70-letniego prezydenta. Chociaż nieco szczuplejszy na twarzy, wyszedł w dobrej formie, w czerwonym zapinanym swetrze. On i Nancy obejmowali się jedną ręką, trzymając wolne ręce wysoko w górze, zupełnie tak, jak tamtego wieczoru, gdy Reagan przyjął republikańską nominację na prezydenta. Słynny uśmiech był nienaruszony, prezydentura też.

Najbliżsi doradcy Reagana prędko się dowiedzieli, że była to gra. Następnego ranka prezydent przekuśtykał ze swojej sypialni do sąsiedniego pokoju w rezydencji na górze. Wyszedł powoli, idąc niepewnym krokiem starego człowieka, był blady i zdezorientowany. Ci, którzy go widzieli, byli wystraszeni. Reagan podszedł, utykając, do krzesła w Żółtym Pokoju Owalnym i upadł, gdy chciał usiąść.

Wypowiedział kilka słów ochrypłym szeptem i musiał przestać, żeby złapać oddech. Wyglądał na zagubionego. Przerwa nie wystarczyła i sięgnął po inhalator z tlenem - duże, maskowate urządzenie obok krzesła. Gdy wchłaniał tlen, w pokoju rozlegał się rzężący dźwięk.

Reagan był w stanie skupić się tylko na kilka minut, po czym gasł psychicznie i fizycznie, jego zranione płuco uzależnione było od inhalatora. Wciągu następnych dni-był w stanie pracować albo skupiać uwagę tylko na godzinę dziennie.

Meese, Baker, Deaver i kilku innych, którym zezwolono na dostęp do prezydenta, byli poważnie zaniepokojeni. To miał być początek urzę-

dowania, a chwilami wydawało się, że jest to koniec Reagana, koniec tego Reagana, którego znali. Czasem był zmożony bólem i wydawał się ciągle odczuwać dyskomfort, jego rześki dawniej uspokajający głos brzmiał jak trwale uszkodzony, słowa szorstkie i niepewne. Jego doradcy zaczęli rozważać możliwość, że może to przejść w coś podobnego do kadencji Woodrow Wilsona u jej końca - prezydenturę z dozorem, a oni będą sprowadzeni, czy też wyniesieni, do rangi zespołu "pań Wilson".

Wszyscy starsi doradcy zdecydowali się, chronić tę straszną tajemnicę i swoją własną niepewność, przynajmniej do czasu, kiedy prognoza będzie lepsza. Takim jak Casey, z obowiązkami w zakresie wywiadu bądź egzekwowania prawa, przypominano o słabości prezydentury, o konieczności powzięcia wszelkich dodatkowych kroków w celu ochrony kraju i jego instytucji. Niepewność sytuacji w świecie była oczywista. Wyczuwano, że zostało zranione coś więcej niż prezydent.

W dniu postrzelenia, 30 marca 1981 roku, wiele rzeczy zbzikowało, ujawniając słabe punkty zarówno ludzi, jak i systemów. Rzecznik Lar-ry Speakes, zapytany w telewizji: - Kto teraz prowadzi rząd? - strzelił gafę: - Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie w tej chwili.

Haig, obserwując to w Pokoju Sytuacyjnym, wymaszerował przed kamery i źle odczytał konstytucję, stawiając siebie po wiceprezydencie, którego nie było w Waszyngtonie. - Teraz ja sprawuję rządy tutaj, w Białym Domu.

Doradca wojskowy prezydenta - oficer ds. nagłych rozkazów wojennych - który posiadał kody i rozkazy, by użyć broni jądrowej, zaangażował się w przegraną z góry walkę z FBI. Przy konfiskacie rzeczy i ubrań Reagana jako ewentualnych dowodów, FBI zabrało osobistą kartę kodową prezydenta, którą nosił w portfelu. Karta ta zawierała kod, którym można posłużyć się do uwierzytelnienia rozkazów uderzenia jądrowego w nagłych wypadkach, gdyby prezydent musiał korzystać z niezabezpieczonych linii telefonicznych, aby porozumieć się z wojskiem. Urzędnicy twierdzili, że nie utracili w żadnym stopniu kontroli nad siłami jądrowymi USA, ale to zamieszanie ukazywało słabość w zarządzaniu bronią atomową.

Teraz stan prezydenta uwydatnił uczucie dezorientacji na poziomie wykonawczym. Z wolna głos Reagana powrócił i były momenty, które sugerowały, że jest na drodze do zdrowia. Pomogło dziesięć dni odpoczynku w rezydencji w Białym Domu. 21 kwietnia 1981 r. przemówił w pogadance radiowej, promując swoje plany cięć w wydatkach i podatkach. Następnego dnia udzielił wywiadu starszym reporterom

radiowym i wydawało się, że jest w dobrej formie. Jednak szybko się męczył i jego doradcy nadal się martwili.

W sobotę, 25 kwietnia, Reaganowie wyjechali na weekend do Camp David w stanie Maryland. Wiosenne dni w górskim ustroniu podziałały cudownie i kiedy prezydent powrócił do Waszyngtonu, był w dobrej kondycji. Jednak wszyscy, którzy widzieli lub wiedzieli, byli podenerwowani. Od wewnątrz, prezydentura Reagana nigdy nie będzie ta sama. To poczucie niebezpieczeństwa, tego, że ktokolwiek lub cokolwiek może uderzyć - terroryści, szybki ruch ze strony Sowietów, czy innych przeciwników-stało się permanentną, zakorzenioną zasadą polityki administracji.

Najgłębiej odczuwano to w biurze DCI.

Casey zdał sobie natychmiast sprawę, że nieoczekiwaną częścią jego pracy jest ochrona prezydenta. Gdy tylko przychodził raport wywiadowczy o jakimś spisku przeciwko prezydentowi - nawet dziwacznym i nieprawdopodobnym - Casey prowadził dalsze dochodzenie. Ludzie od operacji i analitycy często mówili, że takich sprawozdań nie można brać poważnie i że ogólnie nie oznaczały one nic więcej niż to, że dwóch facetów w barze w Tanzanii mówiło, że chcieliby zastrzelić Reagana.

- Chcę, żeby zajął się tym zespół - rozkazywał Casey po każdym raporcie.

Casey kazał dokładnie sprawdzić akta CIA na temat Johna Hinc-kleya. Prawie dwadzieścia lat po zamachu na Kennedy"ego nadal bez odpowiedzi pozostawały pytania o związki między Lee Harveyem Oswaldem a KGB. Casey tym razem chciał się upewnić. Nic jednak nie było. Sprawdził ponownie, zrobił prawie wszystko, oprócz zejścia do archiwum samemu. Ale ta próba zamachu sprawiła, że Casey bardziej przejął się pracami nad specjalną oceną Sowietów i terroryzmu. Chciał, by śledztwo CIA poruszyło niebo i ziemię.

Casey był pod wrażeniem artykułu z pierwszej strony New York Times Magazine z l marca pod tytułem Terroryzm: śledząc sieć międzynarodową, pióra Claire Sterling. Adaptacja z Sieci terroru, książki, która wywarła takie wrażenie na Haigu, zaczynała się od cytatu ze słynnego z nagłówków w prasie stwierdzenia Haiga o udziale Sowietów w międzynarodowym terroryzmie.

Sterling zauważyła ponuro, że nawet eksperci z CIA mówili dziennikarzom, iż zarzut Haiga nie jest niczym więcej, jak tylko refrenem starego weterana zimnej wojny i że nie ma niezbitych dowodów. Caseya uderzył końcowy wniosek Sterling: Istnieje mnóstwo

dowodów na to, że w ciągu ostatniego dziesięciolecia Związek Radziecki i jego zastępcy dostarczali broń, zapewniali szkolenie i schronienie dla światowej sieci terroru, której celem była destabilizacja zachodniego społeczeństwa demokratycznego. Przedstawiła "partyzancką międzynarodówkę" - Kubańczyków, instruktorów z KGB, Palestyńczyków i Czerwone Brygady połączonych w swoich działaniach konspiracyjnych, odbywających konwencje i zebrania w różnych terrorystycznych obozach szkoleniowych.

Casey poprosił Johna Brossa, żeby zajął się tym tematem. Powiedział, że wygląda na to, że Sterling znała nazwiska, daty i miejsca pobytu tych, którzy planowali i dokonywali morderstw i zamachów bombowych. Jej trzy analizy przypadków to byli terroryści tureccy, IRA w Irlandii Północnej i włoskie Czerwone Brygady. Każda z analiz przytaczała bezpośrednie związki z KGB.

- Jej artykuł sugeruje, że prasa wyprzedza CIA - powiedział Casey. Chciał, żeby eksperci dostarczyli wyjaśnienia. Sprowadzono do współpracy głównych analityków i ludzi od operacji.

Papiery fruwały po pokoju, gdy eksperci z Langley podkreślali części 9-stronicowego artykułu, starając się skorelować to, co było w aktach CIA i przejrzeć metodę Sterling. Ta napisała, że wyłonił się rodzaj podyplomowej szkoły terroryzmu międzynarodowego w Jemenie Południowym. Na tym terenie wśród zagranicznych gości byli podobno członkowie różnych ugrupowań terrorystycznych, łącznie z Czerwonymi Brygadami. Ponieważ Jemen Południowy jest sowieckim państwem satelitarnym, ściśle kontrolowanym przez KGB, podtekst był oczywisty: Czerwone Brygady są sowieckimi zastępcami.

Personel zdołał znaleźć we wszystkich aktach CIA tylko jeden przypadek, kiedy członek Czerwonych Brygad udał się do obozu w Jemenie Południowym. Ale ton i zasięg reportażu Sterling dowodził, że Czerwone Brygady miały jakieś "związki" z KGB. Kiedy? Gdzie? Jak? Wizyta jednego członka Czerwonych Brygad była znamienna, ale nie na wielką skalę. Dla celów poważnych związków wywiadowczych wynik wynosił zero. Dowód niewiele ważniejszy niż dwóch gangsterów mijających się na ulicy albo będących w tym samym barze. Pozostawały nadal pytania: Co robili? Co mówili? Co planowali?

Specjaliści od tajnych operacji przekonywali, że metoda Sterling jest niedorzeczna. Jej wniosek wypływał z błędnego rozumowania, rodzaju McCarthystowskiego "łączenia". Turcja, Irlandia Północna i Włochy w jej analizach stały się, przez jakiś skok logiki, "państwami -celami" Sowietów. W każdej części KGB wymieniono jeden raz.

Tymczasem oficer krajowego wywiadu ds. Związku Radzieckiego (wysokiej rangi analityk ZSRR w amerykańskich agencjach wywiadowczych) zakończył przesiewanie dostępnej informacji wywiadowczej do specjalnej oceny na temat sowieckiego zaangażowania w terroryzm. Zajął twarde stanowisko przeciw Sterling. Casey był zaskoczony. W zasadzie oczyszczało to Sowietów z zarzutu zaangażowania w międzynarodowy terroryzm, twierdząc, że jest niewiele dowodów na to, że go popierają.

- Przeczytaj książkę Claire Sterling - powiedział Casey - i zapomnij o tych bzdurach. Zapłaciłem za nią prawie czternaście dolarów i więcej mi dała ta lektura niż wy durnie, którym płacę 50 tysięcy dolarów rocznie - dodał cierpko.

- Ręka Sowietów - powiedział - nie ukaże się bezpośrednio z dowodami, które można by przedstawić w sądzie.

W oparciu o deklaracje intencji Sowietów, chęć pracy z terrorystami i świadomość, że terroryzm zamroczył Zachód, Casey uważał, że logiczne byłoby, żeby Sowieci promowali terroryzm.

- To bzdura - powiedział - uważać, że dowód będzie przyniesiony na tacy. Musicie sformułować osąd.

Inman zgodził się. Uważał, że projekt agencji jest zupełnie nie na miejscu. - To się czyta jak rozkaz dla obrony - powiedział.

Casey dostał także list od szefa DIA, generała Tighe'a, narzekający na projekt. Tighe niemal święcie wierzył, że Sowieci są zaangażowani w terroryzm, nawet jeśli nie można było tego udowodnić. Sowieci głośno utrzymywali, że nie są zaangażowani. Dla Tighe'a to był wystarczający powód, żeby uznać przeciwnie. Po drugie - powiedział Tighe - istnieje poważny problem kontrwywiadu: dlaczego wierzyć źródłom, które twierdzą, że Sowieci nie są zaangażowani? Czy te źródła nie mają powodu do zdystansowania się od Sowietów?

Caseyowi podobała się twardość Tighe'a. To nie był sąd i nie było powodu, żeby uznać Sowietów za niewinnych. Casey poprosił generała, żeby DIA opracowało własny projekt. Tighe, zaangażował twar-dogłowego analityka z DLA. Jak było do przewidzenia, z DIA wkrótce wyszedł projekt, który popadał w drugą skrajność.

Casey miał sytuację patową - dwa projekty, które sobie przeczyły: projekt CIA, który uznał, że. Sowieci nie są zaangażowani i projekt z DLA, który uznawał ich za winnych.

Kilka tygodni później Casey otrzymał notę od Lincolna Gordona, byłego rektora uniwersytetu Johns Hopkins. Był on jednym z członków grupy przeglądowej w CIA, której zadaniem było wprowadzanie przeglądów akademickich, a nie wywiadowczych do formalnych ocen.

Gordon napisał: Projekt CIA ma niesłychanie wąską definicję terroryzmu, zajmując się wyłącznie "czystymi" terrorystami takimi jak gang Baader-Meinhofw Niemczech, Czerwonymi Brygadami we Włoszech, czy Frakcją Czerwonej Armii w Japonii. Ugrupowania te są zainteresowane przemocą dla niej samej - są nihilistami. Próba zdefiniowania terroryzmu poprzez jego motywację nie wystarczy; w sensie praktycznym terroryzm musi być definiowany czynami. Bomba wybuchająca w paryskim bistro jest problemem wywiadowczym bez wzglądu na to czy dokonali tego nihiliści, czy było to częścią wewnętrznej walki pomiędzy frakcjami OWP; bez względu na to czy dokonano tego w celach propagandowych, czy politycznych. Z drugiej strony - twierdził Gordon -projekt CIA utrzymuje, że wszelkie gwałtowne działanie przeciw ustalonej władzy jest formą terroryzmu. To uczyniłoby terrorystami Jerzego Waszyngtona i Roberta E. Lee.

Casey kazał Gordonowi podjąć się wykonania własnego projektu oceny terroryzmu sowieckiego. Gordon zebrał i przesiał całą "surową" informację wywiadowczą. Główna jej część była z NSA, łącznie z rozmowami przechwyconymi na otwartych, nie zabezpieczonych łączach radiowych lub telefonicznych oraz pochodzącymi ze złamanych szyfrów. Informacja z przekazów szyfrowych opatrzona była kryptonimem UMBRA i należała do najbardziej delikatnych. Techniczna informacja wywiadowcza, łącznie ze zdjęciami satelitarnymi, nie była zbyt pożyteczna. Ponadto Gordon stwierdził, że informacja osobowa jest uboga i trudno ocenić wiarygodność informatorów, z których wielu było opłaconych. Opracował zasadę: jeżeli drugie, a najlepiej trzecie źródło nie potwierdziło czegoś, to nie dawano temu wiary. W wielu wypadkach jeden informator lub źródło twierdziło coś, co nie miało podstawy.

13 maja 1981 papież Jan Paweł II został postrzelony na Placu Św. Piotra w Rzymie. Casey, katolik, był oburzony, że ktoś mógłby próbować pozbawić życia Ojca Świętego. Od 1978 roku, kiedy kardynał Karol Wojtyła został wybrany, nikt nie stał się większym symbolem słusznego antykomunizmu niż on, Papież zza Żelaznej Kurtyny. Według wielu opinii, duch Jana Pawła II zasiał to, co doprowadziło do założenia związku zawodowego Solidarność w sierpniu 1980 roku.

Następnego ranka Casey zebrał Krajową Radę ds. Wywiadu Za Granicą w jej siedzibie na F. Street w centrum Waszyngtonu, obok Białego Domu. Tematem była nie załatwiona sprawa oceny Sowietów i terroryzmu. Próby zamachów na prezydenta i na Papieża w obrębie sześciu tygodni zwiększyły świadomość terroryzmu. Co się dzieje? Nie

było dowodów sugerujących, iż te dwa zdarzenia są powiązane, że Sowieci pełnili jakąś rolę w którymkolwiek z nich. Ale coś było nie tak i chciał się upewnić, iż wywiad uwzględnia wszystkie możliwości. Każdy trop czy możliwe powiązanie musiało być śledzone, a on chciał być informowany natychmiast.

Casey chciał wiedzieć czy Sowieci coś knują. Jeżeli tak, to ludzie odpowiedzialni za politykę przy innym stole - tym w Białym Domu, gdzie Casey także zasiadał - będą mieli o wiele większy problem.

Rozprowadzono egzemplarze nowego projektu Lincolna Gordona, liczącego około dwudziestu kopii i zaproszono autora do przedstawienia go przed Radą.

Gordon powiedział, że jego projekt ŚNIE (Special National Intelligence Estimate - Specjalna Ocena Krajowego Wywiadu) doszedł do czegoś pomiędzy dwoma skrajnościami z CIA i DIA. Częścią problemu było odmienne definiowanie terroryzmu. Jasne, że Sowieci wspierają wojny wyzwoleńcze w Trzecim Świecie przeciw ugruntowanym reżimom autokratycznym lub innym przyjaznym Zachodowi. Chęć Sowietów dostarczania pieniędzy na broń, szkolenia... innymi słowy popierania wyzwolenia, oznacza, że będzie przemoc i terroryzm. Z pewnością byłoby mniej terroryzmu, gdyby supermocarstwo sowieckie nie eksportowało rewolucji za granicę. Ale - powiedział - informacja wywiadowcza nie daje żadnych dowodów na to, że Sowieci grają na wielkich organach terroryzmu. Istniały przypadki, gdzie nie pochwalali terroryzmu. Ambasador amerykański w Nepalu został ostrzeżony przez Rosjan o spisku porwania knutym przez czterech Arabów. Bułgarzy pozwolili policji za-chodnioniemieckiej aresztować członka gangu Baader-Meinhof w 1978 roku. W zależności od potrzeb Sowieci ustalali, iż udaremnianie terroryzmu sprzyja ich celom, a czasami, że terroryzm je promuje. Ich pomoc, zwłaszcza poprzez kraje satelickie, takie jak NRD czy Bułgaria, także przyczynia się, przynajmniej pośrednio, do eskalacji terroryzmu, ponieważ te kraje wspierają skrajne ugrupowania takie jak OWP.

- Jednakże - powiedział Gordon - Sowieci nie wykorzystują terroryzmu jako głównego narzędzia do destabilizacji Trzeciego Świata i krajów zachodnich.

Gordon uważał, że jasno i definitywnie można odeprzeć zarzuty Ha-iga i tezy Sterling. Po prostu nie było dowodów.

Tighe nie był zadowolony. Przyszedł ze stertą telegramów, które -jak mówił - wplątywały Sowietów w dziesięciu lub dwunastu przypadkach terroryzmu, jakie umknęły Gordonowi, niektóre z nich całkiem niedawne.

Gordon czuł, że zarzuca mu się przeoczenie dowodów. Wywiązała się zażarta dyskusja, kiedy grupa starała się ustalić znaczenie różnych skrawków informacji wywiadowczej.

- Nie wiem czy to ma wpływ na końcowe wnioski - powiedział w końcu Casey - ale odeślijmy to. Projekt oceny Gordona nie został zatwierdzony, nie będzie opublikowany; będzie go trzeba przepisać.

Cztery dni później, 18 maja, Gordon zwołał grupy robocze z każdej agencji i drobiazgowo przestudiowali wszystkie wzmianki, które wygrzebała DIA. Wszystkie, za wyjątkiem dwóch czy trzech - zostały wcześniej przejrzane i odrzucone z braku drugiego źródła. Po targach, zmieniono niektóre słowa, ale nie wnioski.

27 maja 1981 r., tajna ocena została wydana dla Departamentów i Białego Domu. Stwierdzono, że Sowieci nie kryją się za międzynarodowym terroryzmem. Zgodnie z zamierzeniami tego typu ocen, na końcu wyszczególniono wnioski mające wpływ na potrzeby wywiadu w przyszłości. Wniosek: wywiad osobowy musi być wzmocniony i trzeba znaleźć jakiś sposób spenetrowania organizacji terrorystycznych, w celu uzyskania terminowej informacji na temat planowanych działań.

Gordon uważał, iż Casey nie ma uprzedzeń w tej sprawie i nie pozwolił swojej ideologii wpłynąć na wnioski. Jednocześnie jasne było, że Casey nie zdenerwowałby się, gdyby znaleźli więcej sowieckich śladów

na mapie terroryzmu.

Gordon jeszcze coś znalazł. Okazało się, że część artykułu Claire Sterling pochodziła z włoskiego artykułu prasowego na temat Czerwonych Brygad. Artykuł ten był częścią starej operacji propagandowej CIA na małą skalę. Sterling korzystała z niego podczas pracy badawczej. Rozprowadzanie informacji lub jej powtórzenie w samych Stanach Zjednoczonych, nazywane "podmuchem zwrotnym", było jednym z koszmarów zarówno dla CIA, jak i dla dziennikarzy, zwłaszcza kiedy przyciągało powszechną uwagę lub było przedmiotem sporu.

Gordon uznał ten porządek za szczególnie znamienny: od propagandy CIA do odbitek szczotkowych książki Sterling, od czytania tych odbitek przez Haiga do konferencji prasowej Haiga; potem jego uwagi podchwycone przez Sterling w artykule w New York Times, a potem w końcu w książce Sterling. Chociaż Gordon uważał, że CIA wreszcie przebiła się przez to wszystko i doszła do zasadniczo przemyślanej pozycji, to ocena ta została zaklasyfikowana jako tajna. Jej wnioski nie zostały podane do publicznej wiadomości. Dla amerykańskiej społeczności, Sowieci byli nadal publicznie napiętnowani przez sekretarza stanu jako czynnie wspierający terroryzm i ta wzmianka nigdy nie została sprostowana.

Gordon zastanawiał się, co Sowieci myśleli o tym wszystkim. Jaka dodatkowa erozja zaistniała w stosunkach? Jaki będą mieli stosunek do innych oświadczeń Stanów Zjednoczonych? Czy wojna na słowa pomiędzy dwoma supermocarstwami miała wielkie znaczenie? Czy było to za cenę wiarygodności? A jeśli, to jaką?

ROZDZIAŁ 6

Casey wyjechał z Waszyngtonu na objazd placówek CIA na Bliskim Wschodzie. Poprosił szefa placówki CIA w Arabii Saudyjskiej o załatwienie ochrony, by mógł pójść tam na mszę katolicką w Niedzielę Wielkanocną. Saudyjskie służby wywiadowcze zapewniły ochronę. Oto właśnie służba wywiadowcza gotowa zrobić właściwie wszystko, wyłożyć ogromne ilości pieniędzy na wywiad i operacje. W Izraelu na Case-yu ogromne wrażenie zrobił Mossad, który miał dobre wyniki w wywiadzie. W całym regionie widział, jak bardzo polegano na źródłach . osobowych. Solidne źródło osobowe było wielką korzyścią, 24-godzin-ną strażą, która zdąży dostarczyć wczesne ostrzeżenia. Służby wywiadowcze posługujące się takimi źródłami, nie musiały włączać się dokładnie w prawidłową częstotliwość czy kanał w odpowiedniej chwili; liczyć na to, że satelita będzie we właściwym miejscu. Źródło osobowe może także dostarczyć ocenę informacji.

Po powrocie do Waszyngtonu Casey postanowił skoncentrować się na wybraniu swojego DDO (Deputy Director of Operations - zastępca dyrektora ds. operacji) - człowieka, który będzie prowadził szpiegów. Odkrył coś jakby zbyt ogładzonego w ludziach, którzy już byli w dyrekcji ds. operacji. Za dużo HYP - Harvard, Yale, Princeton. Ubrania były zbyt świetne, maniery zbyt wyrafinowane, a rozmowa - nie wystarczająco dobrze określona. Nie było tam prostej "ulicy". Z pewnością byli dobrymi i pełnymi poświęcenia ludźmi, ale za często byli eliptyczni. Nie mieli wystarczającej "ikry".

Wyglądało na to, że żaden z nich nie posiada wszechstronnego, światowego doświadczenia, które miało pokolenie Caseya; zrozumienia epoki powojennej oraz biznesu.

Casey nie miał jeszcze konkretów, Max Hugel powiedział mu, że chce więcej ruchu niż mógł żądać zastępca dyrektora ds. administracji. Posunął się tak daleko, że zasugerował, iż ma poparcie, by trafić na

stanowisko zastępcy dyrektora ds. operacji. Hugel twierdził, że mógłby się bardzo przydać.

Casey powiedział, że zdecyduje niedługo. Wspomniał o tym Johno-

wi Brossowi.

Bross twardo się sprzeciwił. Był kiedyś częścią dyrekcji operacji. - Wierz mi - powiedział Caseyowi - to jest podziemie. Nikt z zewnątrz nie może w pełni poznać dyrekcji, a co dopiero ją prowadzić.

Bross chciał, żeby Casey poznał poglądy Dicka Helmsa. Helms zgodził się przyjść, chciał osobiście przekazać swoją opinię Caseyowi. Casey wierzył, iż Hugel będzie w tym dobry. Hugel nauczył się japońskiego i prowadził duże interesy w Japonii. Sprowadzał japońskie maszyny do pisania i szycia. Dobrze poznał tamtejszą kulturę.

- Niech najpierw wejdzie jako członek zespołu - argumentował Helms. Stanowisko zastępcy dyrektora ds. administracji było ważne. Może zostawić go tam na dwa lata, a potem awansować na zastępcę dyrektora ds. operacji? Po co ten pośpiech? Helms przypomniał Caseyowi, że w przeszłości zastępcy przychodzili albo z dyrekcji, albo - tak jak McMahon - mieli trzydziestoletni staż w CIA. Casey powinien martwić się o bezpieczeństwo, twierdził Helms, a Hugel był wart zaufania, ale nie miał zaplecza. Bezpieczeństwo: milczenie jest drugą naturą dla weterana operacji, jest pierwszym przykazaniem. Wszystkie te tajemnice w rękach neofity?

Casey podziękował Helmsowi, który wyszedł myśląc, że Casey dojrzał jego niezbitą logikę.

Rankiem 11 maja 1981 r., Casey powiedział Johnowi Brossowi, że nadal rozważa Hugela na to stanowisko. Bross dalej był przeciwny, ale wyczuł, że to była sprawa, przy której Casey się uprze. Dalsze naleganie byłoby podważaniem jego autorytetu. Casey wykorzystywał swój

przywilej.

Później tego samego dnia, na spotkaniu ze starszymi zastępcami i sztabem, Casey, bez zapowiedzi, pstrykając palcami i zbywając problem machnięciem ręki, powiedział, że Hugel mianowany jest na stanowisko nowego zastępcy.

W sali konferencyjnej było około czternastu osób. Normalnie nie było żadnego sposobu odczytania czyichkolwiek myśli na takim otwartym zebraniu. Tym razem jednak cisza była oszołamiająca, można byłoby usłyszeć burczenie w żołądku. Ludzie z CIA ledwo przystosowali się do Hugela jako zastępcy dyrektora ds. administracji.

Nie padło ani jedno słowo. Co można było powiedzieć? A Casey nie zachęcił do komentarzy i przeszedł do następnego tematu.

Już krążyły dowcipy na temat Hugela i Caseya. Po zebraniu, po całym Langley rozeszła się wieść, że Casey mianował sprzedawcę maszyn do pisania zastępcą dyrektora ds. operacji.

W drugim dniu pracy na nowym stanowisku Hugel zebrał starszych asystentów w DDO. Wypisał swoje główne punkty. Zobowiązywał się pracować dla dyrekcji, budować ją i wspierać. Powiedział im, iż są zbyt nisko opłacani i że coś się zrobi, żeby to naprawić, przypominając, iż wielu ich kolegów odeszło, bo nie stać ich było na posłanie dzieci do drogich szkół.

Doświadczeni wyjadacze wiedzieli, że była to pusta obietnica. Płace rządowe są ustalone "na mur" przez Kongres i niewiele można na to poradzić, a zwłaszcza nie poradzi na to zastępca w agencji.

Hugel powiedział, że ludzie powinni awansować tylko na podstawie kwalifikacji oraz że młodym należy dać szansę. Potrzebują więcej szkoleń językowych, lepszego wywiadu osobowego, bardziej skutecznego kontrwywiadu.

Gdy skończył, nie było reakcji. Obojętność. Hugel powiódł wzrokiem po sali. Ci wszyscy ludzie zostali wyszkoleni, aby ukrywać swoje odczucia i swoje zamiary. Żadna twarz niczego nie zdradziła. Hugel zastanawiał się czy powiedział coś niewłaściwego. Ale dla tych ludzi brak wyrazu był sztuką.

Hugel sprostał wyzwaniu dzięki swej pracowitości. Dostał kryptonim, zabezpieczony telefon, samochód, kierowcę i domowy sejf do przechowywania tajnych dokumentów. Gdy rzucał okiem na raporty tajnych agentów i szkice niektórych operacji, wiedział, że wiele tajnej informacji pochodziło od ludzi, którzy zdradzali swoje kraje. Był niespokojny. Czemu ci ludzie się sprzedali? Czy ich informacja była rzetelna?

Hugel złożył krótką, grzecznościową wizytę senatorowi Goldwate-rcwi. Przewodniczący Senackiej Komisji ds. Wywiadu był punktem, który należało zaliczyć. Kiedy Hugel wszedł, stało się oczywiste, że Goldwater nie ma pojęcia, kim on jest. Goldwater siedział, nie zadawał żadnych pytań, nic nie mówił.

Hugel wyszedł z poczuciem lodowatego chłodu. Dział CIA ds. łączności z Kongresem nie poczynił żadnych wcześniejszych przygotowań. Nie ułatwiono mu drogi.

15 maja 1981 r. Hugel wziął do ręki The Washington Star, który publikował felietony pióra Corda Meyera. Meyer był w CIA dwadzieścia sześć lat, namiętny antykomunista, absolwent Yale, stracił oko w walkach w drugiej wojnie światowej. Był ucieleśnieniem zimnego wojownika z Ivy League. Klasa, konserwa, chody. Doszedł do pozycji nr 2

5 - VEIL - Tajne wojny CIA

w dyrekcJi ds. operacji zanim odszedł z agencji w 1977 roku. Jako felietonista The Star był odbiciem sposobu myślenia weteranów, z którymi kontakt utrzymywał codziennie przez telefony i zaproszenia na lunch; emerytów, którzy zdawać by się mogło nigdy nie wyjeżdżali z miasta. Huge^ przeczytał nagłówek felietonu Meyera ze zdumieniem - Casey wybiera amatora na najbardziej drażliwe stanowisko w CIA.... Casey odrzucił jednogłośne rady starych asów wywiadu - czytał Hugel o własny111 mianowaniu na zastępcę dyrektora. Felietonista Steward Alsop napisał kiedyś, że stanowisko to jest "najtrudniejsze i najniebezpieczniejsze po stanowisku prezydenta".

Alien Duties, Richard Helms i William Colby wszyscy piastowali to stonou^s&° zanim zostali dyrektorami CIA, ale oni zasłużyli na ten awans długoletnim stażem przy zadaniach wywiadowczych. Szefowie KGB w Moskwie uznają to za niewiarygodne. . . Meyer zauważył, że jedynym przypadkiem, kiedy dyrektor CIA mianował swojego DDO z zewnątrz, było mianowanie Richarda Bis-sella świetnego ekonomisty, który jako zastępca dyrektora ds, operacji został twórcą Zatoki Świń. Mianowanie Hugela - pisał - jest niesly-chanie ryzykownym krokiem, za który kraj słono zapłaci, jeżeli Casey

się pomylił.

gel był głęboko urażony. Meyer nie przyszedł, żeby usłyszeć jego

wersję-

Następnego dnia Hugel rzucił okiem na The Washington Post. Wy-

jęto sztyfty na nowego "mistrza szpiegów" w CIA - głosił nagłówek na pierwSzeJ stronie. Starzy weterani wychodzili z ukrycia. Zacytowano George>a A. Carvera: To tak, jakby powierzyć stanowisko szefa operacji MQ'rynarki Wojennej facetowi, który nigdy nie był na morzu... To tak, jdkby dać zwierzchnictwo oddziału kardiologicznego dużego szpitala facetowi, który nie jest lekarzem.

Cytowano Casey a, jak bronił Hugela mówiąc, że krytyka pochodziła Od paru facetów, którzy myślą, że można ten biznes poznać dopiero wtedy, gdy się tu jest od dwudziestu pięciu lat.

Komentarz redakcyjny w New York Times był przeciwny mianowaniu Hu§ela P°d szelmowskim nagłówkiem: Towarzystwo, w jakim obra-

ca się Pan Casey.

Casey i Hugel przedyskutowali sprawę i zgodzili się, że sprawy idą względnie nieźle. Stawiali wyzwanie i to się nie podobało. Casey prędko wysłał do Times a list, który opublikowany został 24 maja 1981 r., a w którym chwalił energię, jasność umysłu, zdolności i doświadczenie Hugela.

Czytając te artykuły w domu, Stan Turner rozumiał atak starej gwardii. Ale odżyły własne, nieprzyjemne wspomnienia. Turner czuł powinowactwo z Caseyem. Jako gest wsparcia napisał list do Post, opublikowany 25 maja 1981 r.:

Pan Casey jest ostatecznie odpowiedzialny za dobre działanie dyrekcji. Jest uprawniony do wybierania własnego zespołu i powinien być oceniany na podstawie wyników, a nie mianowania.

Podobnie byłem krytykowany w 1977 roku, kiedy dokonałem zmian i redukcji w dyrekcji operacji. Okazały się one być wybitnie trafne. Dajmy dyrektorowi Caseyowi szansę bez przedwczesnego ciężaru krytyki.

W Białym Domu Meese, Baker i Deaver byli zaniepokojeni z powodu uwagi skupionej na Hugelu. Delikatna praca wywiadowcza była w toku i jeśli Hugel był pomyłką Caseya, to Reagan mógł mieć problemy. Ich instynkty ochronne były bardzo wyczulone. Zawsze byli sceptyczni, co do wartości pracy Caseya i Hugela w czasie kampanii prezydenckiej, ale czy klowni mogą prowadzić CIA.

Casey napisał do Reagana prywatny list, w którym dowodził, że Hugel posiada cenne umiejętności biznesowe, dając do zrozumienia, że wysiłki Hugela przy organizowaniu grup specjalnego zainteresowania, zwłaszcza etnicznych grup wyborców,'nie różnią się wcale tak wiele od tajnej pracy.

Doradcy Reagana zdecydowali, że nie ma dostatecznej przyczyny do interwencji.

Casey najpierw zwrócił uwagę na chłodny wzrok, chociaż mężczyzna miał ponad 180 cm wzrostu.

- Panie Prezydencie, ideologicznie byliśmy w defensywie - powiedział mężczyzna huczącym, pewnym siebie głosem. Ciągnął dalej, wygłaszając dobrze ułożony akapit na temat Salwadoru: - Junta, popierana przez Stany Zjednoczone jest trudna do obrony, zbyt często naruszane są prawa człowieka, chociaż Duarte robił co mógł. Administracja musi powrócić do ofensywy i to nie tylko za pomocą programu wojskowego i dyplomatycznego. Administracja Reagana musi dążyć do przeprowadzenia w Salwadorze wolnych wyborów. Aczkolwiek Specjalna Krajowa Ocena Wywiadowcza wydana przez dyrektora Caseya w tym miesiącu (czerwcu) doszła do wniosku, że sytuacja między sal-wadorską juntą a rebeliantami jest patowa i że miną dwa lata, zanim junta odzyska wyraźną przewagę, to celem musi być demokracja.

Casey zobaczył, jak prezydent Reagan ożywił się i poruszył na krześle. Dotknięto newralgicznego punktu. Był to prosty pomysł i z pewnością przyszłościowy.

LAfjJ)

^Wl

- Przyjmijmy to - powiedział prezydent.

Casey był pod wrażeniem prezentacji dokonanej przez Thomasa O. Endersa, asystenta sekretarza stanu ds. Ameryki Łacińskiej. Wciągu kilku miesięcy Enders z polotem i energią przejął zwierzchnictwo nad dyplomacją i polityką administracji w tym regionie. Dobrze rozumiał międzyagencyjne kłótnie, gdy Departamenty, Stanu, Obrony, CIA Ca-seya i Rada ds. Bezpieczeństwa Narodowego walczyły o kontrolę. Według tradycji przewodniczył zebraniom normalnie skłóconych przedstawicieli, których nazywał "grupą rdzeniową". W niektórych tygodniach spotykali się codziennie, czasem nawet dwukrotnie. Enders wiedział, że potrzebna mu była zgoda i starał się opracować spójny plan. Casey znał Endersa z czasów Komisji Papierów Wartościowych i Departamentu Stanu. Nie było doskonalszego wytworu wschodniego wybrzeża niż Enders: absolwent Yale z 1953 roku, studia ukończone na pierwszym miejscu w grupie. Kiedy został mianowany asystentem sekretarza, Enders nie znał hiszpańskiego, ale był świetnym lingwistą i nauczył się języka w kilka miesięcy. Miał afektowany sposób bycia i był intelektualnie niecierpliwy, lecz starał się to ukryć. Byt podejrzany ze strony lewicy i prawicy: przez lewicę za swoją rolę w czasie wojny wietnamskiej w ambasadzie amerykańskiej w Kambodży, wykonując "zatwierdzenia - prośby dla wykonania procedury" do ataków ciężkich bombowców; przez prawicę za to, że był protegowanym Kissingera. Casey zadbał o to, żeby usiąść z Endersem i dowiedzieć się, co ma

na myśli.

- Nie ma żadnej struktury zdolnej do podejmowania decyzji w Białym Domu - skarżył się Enders. Jego szef, Haig, próbował przejąć pełną kontrolę na zasadzie pierwszeństwa i przegrał. Ale nikt nie wygrał.

- Ale ja mogę sprawić, że grupa międzyagencyjna będzie działać -

powiedział Enders.

Casey zobowiązał się, że CIA będzie współpracować - żadnych bitew o terytorium z jego strony nie będzie. Ale zastanawiał się, czy w wystarczającym stopniu wybiegają myślą naprzód. Ten zbiór koncepcji - wolne wybory i demokracja dla Salwadoru - był tylko początkiem. Administracja potrzebowała planu dla całej Ameryki Łacińskiej, a w zasadzie, potrzebowała go dla całego świata.

Enders zgodził się. Rozdzielanie władzy w polityce zagranicznej przysporzy trudności. Dużo alarmu, żadnego planu.

Casey jeszcze sięgnął do archiwów CIA, do akt i protokołów. Zbierał dane o głównych osobach w CIA, często robił notatki na małych kartkach.

W ciągu ostatnich sześciu lat na świecie dominował jeden trend: Sowieci uzyskali nowe, czasem przeważające wpływy, w dziewięciu krajach:

- Wietnamie Południowym, Kambodży i Laosie w Azji Południowo-Wschodniej;

- Angoli, Mozambiku i Etiopii w Afryce;

- Jemenie Południowym i Afganistanie na Bliskim Wschodzie i Południowej Azji;

- Nikaragui.

Jak to zrobiono? Było dla Caseya jasne, że Sowieci, wykorzystując następstwa wycofania się USA z Wietnamu użyli zastępców i pełnomocników do zainscenizowania rewolucji i przejęcia władzy. Czy istniał jakiś sposób zaszkodzenia komunistom? Coś bardziej efektywnego niż wykorzystanie inwazji Afganistanu do wsparcia tamtejszych re-beliantów albo przychylenie się do prośby Arabii Saudyjskiej o tajną pomoc w Jemenie Południowym, czy promowanie demokracji w Salwadorze i tworzenie zapory przeciwogniowej przeciw lewicowym rebeliantom.

W tym samym sześcioletnim okresie Związek Radziecki stracił poważne wpływy w sześciu krajach: Bangladeszu, Gwinei, Indiach, Somalii, Iraku i Kongu. Ale jeżeli chodziło o Caseya, to było to dwuznaczne. Interesowało go odebranie Sowietom jednego kraju - widoczne, wyraźne zwycięstwo.

- Gdzie możemy uzyskać zwycięstwo? - pytał Haig.

- Chcę zwycięstwa - powtarzał prezydent.

Casey zdał sobie sprawę, że oznaczało to wojnę partyzancką. Wzmocnił swoją wiedzę na temat partyzanckich działań wojennych pięć lat wcześniej, podczas pracy nad książką. Książka ta, wydana w 1976 roku na dwustulecie, liczyła 344 strony, nosiła tytuł: Gdzie i kiedy prowadzono tę wojnę i została opracowana metodą Caseya - poprzez czytanie i oglądanie wielu strategicznych miejsc. By ją napisać odwiedził wiele miejsc i przeczytał najważniejsze książki o rewolucji amerykańskiej. Przy umiejętności prędkiego czytania przelatywał wiele stron w minutę, wychwytując koncepcje i punkty widzenia, zatrzymując się na dłużej tam, gdzie chciał, a czytając pobieżnie tam, gdzie tracił zainteresowanie. Był uważany przez przyjaciół za złodzieja książek, który rzadko pamiętał o oddawaniu pożyczonych pozycji. VJMayknoll te książki rosły w chwiejne sterty. Literatura na temat działań wywiadowczych w czasie rewolucji, oszustw i wojen politycznych przyciągała jego szczególną uwagę (łącznie ze Szpiegami generała Waszyngtona Pen-

nypackera, Szczególną służbą Forda i Tajną historią rewolucji amerykańskiej Carla van Dorena).

Prawdziwą radością w jego pracach badawczych była seria weekendowych wycieczek terenowych z Sophią i Bernadette. Casey bardzo lubił podróżować ze swoją żoną i córką. Stanowili zgraną trójkę. W czwartek wszyscy lecieli samolotem do stanu Maine i przez cztery dni szli śladami Benedicta Arnolda wzdłuż rzek do Quebecu, potem wzdłuż rzeki St. Lawrence do Montrealu i wzdłuż rzeki Richelieu do jeziora Champlain. Trzydniowy weekend spędzili idąc szlakiem generała Waszyngtona z Valley Forge przez Delaware do pól bitewnych w stanie New Jersey. Zaliczyli Boston, Filadelfię, Nowy Jork, obie Karoliny, Georgię. Podczas podróży statkiem odtworzyli drogę z Annapolis do Yorktown przez zatokę Chesapeake. Casey miał swoje notatki, książki, fotokopie odpowiednich map. Wychodził na szczyty wzgórz, szedł szlakami, dokładnie oglądał pozostałości. Sophia i Bernadette dzielnie mu towarzyszyły.

Wyraźnie czułem jakbym tam był, naprawdę dostrzegałem znaczenia taktyczne i strategiczne na szlaku Arnolda... pisał. Szukał i starał się odtworzyć miejsca ważne dla rewolucji, które niejednokrotnie ukryte były pod powierzchnią współczesnych miast.

W czasie tych wycieczek albo wertując książki, Casey zadawał sobie pytanie: jak i dlaczego Amerykanie wygrali? Jak taka hałastra potrafiła pokonać główne mocarstwo świata - Brytyjczyków? Napisał w końcu: rewolucjoniści byli zwycięzcami, ponieważ prowadzili nieregularne, partyzanckie działania wojenne. Oni byli Vietcongiem, rebelian-tami z Afganistanu. Duch, technika i taktyki były po stronie nieregularnych. Po tej stronie powinno się być. Był to wyznacznik ciągłości pomiędzy osiemnastym a dwudziestym stuleciem. Teraz mógł zastosować tę teorię. Jeżeli miejscowy ruch oporu nie przyjdzie i nie zapuka do drzwi CIA, tak jak Afgańczycy, to może CIA powinna go odnaleźć. Aby uniknąć dalszych niespodzianek Casey zaczął szukać następnego człowieka z zewnątrz. Chciał kogoś, kto mógłby działać jako intelektualny system alarmowy, który ostrzegłby go o nadchodzących zagranicznych katastrofach, może kogoś ze sfery analitycznej. Wśród ludzi wewnątrz CIA brakowało nowatorskiego sposobu myślenia. Zaprosił do swojego gabinetu doktora Constantine'a C. Mengesa, uczenie wyglądającego, noszącego okulary 41-letniego konserwatystę z Hudson Institute, który pracował przy kampanii Reagana. Menges miał głos prezentera radiowego i mówił z wielką pewnością siebie. Gdy Casey zadał mu pytania na temat głównych problemów polityki zagra-

nicznej, Menges przedstawił mu kopie Mlku krótkich artykułów, które napisał kiedyś dla New York Times'a. W artykule z 1980 roku Menges stwierdził, że wypadki w Iranie, Afganistanie i Nikaragui oznaczały punkt zwrotny w niewidzialnej wojnie między siłami radykalnymi i umiarkowanymi o kontrolę nad ropą naftową, Bliskim Wschodem i Ameryką środkową. W innym, zatytułowanym: Demokracja dla Latynosów nawoływał o strategię pokonania Sowietów w Ameryce Środkowej poprzez promowanie demokracji i opcji centrowej. Same więzi i wsparcie dla prawicowych dyktatur nie będą działać... W jeszcze innym artykule Menges przewidywał kłopoty na południu.

Casey rzucił okiem na artykuły, które wykazywały strategiczny sposób myślenia, powiązując wypadki wydarzające się w różnych częściach świata. Doceniał chęć dodania wagi ideom. Menges opracował racjonalny rachunek komunistycznej ekspansji. Przyniósł opracowanie opisujące, jak komuniści łączyli się w "koalicję destabilizacji"-jak to nazwał.

Załączony był wykres trzech strategicznych obszarów:

POLITYCZNO-PARAMILITARNA WOJNA PRZECIWKO INTERESOM USA NA TRZECH ARENACH STRATEGICZNYCH

Kraje - cele AMERYKA ŁACIŃSKA

Kolumbia Wenezuela

Ameryka Środkowa

Panama

Belize

Meksyk* _______

Koalicja Destabilizacji

Kuba

Regionalne grupy komunistyczne/partyzanckie

ZSRR Terroryści palestyńscy/Libia

ŚRODKOWY WSCHÓD Izrael

Iran (po Chomeinim) Oman

ZSRR

Reżimy prosowieckie

(Jemen Południowy, Syria)

Kuba

Partyzanci palestyńscy

Jemen Północny Reżimy Zatoki Perskiej

Libia

A]

dyjska*

AFRYKA

Zair Maroko Sudan Namibia

RPA*

ZSRR

Kuba

Libia

Reżimy prosowieckie

(Etiopia, Angola, Mozambik)

Regionalni partyzanci/grupy

kontynentalne (SWAPO)

* Oznacza giówny cel strategiczny.

Były to ogólne cele strategiczne i techniki, ale Menges powiedział, że komuniści nie mają rozkładu godzin. Są cierpliwi.

Casey przeczytał później te artykuły i poprosił Mengesa o następne spotkanie, na którym zachęcał go do szczerości. Menges powiedział, ze martwi go kompetencja CIA, która, jak każda biurokracja, unika odpowiedzialności. W latach siedemdziesiątych był zastępcą asystenta sekretarza ds. edukacji i pracował dla Franka Carlucciego, wtedy zastępcy sekretarza w Departamencie Zdrowia, Edukacji i Opieki bpo-łecznej Kiedy Carlucci odszedł, by zostać dyrektorem CIA w 1978 roku Menges ostrzegł go o kłopotach w Iranie. Nikt nie słuchał. W 1979 roku przed rewolucją sandinistów, przewidział problemy lewicowe w Nikaragui. Znowu poszedł do Carlucciego i CIA. Zignorowano jego poglądy Nie wyciągnięto wniosków. Przedstawił więcej swoich opublikowanych artykułów, łącznie z zatytułowanym: Echa Kuby w Nikaragui opublikowanym w 1979 roku zanim sandiniści obalili Somozę. Artykuł przewidywał, że sandiniści będą pozować na umiarkowanych i wykorzystywać "rządy koalicji" zanim ujawnią swoje prawdziwe, marksi-stowsko-leninowskie oblicze.

Sukces - głosił artykuł - stworzy bazę polityczną i impet do rozpoczęcia wojny rewolucyjnej przeciw Meksykowi na początku lat osiemdziesiątych. Menges powiedział Caseyowi, że niepokoił go nie tyle sposób, w jaki jego pomysły zostały potraktowane, ile nieumiejętność przewidywania oraz to, że nikt nie próbował zapobiec kryzysowi.

Casey zaoferował Mengesowi stanowisko oficera krajowego wywiadu ds. Ameryki Łacińskiej. Będzie reprezentował dyrektora w tych spra-

wach na zebraniach międzyagencyjnych, nadzorował pisanie Ocen Krajowego Wywiadu, przewodniczył comiesięcznemu zebraniu "ostrzegawczemu" na temat potencjalnych zagrożeń i zalecał reakcję USA.

Menges nie chciał wstąpić do CIA - obawiał się, że może to zaszkodzić jego pracy naukowej, ale Casey przekonał go.

- Słuchaj - powiedział Casey - umartwiasz się tym, że przez trzy lata ostrzegałeś administrację Cartera co do Iranu i Nikaragui a oni byli głusi. Teraz ja ciebie proszę, przyjdź i pracuj... Na co czekasz?

Casey był zdziwiony, że agencja zapewniała regularne, ogólne krótkie informacje prasowe dla reporterów. Zakazał Herbowi Hetu - rzecznikowi Turnera, który dalej był w CIA-dawania tych informacji. Hetu uważał, że te spotkania informacyjne dostarczały ważnych kontaktów w zakresie środków masowego przekazu i zaczął protestować.

- Nie prosiłem o dyskusję ani debaty - powiedział Casey - zrób to.

Pewnego wieczoru na początku lipca radca prawny CIA Sporkin odebrał w domu dziwny telefon. Rozmówca przedstawił się jako "Max" i poprosił o pilne spotkanie "na miejscu". Sporkin domyślił się, że był to Hugel, który chciał rozmawiać w kwaterze głównej. Potrzebował pomocy. Dwóch byłych wspólników z Nowego Jorku, dealerzy papierów wartościowych Thomas R. McNell i jego brat Samuel F. McNell wysuwali zarzuty, jakoby potajemnie nagrali Hugela, kiedy przed sześcioma czy siedmioma laty dawał poufne informacje na temat swojej firmy Brother International.

W piątek, 10 lipca 1981 r. Sporkin zadzwonił do Post. Reporter Patrick Tyler i ja otrzymaliśmy w zeszłym miesiącu kopie szesnastu taśm Hugela i tropiliśmy ewentualną sprawę do reportażu. Sporkin powiedział, że chce usłyszeć te taśmy - my stwierdziliśmy, że to przedwczesne. Sporkin zaproponował pomoc, dodając, że jeżeli ktokolwiek w CIA zrobił coś nieprawidłowego, to on i Casey muszą o tym wiedzieć. W końcu zgodziliśmy się, żeby Sporkin przyszedł i przesłuchał taśmy, jeżeli przyprowadzi ze sobą Hugela, z którym chcieliśmy przeprowadzić wywiad. Sporkin uparł się, żeby przyjść tamtego popołudnia. Casey chciał wiedzieć od razu.

Kilka godzin później ponad tuzin osób zebrało się w sali zebrań na ósmym piętrze redakcji The Washington Post: Sporkin, Hugel i kilku jego osobistych adwokatów (łącznie z Judahem Bestem - waszyngtońskim prawnikiem, który reprezentował wiceprezydenta Spiro Agne-wa), Benjamin C. Bradlee - redaktor naczelny Post, ja, dwóch adwoka-

tów Post, którzy byli ekspertami w dziedzinie papierów wartościowych i czterech innych redaktorów Post.

Hugel, 165 cm wzrostu, miał na sobie konserwatywny, czekolado-wobrązowy prążkowany garnitur, jednokolorowy krawat i koszulę w małe, jasne, dyskretne kropki. Uśmiechał się ciepło.

- Jestem tu po to, żeby się dowiedzieć, co się do licha dzieje - powiedział Sporkin, dodając, że reprezentuje tylko CIA, a nie Hu-gela osobiście. Po czym rozwalił się na krześle, wyglądając na znudzonego.

Spróbowaliśmy pytań ogólnikowych. Czy Hugel kiedykolwiek dostarczał McNellom informację wewnętrzną? Czy groził zabójstwem jednego z prawników McNellów? Czy wiedział, że pieniądze, które pożyczył jednemu z braci McNellów miały iść do ich firmy maklerskiej, która pilnowała akcji w jego firmie?

Chociaż jego adwokaci protestowali sporadycznie, pozwolili Huge-lowi odpowiadać, zanim taśmy zostały przegrane.

Na zarzut, że wiedział, iż pożyczka przeznaczona była dla biura maklerskiego. Zaprzeczył wszystkiemu: - Odpowiedź brzmi absolutnie, bezwzględnie NIE. Nigdy.

Nerwowo zacierał duże, pulchne dłonie. Jego głos brzmiał bardzo łagodnie, kiedy wygłosił usprawiedliwienie i zaczął odnosić się do osób w sali po imieniu. Chciał, żeby jego akcje poszły w górę: - Jeżeli facet nagrywa cię po drugiej stronie telefonu - powiedział, szukając zrozumienia po drugiej stronie stołu - nie wiem, jak formułuje pytanie, ani co mówi. Jeżeli się nie wie, że jest się nagrywanym - tutaj podniósł wzrok - to każdego można wrobić.

Sporkin przerwał: - Nie obchodzi mnie, czy zostanę tu całą noc, ale jeżeli macie to na taśmie, to muszę to mieć. Będę tu do sądnego dnia i chcę to słyszeć. Muszę sformułować zalecenia.

To są bardzo poważne zarzuty - powiedział Sporkin - chcę powiedzieć, niektóre z nich. Niektóre to po prostu bzdury, szczerze mówiąc. Ale niektóre, na przykład manipulacja rynkiem, to to jest - głośno uderzył w stół - bardzo poważny zarzut. Jeżeli macie na to dowód, to oczywiście muszę go zobaczyć.

Tyler puścił taśmę z 13 grudnia 1974 roku z rozmową, która miała miejsce po tym, jak prawnik McNellów zagroził Hugelowi procesem. Głos Hugela słyszeli głośno i wyraźnie:

- A potem miał czelność, miał tupet, żeby grozić mi jakimś cholernym, głupkowatym procesem, że ja... och, to jest takie niesmaczne, że jestem gotów zwymiotować... Co to, kurwa, za porządki? Niech mi, kur-

wa, wytoczy ten proces! To bzdura, Sam, byłem u tego wazeliniarza, wtrącę tego gnoja do więzienia... Zabiję tego gnoja! Tyler pstryknął i wyłączył magnetofon.

- Co tu jest do komentowania? - powiedział Hugel z zakłopotaniem -jest to, co jest.

- To pana głos? - Przypomina pan sobie tę rozmowę?

- Tak - powiedział.

-Ale wcześniej dał pan do zrozumienia...

- Widocznie pamięć mnie zawiodła - powiedział Hugel sztywno, dzielnie stawiając czoła sprzeczności. Powtórzył: - Taśma jest jaka jest. - Poprosił o przesłuchanie następnej taśmy.

Puściliśmy taśmę, na której Hugel powiedział Tomowi McNellowi:

- Weź ołówek i kartkę, to co ci przekażę jest ściśle poufne! To była długa taśma, również wyraźna i dokładna, na której Hugel podawał liczby w dolarach. Prognozy sprzedaży.

- Czy to jest informacja wewnętrzna?

- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Nie odpowiem... Hugel zawahał się. Przegrano jeszcze kilka taśm. Co z tą informacją wewnętrzną?

- Wiecie co, cofacie mnie aż do 1974 roku i jedynym powodem, dla którego mógłbym to w ogóle zrobić, jest to, że jak każdy energiczny biznesmen, który chwali swoją firmę i mówi, że coś się dzieje, ale wiecie, no i jest się dumnym z tego, co się robi... to jedyny możliwy powód. Jestem bardzo entuzjastyczny, mogłem...

- Ale jeżeli jest się dumnym z tego, co się robi, to nie chce się tego uznawać za poufne?

- No, powiedziałem "poufne", tak jest na taśmie... Och, do diabła, to jest sposób... Jezu, to jest... Dlaczego ten człowiek chciał nagrać moją rozmowę?

Hugel był bardzo niepocieszony w tej kwestii.

- Dlaczego? - zapytał, spoglądając po sali. - Co to daje, jaki jest tego cel?

Sporkin, ciągle w roli wiodącego eksperta w dziedzinie egzekwowania prawa papierów wartościowych, powiedział, że brakującym elementem w tym wszystkim było to, czy Hugel coś zyskał na ujawnianiu informacji. To wyrokowało, czy zaistniało przestępstwo.

- Gwarantuję warn - powiedział Sporkin - że nie ma tu, przy tym stole nikogo, kto nie powiedział przez telefon czegoś, z czego nie byłby zadowolony, gdyby to zostało nagrane.

Wszyscy pokiwali głowami. ."*

r

Sporkin poprosił Hugela i jego osobistych adwokatów, aby wyszli z sali. Po ich wyjściu Sporkin powiedział prawie szeptem:

- To będzie bardzo trudna decyzja z mojej strony... Wiecie, mogę podjąć łatwą decyzję. Jest łatwa decyzja, którą mogę podjąć.

- Cięcie - powiedział Bradlee.

- Taa... - powiedział Sporkin - czy to jest właściwe, tego nie wiem. Chciał przesłuchać wszystkie taśmy w całości i dokonać oceny dla

Caseya.

- To nie nasza robota, pomagać panu podjąć decyzję - powiedział Bradlee - ale Hugel dostanie oczywiście szansę zareagowania na wszystko, zanim trafi to do gazety.

-Nie wiem, czy macie tu dymiącą spluwę czy nie - powiedział Sporkin. Hugel wrócił do sali, mówiąc, że odroczy ważną podróż za granicę jako DDO na ważną operację.

- To jest bardzo poważna sprawa, moi drodzy - powiedział - tu waży się moja reputacja i zamierzam doprowadzić tę sprawę do samego końca.

Po południu w niedzielę, 12 lipca 1981 r. Casey wrócił z trzydniowej podróży zagranicznej i zwołał zebranie w Langley o 16:00, na które przyszli Inman, Sporkin i Bob Gates. Sporkin wyjaśnił, że informacja jest nadal fragmentaryczna i że nie wszystko jest jasne.

Inman powiedział Caseyowi, że kiedy powstaje taki problem, to istnieją dwa nadrzędne względy. Po pierwsze, nie może być maskowania ani jego pozorów. Po drugie, potencjalny problem trzeba wyodrębnić. Oznacza to, że Hugel powinien iść na urlop administracyjny. Jeżeli nie było to nic ważnego, to może potem wrócić, jeżeli sprawa jest

poważna, to już go nie ma.

Sporkin wyraził sprzeciw co do urlopu administracyjnego. Jaki wypadek w przyszłości zmieni sytuację? Kto zadecyduje, że tam nic nie ma? Te sprawy mogą wlec się miesiącami albo dłużej.

Casey też nie był chętny zgodzić się na urlop administracyjny. Mogłoby to być strasznie niesprawiedliwe. Z takich spraw często nic nie wychodzi, to tylko zarzuty z nagłówków gazet, które się bada, a ślady prowadzą donikąd. A tymczasem czyjaś kariera i czyjeś życie są zszargane. Casey chciał wiedzieć, jaki jest najgorszy aspekt

tej całej sprawy.

Sporkin powiedział: informacje o akcjach, a także język...

Casey uważał za normalne to, że dyrektorzy dzwonią do swoich maklerów, robią to ciągle.

- To będzie problem - powiedział Sporkin - DDO cytowany na taśmie, wypowiadający się ostro. Na przykład, na taśmie Hugel powiedział swojemu maklerowi: - Odetnę ci jaja... Nasię na ciebie mój koreański gang, i nie będziesz wyglądał najlepiej, jak zawiśniesz za jaja.

Sporkin zdecydował, że musi być szczery z Hugelem. - Słuchaj, Max - powiedział, kiedy byli sami - nakaz ograniczeń już się wyczerpał, więc nikt nie może cię zaskarżyć. Ale musisz odejść.

- Dlaczego? - zapytał Hugel.

- Zrezygnuj - powiedział Sporkin - pójdziesz zeznawać na Wzgórze i zjedzą cię żywcem. Problemem - wyjaśnił Sporkin - było krzywoprzysięstwo.. . z pewnością nie zamierzone. Możesz iść i wygłaszać swoje kategoryczne zaprzeczenia, ale nie możesz kłócić się z tymi nagraniami. Kongres to nie jakaś gazeta, w której możesz wszystko powiedzieć i wszystkiemu zaprzeczyć. Dla ciebie tylko jeden artykuł powinien ukazać się po tym o tych taśmach... wzmianka o twojej rezygnacji. Wtedy Wzgórze zostawi cię w spokoju. Staniesz się częścią historii. Taka jest moja rada. Prosiłeś mnie o radę jako prawnika, jako przyjaciela. To właśnie to. Jest to w interesie agencji i twoim, więc mogę powiedzieć to tobie i dyrektorowi - powiedział Sporkin.

Tamtego wieczoru Hugel zaprosił zarówno Caseya jak i Sporkina do siebie na kolację. Hugel czuł silne zobowiązanie wobec Caseya za stanowisko zastępcy w obliczu całej wewnętrznej opozycji. Był głęboko świadom kłopotów jakie już sprawiła jego nominacja. Nowicjusze z CIA zebrani wokół stołu mieli mniej niż rok doświadczenia w agencji. Hugel utrzymywał, że te zarzuty to cholerne kłamstwo.

W obecności Caseya Sporkin zachował pozycję neutralną. Casey wspomniał, że Inman zaproponował dla Hugela urlop administracyjny i urlop nieokreślony dopóki ta sprawa nie zostanie wyjaśniona.

- Bili - powiedział Hugel - na pewno nie przyjechałem do Waszyngtonu po to, żeby codziennie dostawać w twarz.

Piastując tak wyeksponowany urząd, jakim jest DDO, nie wyobrażał sobie, jak może wygrać batalię o oczyszczenie swojego imienia wykonując swoją pracę. Miałby związane ręce.

- Nie mogę wygrać tej batalii jako urzędnik państwowy. Jedyny sposób, w jaki mogę to zrobić, to jako prywatny obywatel.

Sporkin powiedział, iż jest pewien, że artykuł w gazecie ukaże się niedługo.

- Jeżeli ten artykuł zaszkodzi agencji i mnie, to zrezygnuję. Casey nie był pewien. Urlop administracyjny nie był świetnym rozwiązaniem, ale wyglądał lepiej niż rezygnacja.

- Jeżeli wymyślą artykuł, który jest szkodliwy - powtórzył Hugel - nie będę wystawiał agencji na szwank. Nie będę warn szkodził. A z pewnością nie będę szkodził prezydentowi. Podam się do dymisji.

- Słuchaj, Max - powiedział Casey - to ty decydujesz.

Następnego rana adwokat Hugela, Judah Best, zadzwonił do Post i zażądał drugiego spotkania. Best przyniósł szesnaście dokumentów z akt osobistych Hugela i pismo stwierdzające, że potrzebują dodatkowego czasu na uzyskanie większej ilości informacji. Opublikowanie artykułu teraz byłoby lekkomyślne, powiedział.

Po południu ta sama grupa zebrała się w sali konferencji prasowych na piątym piętrze. Hugel wydawał się być przybity i jeszcze bardziej nerwowy. Powiedzieliśmy, że chcemy uniknąć powtórki piątkowego spotkania, kiedy słowa przeczyły faktom. Hugel zaczął protestować.

Sporkin przerwał mu: - Słuchaj pytań i jeżeli nie wiesz, to po prostu powiedz, że nie wiesz.

Powiedzieliśmy, że planujemy opublikować artykuł następnego dnia i że będzie zawierał wszelkie oświadczenia ze strony Hugela.

- Mam prośbę - powiedział Sporkin niecierpliwie. -Uczciwość czy cokolwiek to jest... Wciąż chcę przesłuchać następne taśmy.

Przegrano dalsze taśmy. Dwa razy Hugel wychodził do łazienki. W

końcu poprosił o głos.

- Chcę przeprosić za bardzo szybkie odpowiedzi na wasze pytania w piątek - powiedział - nie byłem w stanie ich przemyśleć... Moje odpowiedzi mogły być o wiele lepsze. Nie miałem zamiaru wygłaszać oświadczeń mylących czy wprowadzających w błąd.

Wyłamywał ręce i pochylał się do przodu. Powiedział, że nigdy nie miał zysku z tych transakcji papierami wartościowymi. Mógł być nowicjuszem, mógł być naiwny. Ale założył firmę prawie z niczego i opuścił ją, kiedy miała obroty 100 milionów dolarów rocznie. Był wart 7

milionów dolarów netto.

Hugel przerwał. Powiedział, że w książce z 1957 roku pod tytułem Operacja sukces był cały rozdział poświęcony wyłącznie jego sukcesom w interesach z firmą Brother International*.

- Byłem na okładce magazynu Coronet, teraz staramy się uzyskać egzemplarz i prześlemy go warn... Tak więc byłem dumny z tego, co robiłem i jestem z tego dumny teraz.

* Rozdział Occientally on Purpose, s. 131-142.

Wyliczył swoje kwalifikacje, biegłość w japońskim, międzynarodowe doświadczenie, zdolności w prowadzeniu interesów z cudzoziemcami.

- Wziąłem tę pracę, bo chciałem służyć mojemu krajowi. Zrobiłem to kosztem wielkiego poświęcenia finansowego. Tutaj waży się całe moje życie i reputacja - powiedział. Łzy nabiegły mu do oczu. - Byłoby to niesłychanie szkodliwe dla mnie i mojej rodziny, która nie jest niczemu winna. I nie powinna być w ten sposób traktowana. I to jest wstyd - powiedział, dramatycznie podnosząc głos - że osoba gotowa zrezygnować z potencjalnych zysków finansowych tylko po to, żeby przyjść i służyć swojemu krajowi, miałaby być potępiona przez tego rodzaju ludzi na podstawie informacji pochodzącej sprzed ponad siedmiu czy ośmiu lat. - Hugel skonstatował że: - będzie niesłychanie trudno skłonić ludzi w przyszłości, żeby przyjechali do Waszyngtonu.

W centrali CIA, Casey niepokoił się coraz bardziej brakiem wiadomości od Sporkina. Casey uznał, że należy powiadomić przewodniczących Komisji ds. Wywiadu Kongresu. Dodzwonił się do Edwarda P. Bolanda z Komisji Izby, ale nie udało mu się porozumieć z Goldwaterem.

Później adwokat Hugela wydał krótkie oświadczenie, stanowczo dementujące jakoby popełniono wykroczenie oraz stwierdzające, że jest on "bardzo rozczarowany publikacją artykułu. Hugel dodał: - Nadal będę służył mojemu krajowi, dopóki moja służba jest potrzebna.

Około 3:00 w nocy Hugela obudził telefon od Sporkina. Artykuł ukazał się - powiedział Sporkin, czytając nagłówki: - Szefowi szpiegów w CIA zarzuca się niewłaściwe operacje papierami wartościowymi - i dalej -Max Hugel, który zajmuje jedno z najważniejszych stanowisk w administracji Reagana jako szef tajnych służb CIA zajmował się szeregiem niewłaściwych lub nielegalnych operacji na rynku papierów wartościowych...

- To ohydne - powiedział Hugel.

Sporkin czytał dalej, szkicując zarzuty, mówiąc, że są tam rozległe cytaty z taśm.

- Okay - powiedział Hugel -już dość. Nie czytaj mi więcej. Podaję się do dymisji.

Niedługo po wschodzie słońca Hugel zadzwonił do Caseya. - Skończyłem - powiedział. - Zrobię to. Podam się do dymisji.

Casey stwierdził, że było to niesprawiedliwe, kompletnie niesprawiedliwe a Hugel przyznał mu rację.

Casey nie próbował skłonić Hugela do zmiany zdania.

f

Dopiero o 9:40 Casey dostał się do Goldwatera, żeby powiedzieć mu to, co senator przeczytał już w gazecie. Goldwater był zły. Dlaczego dyrektor tak się spóźnił z informacją? Kilka dni wcześniej usłyszał wiarygodną pogłoskę, że ten artykuł będzie w gazecie.

W Białym Domu szef sztabu James Baker i radca Fred Fielding byli zmartwieni. Fielding ostro nalegał na natychmiastową dymisję i przedstawił sprawę bezpośrednio Caseyowi. Baker zatelefonował do Caseya.

- Max zejdzie na bok - powiedział Casey.

Baker był zdziwiony, ale poczuł ulgę, że przeszło to tak gładko. Tego samego ranka, kiedy Baker powiedział o tym prezydentowi, Reagan również się zdziwił i stwierdził, że nie wie dokładnie, co Hugel zrobił. W artykule całe szpalty zajęły transkrypcje z taśm - wszystkie nieparlamentarne słowa były ukryte, tak, jakby nie nadawały się do Post. Kurwa była "k...", gówno było "g..." itd. Ale nic nie zostało pominięte. Wszystko bardzo sprytne, paskudne i brutalne... uważał Hugel.

Ubrał się i jego kierowca zawiózł go do siedziby CIA. Bardzo trudna była droga korytarzem do gabinetu. Wszystkie spojrzenia skierowane były na niego. Niektórzy podchodzili do niego i mówili, jakie to niefortunne, jakie niesprawiedliwe. Niektórzy nie mogli wyrazić tego, co mieli na myśli. Hugel był pewien, że wielu było bardzo zadowolonych. Pozbyto się człowieka z zewnątrz. W innych czuło się zimno, ten zawodowy chłód.

Napisał list zaczynający się od słów "Drogi Billu", poszedł do gabinetu Caseya. Zarówno Hugel, jak i Casey byli bardzo poruszeni. Było to niezmiernie trudne rozstanie.

Hugel wrócił do swojego gabinetu, wziął teczkę i wyszedł*. Casey miał dość walczenia z systemem w dyrekcji ds. operacji, więc mianował 48-letniego Johna G. Steina nowym zastępcą. Absolwent Yale, w agencji pracawał już dwadzieścia lat, był szefem placówki CIA w Kambodży i Libii. Stein był cichy, pracowity i nie zwracał na siebie uwagi. Casey doszedł do wniosku, iż ta nominacja uspokoi dyrekcję operacji. Praktycznie oznaczało to, że będzie musiał być własnym DDO.

Casey postanowił dać przykład. Jedna z placówek na Bliskim Wschodzie od pewnego czasu mówiła o umieszczeniu aparatu podsłuchowego w gabinecie ważnego urzędnika w tym kraju, którego rozmowy dostar-

* McNellowie uciekli, rzekomo z 3 milionami dolarów z dwóch małych firm naftowych i gazowych, które kontrolowali i pozostawali w ukryciu za granicą. Potem Hugel wygrał proces zaoczny przeciw nim o 931 tysięcy dolarów, ponieważ McNellowie nie stawili się, żeby odpowiedzieć na zarzut pomówienia, który Hugel wysunął przeciw nim.

czyłyby niezbędnej "twardej" informacji wywiadowczej. W placówce deliberowano w nieskończoność oceniając ryzyko; wahając się, debatując nad tym, jak dostać się do gabinetu.

- Sam to zrobię, do cholery - powiedział Casey. Było to zupełnie wbrew normalnej praktyce, wykorzystanie oficera z dyrekcji operacji do takiej misji. Dyrektor umieścił "pluskwę" podczas grzecznościowej wizyty u tego urzędnika, co było naruszeniem zasad postępowania. Według jednej relacji, podczas wizyty wsunął cienki, miniaturowy mikrofon i nadajnik o długim trzonku do poduszki na kanapie. Mówiono także iż aparat podsłuchowy był wbudowany - akcja w stylu konia trojańskiego - w oprawę książki, którą Casey przyniósł w prezencie dla urzędnika. Jeden ze starszych urzędników w agencji uparcie twierdził, że to historia apokryficzna, ale inni twierdzili, że była to prawda. Casey tylko się uśmiechnął, kiedy zapytałem go o ten incydent kilka lat później. Ale spojrzał groźnie, kiedy wymieniłem nazwę kraju i nazwisko urzędnika i powiedział, że nie powinno to być absolutnie nigdy powtarzane lub publikowane.

ROZDZIAŁ 7

Pod artykułem o dymisji Hugela na pierwszej stronie New York Timesa widniał niniejszy nagłówek: Sędzia stwierdza, że Casey - szef CIA - wprowadził w bląd nabywców akcji w 1968 r. Artykuł twierdził, że według orzeczenia sędziego federalnego, Casey umyślnie wprowadził w błąd inwestorów w nowoorleańsłdej firmie rolnej Multiponics Inc., którą pomógł założyć w 1968 roku. Sędzia orzekł, że Multiponics i jego dyrektorzy (Casey był w zarządzie) nie ujawnili potencjalnym inwestorom, że firma przejęła dług hipoteczny założycieli, w tym Caseya. Udział Caseya wynosił 301 tysięcy dolarów, a jego deklarowane straty podatkowe wynosiły 145 tysięcy dolarów. W ofercie były inne rzekome przekręcenia i sędzia obarczył odpowiedzialnością za to zarząd i Caseya, który - twierdził sędzia - ominął niektóre fakty, a inne fałszywie przedstawił.

Barry Goldwater był rozczarowany po pierwszych sześciu miesiącach pracy Caseya na stanowisku dyrektora. Czuł się odizolowany. Nigdy nie rozumiał mianowania Hugela.

- Wiesz co - powiedział Goldwater swojemu przyjacielowi Quinno-wi - jeżeli Casey ma zamiar zatrudnić kogoś takiego, to prezydent

powinien mu przywalić. To sprawdzenie przeszłości i bezpieczeństwa Hugela ewidentnie funta kłaków nie było warte - powiedział. - Albo Casey wiedział i osłaniał Hugela, albo ten przegląd dla bezpieczeństwa był tak lichy, że Casey powinien być usunięty za niekompetencję.

Senator wściekał się też coraz bardziej na mamrotanie Caseya. Dyrektor po prostu nie chciał mówić głośniej i wyraźniej, Goldwater miał więc wrażenie, że coś ukrywał. - Zrozumiałeś, o czym on, do cholery, mówił? - pytał Goldwater innego senatora lub członka sztabu. Nazywał Caseya "klapkiem" lub "kłapiącymi wargami". Uważał, że Casey nie stara się. Casey, cholera, nie miał nawet na tyle wyczucia czy politycznego taktu, żeby ostrzec komisję, zanim wyszła historia z Hu-gelem. Wieść o tym przyszła od redaktora Post, w weekend przed opublikowaniem artykułu. Dlaczego Goldwater musiał dowiadywać się o tych rzeczach od ludzi z gazet?

Quinn zadzwonił do Caseya:

- Bili, nigdy więcej go nie zaskakuj. Dzwoń do niego. To bardzo ważne, żeby do niego zadzwonić. Po drugie, sugeruję, żebyś dotarł do sedna rzeczy, żebyś wyjaśnił 2 nim wszystko. On zrozumie.

W piątek, 17 lipca 1981 r., trzy dni po dymisji Hugela, Goldwater zwołał Senacką Komisję ds. Wywiadu. W czasie dwugodzinnej sesji przy drzwiach zamkniętych uzgodniono, żeby przeprowadzić rutynowy przegląd sprawy Hugela i wszelkich kwestii na temat interesów Caseya. Niektórym członkom komisji wydawało się to niekonsekwentne, że Hugelowi przetrzepano skórę za historię sprzed siedmiu lat, podczas gdy Casey nie jest pociągany do odpowiedzialności za swoje sprawy. Senator Biden powiedział, że jeżeli nie wyjaśni sprawy Multi-ponies, to Casey powinien zrobić to, co jest najlepsze dla agencji i kraju - ustąpić. Goldwater jednak powiedział reporterom, że na razie nie widzi powodu, dla którego Casey miałby ustąpić.

W następny wtorek, 21 lipca, Komisja Senacka odbyła rutynową publiczną rozprawę w sprawie wniosku CIA o zwolnienie z podlegania ustawie o wolności informacji. Moynihan, który uważnie śledził dochodzenie personalne w sprawie: Caseya, skorzystał z okazji:

- Przez ostatnie dwa dni staraliśmy się usilnie dowiedzieć czy dyrektor CIA brał udział w nielegalnej działalności, czy jest godny sprawowania swego urzędu - powiedział Moynihan, podnosząc głos z oburzeniem. - Dzwoniliśmy bez przerwy do Białego Domu. Telefonowałem do prokuratora generalnego i nie odpowiada. Może nie wie, kim ja jestem, może nie wie, co się tu dzieje albo uważa że nie jest to ważne. Ale do cholery, to jest ważne!! Niech oni lepiej pomogą nam ustalić czy

dyrektor CIA powinien ustąpić, czy nie. Jeżeli nie, to stracą dyrektora CIA diabelnie szybko.

Godzinę później Moynihan wyszedł, ściskając w ręku dwie pilne wiadomości: jedną od prokuratora generalnego Williama Frencha Smitha, a drugą od radcy Białego Domu Freda Fieldinga.

Goldwater zgodził się, że nie przywiązywano właściwej wagi do komisji. Caseya znowu nie było w mieście. Wyraźnie lekceważył Kongres i znowu to Inman musiał radzić sobie z atakami. Goldwater narzekał na osobności, że lepiej by było dla wszystkich, gdyby Casey po prostu podał się do dymisji.

W czwartek wieczorem telewizja CBS doniosła, że Goldwater powiedział to Caseyowi. - To cholerne kłamstwo - oburzył się Goldwater. Był wściekły. Kręgosłup sprawiał mu problemy i wypił swojego wieczornego drinka. Z początku powiedział sobie, że nie będzie nic mówił. Nie mógł jednak opanować gniewu i zwołał konferencję prasową w Senackiej Galerii dla Radia i Telewizji, aby oficjalnie zanotowano jego zaprzeczenie, zanim ta historia zacznie żyć własnym życiem.

Zapytano go o osobiste odczucia w tej sprawie. Goldwater nie czuł się dobrze kłamiąc czy mówiąc półprawdę, bo półprawdy przeznaczał na ważniejsze sprawy. Może publiczna nagana dotrze do Caseya...?

Goldwater wybuchnął: - To, że mianował niedoświadczonego człowieka na głównego szpiega w państwie już było niewłaściwe. Muszę to powiedzieć jako osoba zaangażowana w sprawy wywiadu od lat. Był to bardzo poważny błąd... nawet niebezpieczny. Samo to stanowi najgorszą rzecz, jaką zrobił Casey... To, że mianowanie pana Hugela zaszkodziło morale CIA jest, moim zdaniem, wystarczającym powodem, żeby pan Casey podał się do dymisji lub żeby prezydent poprosił go o odejście.

Teraz CBS i wszystkie inne media miały nową, dramatyczyną historię. Wiadomość była na pierwszych stronach. Sumienie własnej partii prezydenta powiedziało właśnie, że Hugel był "niebezpieczny" i że Casey powinien odejść.

Było jeszcze coś. Goldwater powiedział, że istnieją pewne podejrzenia co do brakujących danych na temat niektórych interesów Casey# oraz inne "niezgodności", na przykład czy Casey zarobił na transakcjach z Multiponics ponad 750 tysięcy dolarów, czy stracił 145 tysięcy, jak twierdził.

Goldwater poszedł do Quinnow na Connecticut Avenue na kolację.

- Barry - powiedział Quinn - nie powinieneś był tego powiedzieć. Nie powinieneś tak wybuchać.

Bette Quinn zgodziła się.

- No, ale wybuchnąłem - powiedział Goldwater. - Czas będzie to musiał zatrzeć. - To był długi, straszny tydzień pełen konfliktów pomiędzy lojalnością do partii a zdrowym rozsądkiem.

Cassy był w domu i spał, kiedy późne dzienniki przekazały oświadczenie Goldwatera. Zadzwonił telefon.

-Bili - zapytał Sporkin-słyszałeś, co ten sukinsyn Goldwater powiedział?

- Nie - powiedział Casey. Więc Sporkin wyjaśnił.

- Nie martw się tym - powiedział Casey.

- Co znaczy nie martw się tym? - wrzasnął Sporkin.

- Idę dalej spać - powiedział Casey, odkładając słuchawkę.

Około 3:30 rano Casey wstał, włożył szlafrok i zszedł na dół. Wstawał tak w środku nocy jakieś dwa, trzy razy w tygodniu. Był to czas kompletnego spokoju. Lubił czytać w łóżku, ale wiedział, że światło przeszkadzało Sophii. Wolała, żeby szedł do drugiego pokoju.

Tamtego rana Casey nie czytał. Zadzwonił i obudził Sporkina. - Stan, co u licha powiedział Goldwater?

Sporkin powtórzył. Tak, widział w telewizji nocnej; Goldwater stał tam przed reporterami, to była konferencja prasowa, właściwie żądająca głowy Caseya.

- Jestem pewien, że Goldwater nie miał tego na myśli - powiedział

Sporkin - nie martw się.

- Dzwonię, żeby cię podnieść na duchu - odpowiedział Casey. Wykręcił domowy numer telefonu Goldwatera.

- Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałeś - powiedział Casey, budząc przewodniczącego. Jego głos jasno wyrażał poczucie zdrady. Nie było żadnego mamrotania.

- Bili - odparł Goldwater, w półśnie i w złym humorze - lepiej w to uwierz, bo to właśnie powiedziałem.

Casey był na nogach od kilku godzin, próbując czytać, ale rozmyślając. Około 6:00 rano poszedł spać, to była najlepsza godzina snu, tuż przed śniadaniem, nawet w tym dniu.

W piątek Casey rozpoczął rundę spotkań w cztery oczy z senatorami. Podczas dwudziestominutowego spotkania z senatorem Howar-dem H. Bakerem z Tennessee, przywódcą większości republikańskiej w Senacie, Casey prosił o sprawiedliwe wysłuchanie. Wykazywał oznaki przemęczenia. Nigdy nie zarobił 750 tysięcy dolarów na Multiponics - może to udowodnić i zrobi to. To jest polowanie na czarownice.

Baker powiedział, że niestety musi popierać swojego przewodniczącego komisji. Jego rada była prosta: niech Casey i Biały Dom wymyślą coś w ciągu dwudziestu czterech godzin.

Nie było jednak sposobu na powstrzymanie innych republikanów, którzy wzorowali się na Goldwaterze. Jeżeli Barry się wycofywał, to sytuacja musiała być krytyczna. Podczas lunchu z reporterami, senator Ted Stevens, który rzadko zapuszczał się poza republikańską enklawę, powiedział, że zasięgnął opinii w Komisji Wywiadu.

- Pan Casey zrobiłby mądrze, jeśli przyjąłby radę pana Goldwatera - powiedział Stevens. - Osobiście sądzę, że Barry nie wydaje tych zaleceń lekką ręką. Ma na uwadze interesy agencji.

Senator William V. Roth z Delaware, jeden z ośmiu republikanów w komisji, posunął się jeszcze dalej:

- Te zarzuty tak zaszkodziły wiarygodności pana Caseya w Komisji Wywiadu, iż niemożliwym jest, aby pan Casey skutecznie wypełniał swoje obowiązki. Powinien odejść. I to zaraz.

Biały Dom, zaskoczony atakiem ze strony dotychczasowych sojuszników Caseya, wydał oświadczenie w imieniu prezydenta: - Nie zmieniłem zdania co do Billa Caseya.

Casey powiedział reporterom, którzy wlekli się za nim od jednego gabinetu w Senacie do drugiego: - Uważam, że kiedy wyjdą na jaw wszystkie fakty, jasne będzie, że jestem gotów poprowadzić personel centralnego wywiadu.

Oświadczenie to wydawało się nieumyślnie przyznawać, że jeszcze nie zaczął przewodzić CIA, chociaż był na tym stanowisku od pół roku.

W piątek Howard Baker uzyskał zgodę Goldwatera na wprowadzenie specjalnego prawnika w sprawie Caseya. Wybrali Freda Thompso-na, który był szefem sztabu Bakera, gdy ten był wiceprzewodniczącym Senackiej Komisji ds. Watergate w latach 1973-74.

Baker powiedział Thompsonowi, że stara się uspokoić wszystkich, ale jest jasne, że Casey nie ma poparcia. Jeżeli szybko nie zmieni złej passy, to po nim. Wszyscy chcieli, żeby to dochodzenie prędko się zakończyło. Thompson zajrzał do akt, dokumentów i deklaracji finansowych. Sytuacja finansowa Caseya była tylko trochę mniej skomplikowana niż Aristotelesa Onassisa.

- Lubię Billa Caseya - powiedział Thompson - ale swój tyłek bardziej. Tak więc był tylko jeden sposób: dokładne, żmudne śledztwo.

W Nowym Jorku, na dwudziestym drugim piętrze budynku przy Park Avenue 90, John Shaheen, zamożny właściciel pól naftowych, weteran OSS i przyjaciel Caseya od trzydziestu pięciu lat z niedowierzaniem czytał relacje prasowe. Partia Republikańska była dla Shaheena rodzajem religii, tak jak i dla Caseya. Nie miało sensu to,

r

że Goldwater - Republikanin przez duże R - żądał głowy Caseya. Było to prawie tak, jakby wszyscy przywódcy rodem z wywiadu amerykańskiego od generała Donovana poczynając, byli w niebezpieczeństwie. W latach pięćdziesiątych Shaheen i Casey należeli do grupy starych wyg, która pozostawała blisko Donovana. Byli jak synowie. On dzwonił do nich, jeżeli zbyt długo nie dawali znać o sobie. Z powodu wylewu Donovan został wzięty do szpitala im. Waltera Reeda w Waszyngtonie.

8 lutego 1959 roku, kiedy Donovan zmarł, Shaheen i Casey polecieli do Waszyngtonu. Pogoda była okropna. Pomimo że trumna nie była otwarta, Casey chciał tam być wcześnie. Przez cały tamten dzień Casey poruszał się wolno i mówił niewiele. Był odrętwiały, odtwarzał wspomnienia, chodząc potrząsał z lekka głową, z wilgotnymi oczami patrzył gdzieś daleko. Na pogrzebie w Arlington było tak, jakby chował część samego siebie. Prawie jakby stracił ojca. Shaheen powiedział: - Donovan był częścią jego serca.

Nominacja Caseya jako DCI została przyjęta z wielką radością wśród chłopców Donovana. Poczuli ciągłość z przeżyciami wojennymi, których żaden z nich nie odnalazł nigdzie indziej w życiu. Casey w CIA - to znaczyło, że ich praca nie skończyła się.

Shaheen zadzwonił do Caseya w Waszyngtonie.

Casey powiedział, że użyto chwytu poniżej pasa. Cała ta sprawa jest niesprawiedliwa. Wszyscy chcieli mu przypiąć jakąś łatkę. To po prostu polityka.

Shaheen powiedział, że przecież Casey i Goldwater są po tej samej stronie. Z perspektywy Nowego Jorku nie wygląda to dobrze.

- Burza w łyżce wody - Casey próbował nieco zbagatelizować sytuację.

- Słuchaj - powiedział Shaheen - mówię jak przyjaciel, jeżeli nie zakrzątniesz się i nie wykonasz jakiegoś gestu pojednawczego w stronę Senackiej Komisji ds. Wywiadu, to możesz być zmuszony do odejścia.

Shaheen zatelefonował do Geoffreya M.T. Jonesa, prezesa weteranów OSS. Jones (absolwent Princeton z 1942) był wysoki, wytworny, uprzejmy, poufały, w świetnym garniturze, wykrochmalonej koszuli. Zamienił klub nocny El Morocco w klub prywatny i prowadził go przez osiem lat. Dla Jonesa weterani OSS nie byli zwykłym hobby. Wydawał regularnie gruby biuletyn, który relacjonował spotkania OSS-owców. Był na bieżąco ze zmianami adresów, utrzymywał stare więzi klubowe.

Shaheen i Jones zgodzili się, że Casey potrzebuje pomocy. Jeden z nich został "zestrzelony" na wrogim terytorium - w Kongresie Stanów Zjednoczonych.

Pierwszym krokiem była demonstracja publicznego wsparcia. Prędko wysłano około czterystu telegramów z prośbą o datki dla weterana OSS. Wieloosobowe lunche wspierające Billa Caseya były zorganizowane w Nowym Jorku i Waszyngtonie z udziałem mówców George'a Shultza i Williama E. Simona - dwóch byrych sekretarzy skarbu, co było miłe, jeśli wziąć pod uwagę, iż Caseyowi stawiano zarzu+y finansowe.

W pierwszych miesiącach pracy Sporkina wydawało się, że duch senatora Franka Churcha kroczy jeszcze przez korytarze siedziby CIA. Wszyscy się bali i szukali powodów, żeby czegoś nie robić. Sporkin przyczepił temu etykietkę "syndromu nie". Dawał prawne przyzwolenie na jakieś drażliwe tajne działanie czy operację pozyskiwania informacji, ale wszystko zdychało, zanim dotarło na biurko Caseya. Sporkin wymyślił więc system ostrzeżenia dla Caseya. Sporkin sądził, że jeżeli Caseya wyrzucono by teraz, to nikt nigdy nie wprawi agencji wywiadowczych w ruch. A jeżeli Casey nie będzie działał, to zrobi to Sporkin. Wszystkie stare sprawy Caseya wyłaziły na forum publiczne. Następnego dnia, 25 lipca 1981 r., Sporkin i dwóch znanych przyjaciół Caseya zwołali konferencję prasową w hotelu Mayflower w centrum Waszyngtonu.

Sporkin nie tylko był chętny bronić pozycji prawnej Caseya, ale, co było nietypowym krokiem dla adwokata, posunął się do ręczenia za jego charakter.

- Strata talentu tego człowieka byłaby tragedią dla kraju. Poznam oszustwo w papierach wartościowych, gdy je zobaczę, a nie widzę go w tym wypadku - powiedział Sporkin, występując jako były urzędnik Komisji Papierów Wartościowych.

Wypowiedział się również senator Paul Laxalt, republikanin z Ne-vady, który był bardzo bliskim przyjacielem zarówno prezydenta, jak i Nancy Reagan. Przypisał Caseyowi uratowanie grzęznącej kampanii prezydenckiej Reagana w 1980 roku. Laxalt powiedział w tonacji politycznego apelu: - Uważcon, że gdyby nie Bili Casey, to Ronald Reagan nie byłby dziś prezydentem.

Jones doszedł do wniosku, że nadszedł czas by wejść na scenę. Poleciał do Waszyngtonu, założył kwaterę główną w hotelu Madison i zebrał 2-osobowy zespół weteranów OSS. Byli to dr James Kellis --bohater II wojny światowej, ryzykował życiem w operacjach, które stworzyły legendę OSS oraz były kongresmen John Blatnik - liberalny demokrata, który był w Białym Domu od dwudziestu ośmiu lat i przewodniczył Komisji Robót Publicznych od 1970 do 1974 roku.

Jednym z ich pierwszych "przystanków" był senator Daniel K Ino-uye, jeden z siedmiu demokratów w Komisji ds. Wywiadu. Był w Senackiej Komisji ds. Watergate i był pierwszym przewodniczącym Senackiej Komisji ds. Wywiadu (1976-77) tuż po śledztwie Churcha. Stracił prawe ramię w czasie wojny. Kellis wyjaśnił, jakie wrażenie wywarła na nim działalność Caseya w OSS, jego lojalność, jego szczere starania o ulepszenie agencji. Tak, Casey nie wypadł dobrze w Kongresie, ale można wziąć poprawkę na jego irlandzki upór.

Inouye słuchał uważnie i w końcu powiedział: - Jeśli John Blatnik ufa Caseyowi, to ja też mu zaufam.

Zespół Kellis - Blatnik trafił do dwunastu senatorów w komisji i wielu członków sztabów, nie zawsze odnosząc taki sukces. Byli jednak w stanie robić wrażenie, że są tylko słabym odbiciem życzliwości w stosunku do Caseya.

Około 14:00 w niedzielę, Casey przekazał Komisji Senackiej dziesięć tomów (60 cm grubości) dokumentów, jako odpowiedź na cztery strony pytań. W każdym z dwudziestu pudeł było dwadzieścia kopii - po jednej dla każdego senatora w komisji. Pismo do Goldwatera komunikowało, że Casey z przyjemnością stanie przed komisją. W poniedziałek Casey wygłosił optymistyczne sprawozdanie ze stanu rzeczy i mowę do setek pracowników CIA. Powiedział, iż jest zdziwiony, że tyle zarzutów wyszło na jaw w ciągu tylko jednego tygodnia, ale poprosił, żeby z nim wytrzymali, bo pewien jest, że nie zrobił nic złego i że pozostanie dyrektorem.

Zgotowano mu owację na stojąco, o której pisała prasa. Casey poszedł do Inmana i powiedział, że chce prosić go o osobistą przysługę, o publiczną wypowiedź w jego sprawie.

Inman widział, iż Caseyowi ta prośba przyszła niezmiernie trudno i zgodził się od razu. Przyjął zaproszenie do wystąpienia w programie Eda Koppela Nightline w telewizji ABC.

Inman uważał, że początków wojny między Caseyem a Goldwate-reni można szukać w 1966 roku, kiedy to Casey ubiegał się o nominację do Kongresu z ramienia republikanów przeciw Derounianowi, zwolennikowi Goldwatera. Inman miał wrażenie, że ludzie tego pokroju nie zapominali łatwo tego rodzaju spraw, nawet po piętnastu latach. Casey wykonał następną rundę wśród senatorów. On wiedział więcej na temat swoich interesów i inwestycji niż ktokolwiek inny. Może odpowiadać i odpowie na każde pytanie, jeżeli będą chcieli. Nie ma wstydu w tym, że zajmuje się kapitałem wysokiego ryzyka. Ryzyko często prowadzi do niepowodzenia, niezadowolenia, proce-

sów sądowych. Jemu jednak nie zarzucono niczego nielegalnego. Jeżeli chodzi o Multiponics - tak, był w zarządzie, ale był w wielu zarządach, nie miał nic wspólnego z opracowaniem czy z przeglądem prawnym oferty akcji. Dyrektorom ciągle wytacza się procesy, ale on nie może brać odpowiedzialności za każde działanie kierownictwa. Korporacja może odpowiadać pieniężnie, jeżeli coś zrobiono źle, ale prasa nadała całej tej sprawie aurę wykroczenia moralnego czy kryminalnego. Jest to nonsens i zrozumie to każdy, kto prowadzi interesy.

Senator Lloyd M. Bentsen, zamożny teksański demokrata w komisji, rozumiał to w pełni. Bentsen wiedział o przeszkodach na drodze w świecie biznesu. Po spotkaniu z Caseyem Bentsen powiedział:

- Nie przedstawili mu najmniejszego zarzutu... Jeszcze nie zobaczyłem ani nie usłyszałem żadnych wiarygodnych dowodów, przez które uważałbym, że pan Casey powinien zrezygnować.

Casey sprawiał wrażenie pewnego siebie, gdy przebiegał z jednego prywatnego spotkania w Senacie na drugie.

- Zobaczyliśmy dno beczki - powiedział grupie reporterów wlokących się pod jednym z gabinetów. - Nic tam nie ma... Wiecie, chłopaki, nic mnie nie niepokoi. Moje życie to otwarta księga. Jestem gotów dyskutować na każdy temat.

Inman przyglądał się temu wszystkiemu z niejaką konsternacją. W poniedziałek Newsweek oświadczył, że Biały Dom ma listę możliwych następców Caseya, jeśli zaistnieje potrzeba. Na liście rzucała się w oczy nieobecność Inmana. Doradcy z Białego Domu dawali do zrozumienia, że jeżeli Goldwater sprawi, że Caseya wyrzucą, to nie będzie na tym miejscu jego faworyta.

W programie Nightline Inman powiedział: - Bili Casey to odpowiedni człowiek do dalszego pełnienia funkcji dyrektora.

Weterani OSS przyczynili się do wystąpienia byłego dyrektora CIA Colbyego w programie TV MacNeil - Lehrer Report w celu obrony Caseya. Colby powiedział: - Uważam, że najgorszą rzeczą, jaka mogłaby się zdarzyć w tej chwili byłaby dymisja pana Caseya, bo to oznaczałoby, że trzeba tylko paru skandalicznych historii, po czym szef agencji składa dymisję albo musi odejść. W sumie, sprawa Caseya to "dużo piany i pochopnych wniosków".

W środę 29 lipca 1981 r., piętnaście dni po rezygnacji Hugela, Casey przyszedł na sesję zamkniętą przed Komisją Senacką w zabezpieczonej sali przesłuchań na czwartym piętrze Kapitelu. Zawadiacki i

machający ręką przed wejściem do windy powiedział: - To będzie pestka... Już to kiedyś przerabiałem. - Casey był pewny siebie; demokraci w komisji stawali po jego stronie, Hugela nie było, a wszystkie sprawy finansowe dotyczyły inwestycji kapitałowych obciążonych ryzykiem

sprzed 1971 roku.

Zeznając pod przysięgą, Casey odpowiadał na pytania ze wszystkich dziedzin - na temat rzekomo złej jakości informacji wywiadowczej na Bliskim Wschodzie, na temat "politycznych" aspektów niektórych sprawozdań analitycznych. Przyznał, że Hugel okazał się niewłaściwym człowiekiem. Pod ostrym ogniem pytań, powiedział to wreszcie: - tak, mianowanie Hugela było "błędem".

Casey delikatnie napomknął, że jest jak Inman, że pragnie wywiadu niepolitycznego, że CIA nie powinna angażować się w szpiegowanie w kraju i on pomoże komisji w sprawowaniu funkcji nadzorczej. Zdarzyły się poniżające chwile. Jeden senator po drugim czepiał się swoich ulubionych tematów, prawdziwych lub urojonych krzywd, czy też reportaży prasowych. Senator Biden nie dał Caseyowi spokoju, odrywając jeden po drugim strupy z jego przeszłości finansowej. Wreszcie Casey odparował, mówiąc, że jest biznesmenem i podjął ryzyko w interesach zgodnie z amerykańską tradycją. Niektóre rzeczy nie wychodziły, prowadząc do kłótni w interesach, procesów cywilnych, prywatnych sporów. A jeżeli senatorom się to nie podoba, to jest to ich

problem, a nie jego.

Pod koniec demokraci Henry M. Jackson i Bentsen zaproponowali, żeby komisja wyraziła "pełne zaufanie" i naprawiła szkody, które zostały wyrządzone w ostatnich dniach. Nie udało im się jednak uzyskać większości głosów, które oznaczałyby aprobatę.

Po niejakich kłótniach senatorowie jednogłośnie uzgodnili publiczne oświadczenie: Nie stwierdzono podstaw do wniosku, iż pan Casey nie jest w stanie piastować urzędu dyrektora.

Ten dwuznaczny znak aprobaty, ociekający insynuacją, ugodził Ca-seya i gdy wyszedł z pięciogodzinnego przesłuchania, odmówił odpowiedzi na jakiekolwiek pytania.

W Białym Domu prezydent Reagan ćwiczył zwycięskie oświadczenie w sprawie uchwały o obniżeniu podatków, która właśnie przeszła w kontrolowanej przez demokratów Izbie. Było to największe zwycięstwo Reagana od czasu wyborów i było demonstracją tego, że Reagan będzie kontrolował polityczny program narodu. Doradca przekazał gratulacje.

- O tak, wiem - powiedział Reagan rozpromieniony, wyciągając rękę na znak, że dostrzega pozytywny aspekt. - Ale czy widział pan to sprawozdanie na temat Billa Caseya? Jednogłośne.

W Langley Casey obserwował, jak powoli rozpoczynała się tajna operacja w Czadzie. Była zaprojektowana, aby wspierać starania byłego mimstrajabrony Czadu Habre o odebranie władzy Przejściowemu Rządowi Jedności Narodowej (znanego pod akronimem francuskim GUNT) i uwolnienia Czadu spod wpływów Kadafiego. Zawierała ogólną pomoc: pieniądze, broń, wsparcie polityczne i pomoc techniczną. Powinno to było być łatwe. Oznaczało to podłączenie się do kanału pieniężnego używanego przez Francję, która wydała blisko 100 milionów dolarów w celu ustabilizowania swojej dawnej kolonii. Casey widział, że machina w Langley nie była dobrze naoliwiona. Dyrekcja ds. Operacji wykazywała niewystarczającą wiedzę na temat międzynarodowego rynku broni - najlepszych karabinów, najlepszych cen, pewnych tras przewozowych, protokołu bankowego w celu "prania" funduszy. Agencja skupiła się na stronie negatywnej, nalegając, żeby Habre zobowiązał się, iż ta śmiercionośna pomoc nie zostanie wykorzystana przeciwko opozycji politycznej. Ten delikatny szczegół dotyczący praw człowieka był poważnym problemem w komisjach nadzorczych Kongresu.

- Do diabła - zastanawiał się Casey - czy oni chcą mieć list od matki Habrego? Habre jest brutalnym, wyrachowanym człowiekiem nastawionym na przetrwanie. Nie czytali własnych raportów? Gdzie realizm?

Operacja spowodowała serię reportaży prasowych, niektóre stawiały CIA w niezręcznych sytuacjach.

Raport na temat operacji w Czadzie został przedstawiony Komisji ds. Wywiadu Izby przez dyrektora ds. operacji Hugela przed jego dymisją. Spora liczba członków komisji głośno wyraziła niepokój. Ich zdaniem brzmienie raportu jest na tyle dwuznaczne, że można go wykorzystać jako uzasadnienie bezpośredniego dobrania się do Kadafiego.

Niektórzy kongresmeni zastanawiali się, czy Habre był dobrze wybrany do otrzymania tajnej pomocy. Ze strony lewicy były pytania na temat jego udziału w masakrach w przeszłości. Prawica przywoływała jego oświadczenia, że podziwiał Mao, Castro i Ho Chi Minha. Kiedyś wołał o "ferment rewolucyjny w całej Afryce". W dodatku wcześniej Habre miał bliskie więzy z Kadafim i otrzymał od niego broń. Czy CIA wybrała najlepszą alternatywę przeciw Kadafiemu?

Casey dostarczył komisji egzemplarz "opracowania zakresu", przedstawiającego w ogólnym zarysie poszczególne rodzaje dostarczanej

broni, kontakty, szacowane koszty i czas trwania. Niemniej jednak członkowie komisji Izby wysłali do Reagana ściśle tajny list, w którym protestowali przeciw tej operacji. Wiadomości o tym liście przeciekły i ukazały się reportaże w prasie twierdzące, że Izba sprzeciwiła się jakiejś operacji w nieokreślonym kraju w Afryce.

Reprezentant Clement J. Zablocki, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Izby i członek Komisji ds. Wywiadu przejrzał raport na temat Czadu i list do Reagana. 69-letni prawodawca dał przeciek do Newsweek'a, że ta jeszcze nie nazwana operacja jest planem obalenia Kadafiego. Krótki, ale sensacyjny artykuł Newsweek 'a pod nagłówkiem: Plan obalenia Kadafiego twierdził, że CIA miała właśnie uruchomić wielofazową i kosztowną operację mającą na celu obalenie reżimu libijskiego. Dla członków Komisji ds. Wywiadu Izby, którzy przeglądali plan, może to oznaczać zamach na Kadafiego.

Casey był wściekły o ten reportaż. CIA podjęła delikatną operację wsparcia, w której istniała realna szansa powodzenia i w którą sojusznicy USA - Francja i Egipt - byli już bardzo zaangażowani. Teraz paranoja Kadafiego będzie podsycana przez obawy przed fikcyjną napaścią z frontu, podczas gdy CIA wkrada się od tyłu. Trzeba to będzie publicznie zdementować. Tak więc Biały Dom wystosował oficjalne dementi do Newsweek'a, chociaż potwierdził, że był list protestujący od komisji w Izbie w sprawie pewnej operacji.

Rozpoczęto poszukiwanie nie nazwanego kraju. Kilku urzędników Białego Domu postanowiło, że lepiej będzie pomóc sprostować niewłaściwe relacje, dać przeciek o prawdziwym kraju - celu, by uwiarygodnić dementi na temat Libii.

Prezydent Reagan podpisał następny ściśle tajny raport mniej więcej w tym samym czasie. Ta operacja z kolei, na prośbę Departamentu Stanu, miała dostarczyć pieniądze na wsparcie polityczne dla proza-chodniego przywódcy Mauritiusa - małej wyspy na Oceanie Indyjskim blisko tras naftowych. Przywódca ten, premier Ramgoolam, 80-letni lekarz, który był u władzy od trzynastu lat stał w obliczu ciężkiej walki przeciw marksistowskiemu ruchowi i pewne było, że bez pomocy przegra. Biorąc pod uwagę jej strategiczne położenie, wyspa mogła stać się potencjalną sowiecką bazą Marynarki Wojennej. Tego rodzaju tajna operacja - łagodne wsparcie polityczne i pieniądze - może utrzymać przy władzy przyjaznego przywódcę. Ryzyko i koszt był niski, a potencjalny zysk - wysoki. Nikt na Wzgórzu nie miał obiekcji co do takiego wsparcia politycznego na niskim poziomie. Był to standardowy plan Departamentu Stanu - wepchnąć trochę pieniędzy przyjaznemu przy-

l

wódcy małego kraju, gdzie za kilka dolarów może wygrać lub kupić wybory.

Ale doradcom w Białym Domu pomieszało się i dali przeciek, że celem było państwo, Mauretania*, którego nazwa miała takie same pierwsze pięć liter.

Mauretania, duży kraj w północno - zachodniej Afryce, był następnego dnia w prasie jako kraj - cel CIA w Afryce.

Podtekst był taki, że Stany Zjednoczone chcą obalić rząd.

Casey podejrzewał szwindle Białego Domu oraz niewiedzę. Było to absurdalne, wystarczyło sprawdzić, że Stany Zjednoczone mają przyjazne stosunki z muzułmańskim rządem wojskowym w Mauretanii. Żeby dopełnić kompletnej niedorzeczności, raporty CIA wykazały, że Libia zaangażowana była w nieudaną próbę zamachu stanu w Mauretanii na początku stycznia.

Ale już się stało. Mauretańczycy zdenerwowali się i wystosowali protesty. Ponieważ urzędnicy spowodowali jeszcze więcej kłopotów, próbując sprostować mylny reportaż Newsweek'a o Libii, powiedzieli Mauretańczykom, że nie mogą rozmawiać na temat artykułów o tajnych - rzekomo - operacjach. Jeżeli było to nieprawdziwe, to dlaczego rzecznicy Białego Domu nie postąpili tak, jak w przypadku Libii? Oficjalne milczenie raczej tylko potwierdzało reportaż. Departament Stanu starał się przekonać Mauretańczyków, że reportaże w prasie są mylne, ale to znowu wymagało podania nazwy prawdziwego celu, jeżeli dementi miało być wiarygodne.

W końcu zaprzeczono operacji w Mauretanii i zostały po cichu wypuszczone raporty o prawdziwym celu - wyspie Mauritius, ale z tym najważniejszym punktem, że jest to operacja wsparcia obecnego przywództwa, a nie obalenia go.

Casey czuł pogardę. Reporterzy wpadali z każdą wersją, której przeciek otrzymali. Czy nikt nie myślał? Urzędników politycznych Białego Domu należało wykształcić na temat tajnej polityki zagranicznej. Nie można jej prowadzić jak kampanii politycznej, z przemówieniami, przeciekami i wyjaśnieniami. To było nienormalne - Kongres, Biały Dom, Departament Stanu i prasa mieli swój udział we wszystkich jego operacjach. Na spotkaniu z prezydentem, w Białym Domu Casey protestował, mówiąc, że jeżeli ma prowadzić operacje, to wszystkie szczegóły muszą być bezwzględnie ograniczone. Ostatnie artykuły w prasie

Wjęz. angielskim Mauretania pisze się Mauritania (przyp. tłum.).

stworzyły wrażenie, że bardzo drogie tajne działania zostały rozpoczęte lekkomyślnie w całej Afryce: na Mauritiusie, w Mauretanii i w Libii. Czy ktokolwiek zdaje sobie sprawę z tego, co taki artykuł o tajnej operacji w danym kraju robi dla tamtejszej placówki CIA? Gromadzenie informacji wywiadowczej, stosunki z miejscową służbą wywiadowczą mogą zostać zlikwidowane.

Reporterzy Newsweek'a wrócili do Zablockiego po zdementowaniu planu libijskiego. Zablocki poszedł do członków Sztabu Izby, dając im poufną informację, że to on był źródłem dla Newsweek'a. Upomniano go, ale przewodniczący Komisji ds. Wywiadu w Izbie, Edward Boland, postanowił nie podejmować działań przeciw Zablockiemu, ponieważ przecieki były na miarę epidemii*.

W niedzielę, 7 lipca 1981roku, Inman otrzymał wiadomość, że Izrael, używając samolotów bojowych dostarczonych przez USA, zbombardował i zniszczył iracki reaktor jądrowy położony 13 km za Bagdadem. Sprawdził i stwierdził, że w ramach układu o wspólnej informacji wywiadowczej, zawartym za aprobatą Caseya, Izrael miał prawie nieograniczony dostęp do amerykańskich fotografii satelitarnych i posłużył się nimi przy planowaniu nalotu. Casey wyjawiał zbyt dużo. Administracja balansowała na linie w sporze arabsko-izraelskim, ale Inman nie wyobrażał sobie, jak Stany Zjednoczone mogą prowadzić zrównoważoną politykę, jeżeli Izraelowi pozwala się wykorzystywać amerykański wywiad w celu zrzucania bomb na Bliskim Wschodzie. Szybko opracował nowe przepisy, według których Izrael mógł dostać zdjęcia lub inną ważną informację wyłącznie do celów obrony. Dostęp Izraela będzie ograniczony do krajów stanowiących bezpośrednie zagrc żenię lub graniczących z Izraelem. Bagdad jest oddalony o 800 km i "znajduje się poza tą listą.

Casey przystał na to. Był jeck;ak zadowolony, że Izraelczycy pozbyli się problemu i podziwiał ich za śmiałość. Gdy Biały Dom nałożył sankcje, wstrzymując dostawę kilku myśliwców F-16, Casey uważał, że może być to

* W następnym tygodniu Newsweek tylko nieznacznie odstąpił od swojej wersji o spisku przeciw Kadafiemu -urzędnicy Białego Domu starali się pomóc Caseyowi zaprzeczając, że istniał jakikolwiek spisek przeciwko Libii. Jednakże pismo twierdziło, że omawiano różne plany przeciw Kadafiemu z członkami Komisji ds. Wywiadu Izby. Rywalizujący Time doniósł, że błędna informacja przeciekła do Newsweek'a ze źródeł w CIA. Time stwierdził, iż dowiedział się o rzekomym spisku, ale dodał, że w zeszłym tygodniu Biały Dom kategorycznie zaprzeczył doniesieniom Newsweek'a. Tajemniczy tajny plan - twierdził Time - był operacją o dużo szerszym zakresie i przeznaczony był do poparcia interesów USA na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej.

konieczny gest dyplomatyczny i polityczny, ale na osobności nazwał to bzdurą. W czasie administracji Cartera Izraelczycy nalegali na USA, żeby wywarły presję na Irak, aby ukrócił swój program rozwoju jądrowego. Zagrozili, że jeżeli nic się nie zrobi, to oni coś zrobią. Mossad badał nawet możliwość operacji sabotażowej, ale uznano, że nalot pociągnie za sobą mniejsze ryzyko zarówno dla Izraelczyków, jak i dla Irakijczyków. W nalocie zginęła tylko jedna osoba - technik w irackim zakładzie.

Casey dostrzegł, że wywiad izraelski miał do pokonania szczególną przeszkodę - sceptycyzm w agencji. Przed rokiem 1974 sławny szef kontrwywiadu James Jesus Angleton prowadził w agencji dział izraelski przetrzymując informację od ludzi ds. operacji na Bliskim Wschodzie i analityków. Nawet po zwolnieniu Angletona przez długie lata wszystkie izraelskie informacje wywiadowcze postrzegane były jako niewiele więcej wnoszące niż komunikat prasowy Mossadu.

Mossad miał de facto kilka dobrych źródeł osobowych w trzech miejscach o niezmiernej wadze: Libanie, Syrii i Związku Radzieckim. Casey musiał pracować nad uwiarygodnieniem Mossadu.

Pod niektórymi względami stawiano Izrael w bardziej niekorzystnej sytuacji w sprawach wywiadu. CIA posiadała tajne źródła w OWP, które czasami dostarczały szczegółów operacyjnych o atakach OWP w Izraelu. Dyrekcja ds. Operacji przekonała Caseya, że nie można przekazać takiej informacji Izraelczykom, bo źródła te wyschną. Była to trudna gra i Casey podziwiał, jak Izrael akceptował reguły - trzeba było chronić źródła wszelkimi sposobami. Podchodzili do tego bardzo mądrze, zdając sobie sprawę z tego, że soju-. sznik nie może dać wszystkiego.

Czy istnieją związki tak istotne, że nikt nie może o nich wiedzieć? Casey wiedział, że tak. Zachowywanie źródła, ochrona tożsamości miały pewien związek z wartością informacji. Jeżeli informacja mówi sama za siebie, to nikt nie musi wiedzieć. Zbombardowanie reaktora służyło bardziej utrzymaniu długoterminowych stosunków ze służbami izraelskimi. W miesiąc po bombardowaniu odwiedził Caseya generał major Jehoszua Saguy (pisany "Sagi" w komputerach agencji) - szef izraelskiego wywiadu wojskowego. Saguy rozumiał Zachód; Casey uważał, że Saguy'owi można zaufać. Uzgodnili, że jeżeli kiedykolwiek zajdzie potrzeba to będą rozmawiać ze sobą bezpośrednio.

Dyrektor zwykle poświęcał część swojego dnia Sowietom. Dążył do jak najdokładniejszego zrozumienia wroga numer jeden. Zwrócił uwagę na to, że zakres i poziom propagandy sowieckiej nie jest pojmowa-

ny. Casey nalegał, aby Dyrekcja ds. Operacji przedstawiła tę sprawę i nadała jej odpowiedni rozgłos.

Pierwsze Tsyło opracowanie opatrzone adnotacją "Ściśle tajne" pod tytułem: Czynne kroki sowieckie, które wydano w lipcu. Wersja opracowania z kodem "Tajne", zawierająca mniej informacji na temat źródeł, miała nakład około 3 tysięcy egzemplarzy - być może największa dystrybucja raportu CIA. Raport ten określał jako tajne kroki wszystko, co się robi w celu tworzenia poglądów polityki sowieckiej na całym świecie, nie tylko w ramach tajnych działań czy ukrytej propagandy. Opisano "czynne kroki" sięgające manipulacji, błędnej informacji, działań wojskowych, jawnego wykorzystania zagadnień "rozbrojenia" i "pokoju", nawet "obiektywizmu" i "rozsądku" w różnych wersjach. Te właśnie czynne kroki, które wydawały się obejmować wszystko, co robią Sowieci, były według raportu jednym z głównych instrumentów polityki sowieckiej.

- Wiemy z wiarygodnego źródła, że konkretne zarządzenia dotyczące poszczególnych czynnych kroków zostały podpisane osobiście przez przywódcę partii Leonida Breżniewa... - twierdziła wersja "Tajna".

Niektóre szczegóły cytowane na trzydziestu stronach opracowania to: kontrola oficerów KGB nad dwoma głównymi dziennikami w Ghanie (oficerowie przekazywali redaktorom płatności w gotówce); podrobienie przez KGB w 1976 roku testamentu chińskiego premiera Czou En-Laja, który twierdził, że Rewolucja Kulturalna była błędem (uciekinier z KGB powiedział później, że kierownictwo KGB oceniło ten czynny krok jako "najbardziej udany, jaki wykonano"); przekazanie 85 tysięcy dolarów lewicowemu kandydatowi w Nigerii; kampania poparcia dla ratyfikacji traktatu SALT II, w ramach której agent KGB redagował biuletyn faworyzujący traktat o ograniczeniu zbrojeń.

Kampanie dezinformacyjne obejmowały poparcie Sowietów dla powstania lewicowego w Salwadorze, działanie poprzez ugrupowania polityczne, komitety solidarnościowe (siedemdziesiąt demonstracji w ciągu pierwszego półrocza 1981 roku) oraz manipulację organizacjami międzynarodowymi, w tym ONZ.

Inne opracowania skupiały się na Pakistanie, wysiłkach w celu zerwania stosunków amerykańsko-egipskich oraz staraniach w celu wprowadzenia promoskiewskiego reżimu na Mauritiusie (CIA uoY 3lała tajnego wsparcia prowaszyngtońskiemu rządowi tej wysj. y na Oceanie Indyjskim). Inman doszedł do wniosku, że Casey przesadza, używając opracowania na temat czynnych kroków i miesza dwie różne rzeczy. Grubymi nićmi szyte zarzuty na temat polityki USA w Salwadorze, które uka-

I

zały się w Prawdzie, Izwiestii i Tass oraz w Radio Moskwa były wyszczególnione jako czynne kroki. Praktycznie rzecz biorąc, cała sowiecka polityka zagraniczna była traktowana jako czynny krok. Jednak Inman uznał większość elementów opracowania CIA za dokładne i oparte na dobrych źródłach osobowych. Sowiecka kampania nie była wytworem wyobraźni Caseya, ale w hierarchii wartości pomiędzy podrobieniem testamentu i inwazją na Afganistan, a komentarzami redakcyjnymi w Prawdzie jest kolosalna różnica.

Szerokie rozpowszechnienie opracowania miało podwyższyć świadomość i zasugerować działania ze strony CIA mające przeciwstawić się Sowietom. Jednak ku rozczarowaniu Caseya, CIA nie była w stanie obliczyć, ile te kroki kosztowały Sowietów. Analizowała plany Sowietów zmierzające do zmobilizowania opozycji wobec amerykańskich planów budowy bomby neutronowej - ERW (broni o podwyższonym promieniowaniu) niszczącej ludzi, lecz nie naruszającej budynków. Opracowanie CIA stwierdziło zaledwie, iż skalę starań Sowietów można zmierzyć przez analogię. Obliczono, że gdyby rząd USA podjął kampanię wielkości sowieckiej "kampanii na temat bomby neutronowej", kosztowałoby to ponad 100 milionów dolarów. Casey nazwał takie liczby nierealnymi.

Niemniej jednak, 13 sierpnia 1981 r., miesiąc po rozprowadzeniu opracowania CIA, prezydent Reagan powiedział do reporterów - Mamy informację, że kilka lat temu Związek Radziecki wydał około 100 milionów dolarów w samej Europie Zachodniej, kiedy pierwszy raz wzmiankowano o wynalezieniu głowicy neutronowej i nie wiem, ile wydają teraz, ale zaczynają ten sam rodzaj kampanii propagandowej.

Ta wypowiedź nigdy nie została skorygowana. Inman uważał, że to, iż prezydent Stanów Zjednoczonych rozpowszechniał błędną informację, nie służyło żadnemu celowi, ale Casey nie był szczególnie zaniepokojony. Sowieci kłamali cały czas, a ocena CIA była prawdopodobnie w miarę właściwa.

ROZDZIAŁ 8

Do sierpnia Pezzullo postanowił odejść ze stanowiska ambasadora w Nikaragui. Na przynajmniej trzy miesiące - marzec, kwiecień i maj - powstrzymał dopływ broni do salwadorskich rebeliantów. Ale decyzja administracji o anulowaniu pomocy dla Nikaragui pozbawiła go moż-

6 - VEIL - Tajne wojny CIA

liwości wpływu i teraz broń zaczęła ponownie napływać. Jeszcze zdołał przekonać podsekretarza stanu Endersa, żeby przyjechał do Nikaragui w celu spotkania się z sandinistami. Pezzullo uważał, że Enders jest zarozumiałym głupcem, ale głupcem sprytnym i mocnym, mającym kontrolę nad polityką administracji.

W Managui Enders zgadzał się z Pezzullem. Obydwaj wiedzieli, że nowe raporty CIA na temat przepływu broni podwyższają niepokój w Waszyngtonie. NSA przechwytywała 60-70 procent przekazów radiowych z Managui do pozycji rebelianckich w Salwadorze, wykazując, że Nikaragua była w to mocno wciągnięta. Gromadzenie broni sandini-stów w ich własnym kraju martwiło sąsiadów Nikaragui, zwłaszcza

Honduras na północy.

- Polityka z Waszyngtonu zaczyna iść w kierunkach, które doprowadzą do kolizji - powiedział Enders.

Pezzullo uznał, że oznaczało to tajne działania.

- Chcę temu zapobiec - powiedział Enders. Może dyplomacja jeszcze zadziała.

Enders i Pezzullo odbyli więc serię spotkań z przywódcami sandini-stów. Sandiniści zawsze chętnie konferowali, ale dali do zrozumienia, że nie dadzą się popychać i że będą się bronić.

Enders narzekał, że napastują Kościół, prasę i związki zawodowe; narzekał, że nie-marksiści są wyrzucani z rządu i zapewnił, że nowa administracja w Waszyngtonie chce demokracji w Ameryce środkowej.

- Wewnętrzne sprawy - odpowiedzieli sandiniści. Enders wybuchnął kilka razy mówiąc, że ich kraj to cholerna pchła, którą Stany Zjednoczone mogłyby trzepnąć mając związane z tyłu ręce.

- Bez wygłupów - powiedział Enders - mówimy o waszym przetrwaniu. Ja warn oferuję układ ze Stanami Zjednoczonymi. Pomyślcie

o tym poważnie.

Pezzullo widział, że Enders nie chciał wyrazić przez to groźby, tylko uczciwe oświadczenie, realną przestrogę. Posunął się jednak o krok za daleko z dyplomatyczną emfazą. Było to nietaktowne.

Sandiniści chcieli konkretów.

- Musicie zobowiązać się do ograniczenia wojsk - powiedział Enders - i nieangażowania się w zewnętrzne lub wewnętrzne sprawy krajów sąsiadujących. Krótko mówiąc, zgodzić się na nie eksportowanie rewolucji. W zamian Stany Zjednoczone obiecają nie popierać żadnego z byłych Gwardzistów Narodowych Somozy pracujących przeciw sandinistom (były doniesienia, że ci tak zwani contras - z hiszpańskiego contrarevolucionarios [kontrrewolucjoniści] - szkolili się na teryto-

l

rium USA). Dodatkowo, USA podpisze z Nikaraguą traktat o obronie wzajemnej i nieagresji. Nie lubimy waszego reżimu, ale nie możemy wiele na niego poradzić. Musicie jednak wynieść się z Salwadoru - skonstatował Enders.

Ortega odmówił: - Rewolucja salwadorska jest naszą osłoną, sprawia, że nasza rewolucja jest bezpieczniejsza.

Po powrocie do Waszyngtonu Enders przejrzał prawo międzynarodowe, które sprzyja istniejącemu reżimowi w każdym kraju. Jedyny sposób, w jaki Stany Zjednoczone mogły coś zrobić, to poprzez tajne działanie. Enders ustalił, że administracja musi odwrócić opinię publiczną od Salwadoru, od kwestii, ile razy pogwałcono tam prawa człowieka w zeszłym tygodniu. Enders wysłał Haigowi tajną notę podsumowującą jego wyjazd z wnioskiem, iż pomimo ostrej wymiany zdań istnieje nadzieja, że będzie można dojść do jakiegoś porozumienia z sandinistami.

Haig odesłał notę z nabazgraną na marginesie uwagą: Uwierzę w to, jak zobaczę, a tymczasem nie wstrzymujmy się z innymi planami.

Enders z obowiązku zaproponował sandinistom traktat. Był on wojowniczy i obraźliwy, prawie każący sandinistom wyrzec się rewolucji i jej ideałów. Odrzucili traktat natychmiast.

Casey nadal niepokoił się o Kadafiego. Wzrosło napięcie z racji niezupełnie prawdziwego doniesienia Newsweek'a, że CIA planowała go obalić lub dokonać na niego zamachu. Casey chciał, aby więcej zasobów wywiadowczych skierowano na Libię. Złamano libijskie szyfry dyplomatyczne i wywiadowcze, a Kadafi często rozmawiał na niezabezpieczonych łączach telefonicznych, co dawało Stanom Zjednoczonym coraz wyraźniejszy obraz jego działalności wywrotowej.

Jednym z instrumentów Kadafiego były United African Airlines (UAA), pozornie nieregularny przewoźnik pasażerski i towarowy. W istocie raporty CIA wykazały, że jest to transport powietrzny libijskich sił zbrojnych i, co ważniejsze, Libijskiej Służby Wywiadowczej (LIS). Zarząd i personel tych linii był przeniknięty przez pracowników wywiadu Kadafiego*.

Raport pod koniec sierpnia 1981 roku zanotował, że Kadafi kazał liniom lotniczym otworzyć osiemnaście nowych placówek w Afryce, kosztem 30 milionów dolarów. Biura te dawały gotową wywiadowczą sieć łącz-

* Tajna nota z dnia 17 sierpnia 1981 roku pod tytułem Libia: Tajne działanie w ramach linii lotniczych twierdziła, że United African Airlines były "de facto finansowane przez libijskie służby wywiadowcze".

nościową oraz usługi transportowe, kurierskie i pasażerskie. Według informacji CIA agenci libijskiego wywiadu byli umieszczani na wykazach jako "studenci"; skarbnicy linii oferowali hojne łapówki. Linie wykorzystywane były do przewozu min, artylerii, amunicji, samochodów terenowych i broni do Czadu; żołnierze zimbabweńscy szkoleni w Libii byli przetransportowani drogą lotniczą do Salisbury. Transportowano broń do ambasady libijskiej w Burundi; UAA zostały także wykorzystane do przewozu pocisków typu ziemia-powietrze produkcji sowieckiej do Syrii.

Kadafi wzmagał też wysiłki w celu uzyskania broni jądrowej. W grudniu 1980 roku Sowieci dostarczyli jedenaście kilogramów wysoko wzbogaconego uranu do centrum badań w Tajura pod Trypolisem. Co prawda nie wystarczyło to do zbudowania bomby (CIA oszacowała, że przy obecnym tempie nie będą mieli wystarczaj ącej ilości do 1990 roku), ale te jedenaście kilogramów przekraczało ilość, jakiej CIA spodziewała się ze strony Sowietów.

Inne doniesienia wykazywały, że uran przywożono rejsami UAA z Nigru, środkowoafrykańskiej republiki na południe od Libii. "Tajna" nota wywiadowcza z Departamentu Stanu z 5 lipca 1981 roku została zatytułowana: Niger - następny cel Libii i przekonująco mówiła o aspiracjach Kadafiego w tej okolicy.

Według innego raportu pewna firma zachodnioniemiecka przetestowała w Libii rakietę.

Poważny przegląd polityki administracji był w toku i Casey wiedział, że sprawozdawczość wywiadowcza podtrzymywała ogień. Im więcej CIA przekazywała do Białego Domu, tym więcej pobudzano bodźców do działania - dotyczyło to zwłaszcza Reagana i Haiga. Casey w pełni zgadzał się z decyzją zakwestionowania zwierzchnictwa Kadafiego nad zatoką Sidra poprzez przeprowadzanie ćwiczeń Marynarki Wojennej. Nie było to prowokacyjne posunięcie, a społeczność międzynarodowa przyłączyła się do Stanów Zjednoczonych w wyszydzaniu twierdzenia Kadafiego, jakoby Sidra była morzem libijskim.

Około 7:00 rano w środę, 19 sierpnia 1981 r., dwa myśliwce F-14 amerykańskiej Marynarki Wojennej na porannym patrolu ponad 40 km wewnątrz wód terytorialnych, do których miał roszczenia Kadafi, zostały zaatakowane przez odrzutowce libijskich sił powietrznych. Mając rozkaz bronić się, samoloty amerykańskie odparły atak i zestrzeliły dwa odrzutowce Kadafiego.

Tamtego ranka prezydent powitał swoich doradców odgrywając westernową wersję incydentu, wyciągając dwa wyimaginowane sze-ściostrzałowce i waląc wprost.

Było dużo komentarzy, ale strzelanie nie powtórzyło się. Trzy dni później, 22 sierpnia, Kadafi był w prastarej stolicy Etiopii, Addis Abe-bie i spotkał się z przywódcą tego kraju, podpułkownikiem Mengistu Haile Mariamem - młodym marksistą.

W spotkaniu uczestniczył również starszy urzędnik etiopski, tajne źródło CIA tak zakonspirowany, że jego sprawozdania przekazywane były tylko na listę BIGOT. Dyrekcja Operacji oceniała go jako "ogólnie solidnego" do "świetnego". Na tym spotkaniu Kadafi oświadczył, że każe zabić prezydenta Reagana. Kiedy ten raport dotarł do Waszyngtonu, zawierał taką ocenę: Mengistu był przekonany, że Kadafi mówi bardzo poważnie i że jego groźba powinna być traktowana serio.

Niedługo potem NSA przechwyciła jedną z rozmów Kadafiego, w której powiedział w zasadzie to samo: - Reagan jest celem.

Obydwa raporty zostały wyróżnione w Dziennym Raporcie Prezydenta.

Casey zdał sobie sprawę, że w zasadzie lepszej informacji wywiadowczej być nie mogło - przechwyt i raport źródła osobowego, o którym jego własna Dyrekcja ds. Operacji orzekła, że powinien być traktowany poważnie. Poza atakiem militarnym, to ostrzeżenie było najważniejsze - zagrożenie życia prezydenta. Casey dyskutował o tej sprawie ze wszystkimi, z każdym, kto tylko chciał słuchać. Coś trzeba było zrobić. Ale co? Nie mogli pójść i zastrzelić Kadafiego. Gdy minął tydzień bez zamachu na prezydenta, wszyscy wydawali się ochłonąć. Casey -nie. Rozkazał wszystkim agencjom, żeby przekazywały mu każdą informację. Biały Dom jednak nadal nie chciał podjąć bezpośredniego działania.

Pod koniec lata 1981 roku Casey był pewien, że CIA będzie miała do odegrania dużą, może nawet spektakularną rolę w Ameryce Środkowej. Oznaczało to posiadanie odpowiednich ludzi. Casey nie przepadał za szefem sekcji Ameryki Łacińskiej w Dyrekcji ds. Operacji, Nestorem Sanchezem, weteranem z trzydziestoletnim stażem, który być może spędził zbyt dużo czasu w tym regionie. Był zbyt skłonny dostrzegać punkt widzenia Ameryki Środkowej i nie czuł się pewnie przy tajnych operacjach. Sanchez odszedł ze stanowiska w sierpniu, Casey pomógł mu uzyskać mianowanie na zastępcę pomocniczego sekretarza obrony, gdzie będzie zaangażowany w stronę militarną polityki środkowoamerykańskiej. Casey miał pomysł na jego następcę.

Szefowie sekcji ze swoimi regionami feudalnymi byli "baronami". Oni sprawowali bezpośrednią kontrolę, prowadzili codzienne operacje CIA. Sam dyrektor centralny, zastępca dyrektora, nawet zastępca dy-

Rill l

rektora ds. operacji mieli za dużo spraw na tapecie. "Baron", mający wolną rękę i zaufanie wyższych szczebli mógł coś osiągnąć.

Gdy kilka miesięcy wcześniej Casey pojechał do Paryża na spotkanie szefów placówek zachodnioeuropejskich, jeden człowiek rzucił mu się w oczy: Duane R. Clarridge, znany jako "Dewey", szef rzymskiej placówki. Załatwił dla Caseya wystawny obiad w Paryżu, zwracając uwagę na każdy szczegół, nawet na sosy, które Casey lubił. "Zrobi się" i "Nie ma problemu" wydawały się być drugimi imionami Clarridge'a. Był to styl, który Casey doceniał. Ubierający się krzykliwie (czasem białe buty, biały garnitur z kolorową chusteczką w kieszeni marynarki) 49-letni Clarridge miał doświadczenie w tajnej pracy tylko w Azji i w Europie, ale Casey mianował go szefem sekcji ds. Ameryki Łacińskiej. Clarridge był odpowiednią mieszanką starej agencji i nowej krwi.

Clarridge miał natychmiast "poufny kanał" do dyrektora. Nie musiał przekazywać sprawozdań poprzez zastępców Steina czy Inmana. Casey był dyspozycyjny w każdej chwili. Jeżeli nie było go w Langley, to centrum operacyjne odpowiadało na jego telefon dzień i noc siedem dni w tygodniu. Informacje były przekazywane regularnie. Casey zaraz telefonował do Deweya z pytaniem co nowego.

6 października 1981 r. Casey otrzymał krótki raport: prezydent Egiptu Sadat został zastrzelony podczas przyjmowania defilady. Raporty z placówki kairskiej przez trzy godziny powtarzały oficjalną wersję rządu egipskiego, że Sadat nie jest poważnie ranny, mimo że amerykańskie relacje w dziennikach telewizyjnych twierdziły, że egipski

przywódca nie żyje.

Pomoc w utrzymaniu Sadata przy władzy była ogromnym zadaniem dla administracji i CIA, która dostarczała jego rządowi tajnej pomocy w zakresie bezpieczeństwa i informacji wywiadowczej. Od czasu porozumienia z Camp David z 1978 roku i traktatu pokojowego z Izraelem w 1979 roku, Sadat był wyizolowany na Środkowym Wschodzie. Pod niektórymi względami był wytworem Amerykanów i amerykańskich wycinków prasowych. Nie miał porównywalnej pozycji we własnym kraju. Zachodni styl ubioru, zwyczaje i wyemancypowanie jego żony Jehan Sadat były anatemą dla wielu fundamentalistów muzułmańskich. Przekazy wywiadowcze dla Sadata od CIA zawierały dane o jego słabych punktach i siłach ustawionych przeciw niemu. Poprzedniego miesiąca na osobistym spotkaniu został poinformowany o zagrożeniach ze strony Libii, Etiopii, Syrii i Iranu.

Około trzech godzin po początkowych doniesieniach kairska placówka potwierdziła, że Sadat nie żyje. Zmarł natychmiast od wielu kuł.

Casey był upokorzony. Reagan spędził poranek w Owalnym Gabinecie, gdzie zapewniano go, że reportaż telewizyjny był mylny. Casey i Inman martwili się, że nowy rząd egipski protegowanego Sadata, Ho-sni Mubaraka, złoży ostry protest, ponieważ CIA, która szkoliła ochroniarzy Sadata, nie ostrzegła ich. Ale nie było nic, nawet łagodnej skargi.

Okazało się, że zamachowcy byli członkami lokalnego fundamenta-listycznego ugrupowania wewnątrz Egiptu. CIA poświęciła tyle uwagi podsłuchiwaniu i penetrowaniu rządu Sadata i ostrzeganiu go o zagrożeniach z zewnątrz, że zignorowała siły wewnątrz Egiptu. Było to zbyt podobne do historii irańskiej i Casey wpadł we wściekłość. CIA potrzebowała więcej, i szerszych, niezależnych kanałów informacyjnych w Egipcie. Nie może być żadnych granic w zakresie tajnego pozyskiwania danych, szczególnie na niestabilnym Środkowym Wschodzie, a zwłaszcza w Egipcie. Zażądał więcej źródeł osobowych i elektronicznych sposobów uzyskiwania danych, nawet na najwyższym szczeblu nowego rządu. - I wyprowadźcie ludzi na pieprzoną ulicę, żeby zobaczyli, czy ktoś nie chce zastrzelić Mubaraka - rozkazał Casey.

Casey nie lubił dużych zebrań w Białym Domu. Niewiele się na nich odzywał. Gdy się wypowiadał, wiedział, że mówi niewyraźnie i że ktoś będzie próbował przetłumaczyć go prezydentowi, mówiąc: - Jak mówił dyrektor Casey... - albo - Jak Bili powiedział... - Casey zauważył, że kilka razy Jim Baker nie wytrzymał i zaśmiał się.

Bardziej przydatna była jego bezpośrednia droga do prezydenta. Gdy Casey miał coś naprawdę ważnego, to dzwonił do Owalnego Gabinetu. Pewnego piątku przyjął ważnego arabskiego księcia, który chciał się zobaczyć z prezydentem, zaprowadził go więc do Reagana. Haig był wściekły, kiedy się o tym dowiedział, ale Casey uważał, że niektóre ważne stosunki musiały być trzymane z dala od Stanu, gdzie mogłyby być sabotowane lub "wyciec".

CIA miała specjalne kontakty w świecie arabskim; wśród nich był król Maroka - Hassan II. Po tym, jak 13 października 1981 roku partyzanci popierani przez Libię rozgromili marokański garnizon w dawnej hiszpańskiej Saharze, Casey przyniósł bezpośrednio prezydentowi prośbę od króla o wsparcie ze strony USA. - Powinniśmy go poprzeć - powiedział Casey Reaganowi. Wkrótce do Maroka wysłano zespół dwu-

dziestu trzech urzędników Pentagonu, rządu i CIA. Ponownie pominięto Haiga i Departament Stanu.

Tymczasem, tamtej jesieni 1981 roku Goldwater nadal czekał na koniec sondowania labiryntu finansów Caseya. Śledztwo powoli zbliżało się do końca. Musiał znaleźć zręczny sposób wycofania się albo personel komisji musi znaleźć dymiący pistolet. Przejrzano prawie 38 tysięcy stron dokumentów i przeprowadzono rozmowy z prawie stu dziesięcioma osobami. Śledztwo wykryło mnóstwo pominięć w zaprzysiężonych oświadczeniach Caseya. Nie wykazał dziewięciu inwestycji ocenianych na ponad 250 tysięcy dolarów, osobistych długów i innych potencjalnych zobowiązań wynoszących prawie pół miliona dolarów, czterech powództw cywilnych, w których miał udział i ponad siedemdziesięciu klientów, których reprezentował w ciągu ostatnich pięciu lat, łącznie z dwoma zagranicznymi rządami - Republiki Korei i Indonezji.

Nowy specjalny radca prawny przy komisji, Irvin Nathan - były urzędnik w Departamencie Sprawiedliwości - zapatrywał się raczej ponuro na zwyczaje finansowe Caseya. Pomimo to, że Nathan nie mógł zatrzymać dokumentów, nie dostał deklaracji podatkowych Caseya i nigdy nie dostał zezwolenia na rozmowę z nim, mimo to sporządził raport liczący około dziewięćdziesiąt stron, przedstawiający w zarysie pytania bez odpowiedzi i zwracający uwagę na zwyczaj Caseya "ścinania zakrętów". Casey miał kredę na nogach od grania blisko linii faula przez całe życie. Nathan jednak nie miał dymiącego pistoletu.

Goldwater wybrał na nowego szefa sztabu Komisji Senackiej wysokiego, chudego 39-letniego operatora CIA, który miał dziesięcioletni staż w Dyrekcji ds. Operacji - Roba Simmonsa. Simmons pracował tajnie w Tajwanie w latach 1975-1978 i przeprowadził operację, która uniemożliwiła Tajwańczykom uzyskanie materiałów do produkcji broni jądrowej. Plany i akta rządu tajwańskiego dotyczące bomby skradziono i odradzono próby zakupu ważnych części. Pierwszym jego zadaniem dla Komisji Senackiej było zakończenie śledztwa w sprawie Caseya.

- Nie chcę nic dłuższego niż jedna strona - powiedział Goldwater prosząc o sprawozdanie końcowe.

Simmons wyprodukował raport na pięć stron, ponownie potwierdzający poprzednie orzeczenie komisji: Me znaleziono podstaw, aby sądzić, że pan Casey jest niezdatny do piastowania urzędu dyrektora Centralnego Wywiadu. Biorąc pod uwagę to, że Casey nigdy nie ujawnił swych finansów w całości, Simmons zastosował terminologię ze służby w armii: Casey co najwyżej nie zwracał uwagi na szczegóły.

Pod koniec listopada Simmons pojechał do Langley z jednym egzemplarzem. W gabinecie Caseya na siódmym piętrze, umeblowanym teraz meblami francuskimi z okresu Empire, szef sztabu komisji czuł się trochę jak młodszy oficer przynoszący generałowi reprymendę z kwatery głównej. Simmons wyjaśnił, że ten raport był osiągnięciem. Spodoba się wszystkim - lub prawie wszystkim - członkom komisji i zamknie tę kwestię na dobre. - Są ludzie, którzy chcą opublikować raport liczący osiemdziesiąt do stu stron - stwierdził Simmons.

Casey zaprotestował mówiąc, że jest czysty.

- Walka o ten kompromis - powiedział Simmons - może doprowadzić do długotrwałej wojny z komisją, w której jest wielu niezadowolonych członków.

Simmons dał do zrozumienia, że wojna może być krwawa i skończyć się trwałym brakiem zaufania a nawet odejściem dyrektora.

- Nikt nie odbierze mi mojego stanowiska - powiedział energicznie Casey, wyprostowując się. - Pracuję dla prezydenta.

- To jest ostateczny kompromis - powiedział Simmons.

- No więc - zakończył Casey - będę z tym walczył.

Sprawozdanie - niezmienione - zostało wydane w grudniu, kiedy było już przeżytkiem. Nie było wielu komentarzy i nie było walki ze strony Caseya, który powiedział przyjaciołom i Sophii:

- To wszystko, co piszą w prasie boli tylko jeden dzień.

Simmons zdał sobie sprawę, że Caseya nie będzie można więcej naciskać. Dla ludzi, którzy walczyli w czasie wojny - myślał Simmons - realne niebezpieczeństwo było codziennością, w porównaniu z tym wszystko inne bladło. Posyłali ludzi na pewną śmierć. Schowanie paru dolców było więc niczym. Jakiś sędzia, senator, reporter czy karykaturzysta wyżywał się na tobie. No i co z tego. Służyłeś na wojnie i przeżyłeś.

Casey nadal chciał mieć całościowy plan działania dla Ameryki Środkowej, ale nie było zgody wewnątrz administracji. Prezydent pragnął zgody wśród swoich głównych doradców i nie zadecyduje o niczym dopóki jej nie uzyska. Haig miał obsesję na punkcie Kuby; Weinberger wspominał Wietnam, nadmierne zaangażowanie w nim i eskalację walk, nie pozwoli, żeby amerykańscy chłopcy zostali uwikłani w następną niepopularną wojnę w dżungli. Baker i inni w Białym Domu chcieli, żeby Reagan pozostał przy sprawach wewnętrznych. Byli zdeterminowani, nie chcieli, aby uwaga administracji była odwracana przez zagraniczną przygodę, zwłaszcza promowaną przez Haiga, którego traktowali z coraz większym sceptycyzmem, a nawet niepokojem. Haig nie

przystosował się do nieformalności Reagana. W jednym momencie kadził Reaganowi, w drugim był władczy, wykładając mu, że polityka zagraniczna Reagana opiera się na szczególnym kierunku działania, tym do którego zachęcał Haig. Niejednokrotnie kompromitował własne zalecenia.

Casey był prawdopodobnie jedynym starszym rangą urzędnikiem administracji, który umiał współpracować z Haigiem. Regularnie we wtorki jedli razem śniadanie, często w towarzystwie zastępców; raz w Departamencie Stanu, raz w CIA. Casey uważał, że Haig rozumie politykę zagraniczną i miał pewną znajomość świata, a także podzielał twardogłowe poglądy Caseya.

Jeżeli Casey miałby uruchomić coś konkretnego w celu uratowania Salwadoru, to będzie musiał żonglować interesami i żądaniami Hai-ga, Weinbergera i aparatu politycznego Białego Domu. Promocja demokracji - dobrze, ale to nie wystarczy.

Haig i Enders zgodzili się, że muszą rozszerzyć tajne działania. Najlepiej będzie, jeżeli Stany Zjednoczone podłączą się do czyjejś operacji, tak jak wspomagały działania francuskie w Czadzie.

Dewey Clarridge znalazł drogę przez Buenos Aires, gdzie placówka CIA miała niezmiernie bliskie stosunki z argentyńskimi generałami rządzącymi tym krajem. Argentyński wywiad wojskowy - G-2 - wyniósł antykomunizm do rangi etosu i prowadził program indoktrynacji kontrmarksistowskiej. Generałowie niepokoili się o Montoneros - partyzantów przeciwnych ich dyktaturze mających bazy w Nikaragui. Argentyna wspierała ruch oporu skierowany przeciw sandinistom i szkoliła około tysiąca ludzi w Hondurasie, na północ od granicy nikaraguańskiej.

Clarridge przedstawił to Endersowi i grupie wewnętrznej. Jedyną alternatywą była praca poprzez Chile, a tamta dyktatura była gorsza i

bardziej widoczna.

- Czy zrobiliby to Izraelczycy? - zastanawiał się Enders.

- Nieopłacalne - odpowiedział Clarridge. - Argentyńczycy są na

miejscu.

Enders naszkicował Haigowi możliwe tajne działanie. l    - To nie wystarczy - powiedział Haig. Chciał namierzyć słabe miejsce. Skoro Biały Dom nie chce poprzeć bezpośredniego uderzenia na * Kubę, to może, na przykład, uderzyć bez ostrzeżenia na kubański obóz f szkoleniowy w Etiopii? Ale Haig nie mógł uzyskać poparcia dla swojej < propozycji nawet od własnego Departamentu Stanu. Obawiał się, że ! operacja nikaraguańska okaże się dywersją; będzie wyglądać na mocną, ale nie będzie niczym wielkim. Jeżeli nie zadziała, to Stany Zjed-

noczone odstąpią. Ale była to jedyna propozycja, która miała poparcie w Białym Domu, Obronie i CIA.

W poniedziałek 16 listopada 1981 r. Reagan zwołał Radę Bezpieczeństwa Narodowego w Pokoju Gabinetowym. Enders, który zdobył poparcie grupy rdzeniowej, dokonał prezentacji:

- Programem politycznym dla Salwadoru musi nadal być demokracja - powiedział. - Instytucje demokratyczne muszą być wprowadzone tam i w innych krajach Ameryki Środkowej. Jest to jedyny sposób na uzyskanie legalności dla nas i dla nich.

Koniecznie trzeba zwiększyć pomoc gospodarczą i wojskową może ponad 300 milionów dolarów dla tego regionu i dla Karaibów. Musimy znaleźć sposób na powrót do negocjacji z Nikaraguą albo będziemy musieli posłać wojska. Pójście do źródła - na Kubę -jest niemożliwe, bo nie jesteśmy gotowi i prawdopodobnie byłoby to zbyt duże przedsięwzięcie. Wojna musi być przeniesiona do Nikaragui poprzez tajne działania - stwierdził Enders i dodał: - Ta operacja nie obali sandinistów. Będzie nękać rząd, wyczerpie go.

Haig był jedynym, który wyraził obiekcje, wyrażając wątpliwości, ale nie bezpośredni sprzeciw. W zasadzie prezydent się zgodził i przyjął szeroki wachlarz działań, ale wstrzymał się z aprobatą tajnego planu CIA wsparcia Argentyńczyków.

Haig miał po raz ostatni spróbować dyplomacji i sześć dni później poleciał do Mexico City, aby spotkać się z wiceprezydentem Kuby Car-losem Rafaelem Rodriguezem. Nie mógł jednak znaleźć podstaw do zgody z Kubańczykami.

We wtorek, l grudnia, Haig i Casey jak zwykle zjedli razem śniadanie, po południu spotkali się z Reaganem i z Grupą Planowania Bezpieczeństwa Narodowego w Pokoju Sytuacyjnym w Białym Domu. Grupa ta była nieformalnym zebraniem na wysokim szczeblu dla omawiania ważnych zagadnień polityki zagranicznej. Uczestniczyli w niej: prezydent, wiceprezydent, Meese, Baker, Deaver, Haig, Weinberger i Casey. Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Richard Alien właśnie wziął urlop do czasu ujawnienia wyniku śledztwa w sprawie zarzutów, jakoby przyjął tysiąc dolarów od dziennikarzy japońskich i przetrzymywał je w sejfie w Białym Domu.

Casey przedstawił zarys tajnego planu. Chciał 19 milionów dolarów, aby pomóc Argentynie stworzyć 500-osobową grupę, która byłaby jądrem antysandinistowskiego ruchu oporu. Bazą wypadową do jej działania byłyby obozy w Hondurasie. Prawdopodobnie trzeba będzie więcej pieniędzy, powiedział, a 500-osobowa grupa z pewnością się rozrośnie.

Trojka z Białego Domu nie zaoponowała. Haig dalej uważał, że jest to półśrodek, ale zgodził się. Weinberger był zadowolony, że plan nie uwzględniał Pentagonu. Bush był rad widzieć skromne oznaki odżycia zdolności paramilitarnych agencji. Niewiele było dalszej dyskusji.

Tamtego dnia Reagan podpisał oświadczenie o szerokim zakresie autoryzujące działania polityczne i paramilitarne dążące do uniemożliwienia sandinistom wspierania różnych ruchów rebelianckich w Ameryce Środkowej, łącznie z Salwadorem.

Generał David C. Jones, prezes szefów połączonych sztabów, starszy wojskowy i jedyny, który przetrwał w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego z czasów administracji Cartera, patrzył na aprobatę operacji w Nikaragui z niejaką konsternacją. Czytał informacje wywiadowcze i nie sądził, że wszystkie kłopoty w Ameryce Środkowej spowodowane były przez Kubę bądź Związek Radziecki. Casey widział problem przez pryzmat konfliktu Wschód-Zachód, tak jakby problemy miały zniknąć, gdyby zniknął komunizm. Dla Jonesa większy niepokój budziły problemy społeczne i gospodarcze, sprawiające, że kraje te były podatnym gruntem na powstania marksistowskie. Widział, jak starsi urzędnicy administracji Reagana łapali cząstki informacji wywiadowczej, aby uzasadnić pewien sposób działania. Jones wiedział wystarczająco dużo na temat wywiadu, aby zdawać sobie sprawę, że informacja może być uzyskiwana i wykorzystywana do zaznaczenia roli komunizmu. Ale najgorszy z tego wszystkiego był wybór Argentyńczyków. Jones znał ich - dobrzy antykomuniści, ale nie zrobią wiele. Nikaragua była oddalona od Argentyny o ponad 4.000 km (z Buenos Aires do Managui było 5.931 km drogą lotniczą). Dlaczego oni tak się martwią, że banda partyzantów Montonero może zorganizować rewolucję przeciw reżimowi argentyńskiemu z odległości kontynentu? Nie miało to sensu z wyjątkiem tego, że na Argentyńczyków można wpłynąć i zrobią wszystko, o co Stany Zjednoczone poproszą.

Ocena w Białym Domu była taka, że administracja nie będzie w stanie uzyskać wsparcia ludzi ani Kongresu, jeżeli rola USA będzie jawna i będzie podlegała dyskusji.

Poza tym wszyscy na tych zebraniach wydawali się być nawiedzani przez duchy Wietnamu. Jones i inni szefowie chcieli więcej niż pięćdziesięciu pięciu doradców w Salwadorze, co było pułapem nałożonym przez Biały Dom. Ale Jones dostrzegał, że wszyscy inni byli chorobliwie zaniepokojeni, że zwiększenie liczby amerykańskich doradców będzie musiało się odbyć otwarcie i że wtedy zacznie się retoryka: Tak

weszliśmy do Wietnamu. To jest pierwsze wejście. To jest pierwsza część

eskalacji.    ;

Również Inman sceptycznie obserwował opracowanie i zatwierdzę- > nie tajnej akcji w Nikaragui. Wprawdzie ukryte wsparcie dla argentyńskiej operacji paramilitarnej było drogą pośrednią, bardziej umiarkowaną niż niektóre pomysły Haiga. Było jednak brutalnie oczywiste, że administracja nie chciała poświęcić swej dobrej woli ani kapitału politycznego w Kongresie, by zdobyć aprobatę dla takiej polityki. Otwarta prośba do Kongresu o fundusze spowodowałaby publiczną dyskusję. Zdaniem Inmana wewnętrzne sprawy polityczne znowu napędzają tajne operacje. Nie mógł jednak wiele na to poradzić. Casey dał jasno do zrozumienia, że sam zajmie się tymi operacjami, że linia władzy będzie biegła bezpośrednio od Caseya do Dyrekcji ds. Operacji - w tym wypadku do nowego szefa sekcji ds. Ameryki Łacińskiej, Deweya Clarridge'a.

Inman uważał jeszcze inną część tej operacji za niepokojącą. Tajne akcje zaczynały się wtedy, kiedy Biały Dom i Departament Stanu były sfrustrowane dyplomacją. Jasne było, że to był właśnie taki przypadek. Droga dyplomatyczna nie przyniosła powodzenia, delikatne kroki negocjacji i nie kończące się spotkania, propozycje za i przeciw, cała procedura dyplomatyczna była męcząca. Tajne działanie było skrótem. Dawało administracji, zwłaszcza nowej, komfort działania, uczucie, że istnieje tajny sposób zrobienia czegoś, że istnieje ukryta polityka zagraniczna po cichu promująca interesy USA.

Inman zastanawiał się też nad ludźmi, którzy będą wspierani milionami dolarów. Kim są? Jakie są ich cele? Czy są takie same jak cele Stanów Zjednoczonych? Czy można ich kontrolować?

Jeśli prawdziwym celem jest wstrzymanie przepływu broni z Nikaragui do Salwadoru - który w znacznej mierze został już wstrzymany - to coś jest źle. Zakaz przekazywania broni nie jest czymś, co normalnie robi się tajnie. Pomiędzy tymi dwoma krajami nie ma wspólnych granic -jedyna droga lądowa prowadzi przez Honduras. Stany Zjednoczone miałyby absolutne prawo udzielać tajnej pomocy Hondurasowi i Salwadorowi, żeby zatrzymać przepływ broni. Byłoby to bardziej skuteczne jako jawne, publiczne przedsięwzięcie, z jawną kontrolą granic. Ale oczywiście nikt nie chce pofatygować się, żeby sprzedać to Kongresowi.

Najłatwiejsza droga wodna do przepływu broni z Nikaragui do Salwadoru prowadzi przez zatokę Fonseca - krótki, 32-kilometrowy przebieg. Amerykański attache marynarki wojennej w Salwadorze i inni obserwowali zatokę jak jastrzębie. Nic nie mogło przemknąć.

Inman próbował znaleźć delikatny sposób podzielenia się tym sceptycyzmem w agencji. Zapytał Caseya, czy zastępca dyrektora operacyjnego John Stein wspierał go w tym działaniu, gwarantując obecność doświadczonego profesjonalisty poinformowanego o każdym kroku, kogoś, kto zada pytania i wyrazi obiekcje.

Ale Casey był niecierpliwy i pozostawił Inmana pod wrażeniem, że jego poglądy nie były ani potrzebne, ani mile widziane. Mruknął coś pod nosem.

Według wymagań nowe zatwierdzenie musiało być zgłoszone komisjom ds. wywiadu Senatu i Izby. Przewodniczący Komisji Senackiej Gol-dwater był po operacji biodra, więc zebraniu przewodniczył Moynihan. Kiedy przedstawiono zarys zatwierdzenia i wspierającego opracowania, Moynihan nie mógł w to uwierzyć. Jeżeli chcieli wywrzeć nacisk na sandi-nistów - myślał - to jest to zrozumiały cel, ale na litość boską, nie wykorzystujcie argentyńskich generałów. Argentyńczycy byli symbolem prawicowych rządów dyktatorskich. Połączenie z nimi sugerowało, że Stany Zjednoczone aprobują kontrrewolucję. Pod niektórymi względami Somo-za był nie więcej, niż argentyńskim generałem w nikaraguańskiej oprawie. To był idiotyzm, nie było w tym żadnej politycznej zręczności. Moynihan mógł zadawać pytania i robił to, ale nie mógł zrobić nic więcej.

Prawo wymagało, żeby komisja była informowana o większych: spodziewanych działaniach wywiadu. Prowadzenie polityki spraw zagranicznych, obrony i wywiadu było konstytucyjnie zastrzeżone dla prezydenta. Każdy prezydent, a ten zwłaszcza, będzie strzegł tych uprawnień zazdrośnie. Moynihan nie sprzeciwił się, więc komisja nie mogła wiele zdziałać, chyba, że chciała odmówić funduszy na działanie. Ale prezydent miał awaryjny fundusz rezerwowy na działania wywiadowcze w wysokości 50 milionów dolarów. Sprawa będzie trudna.

Był jeszcze jeden problem. Członkowie komisji byli zaprzysiężeni do zachowania tajemnicy. Tę przysięgę Moynihan traktował poważnie. Tak więc komisja miała związane ręce - przekazano jej najnowszą tajemnicę. Milczenie poza salą komisyjną w domyśle oznaczało zgodę. Pojedynczy członek mógłby podjąć się publicznego ujawnienia sprawy lub prywatnego przecieku, ale musiałby być moralnie pewny, że jest to właściwe postępowanie. Jak może ktokolwiek przeciwstawić to, czego dowiedziano się w czasie godzinnego spotkania, setkom godzin obliczeń i dyskusji, które - miał nadzieję - poświęciła temu zagadnieniu Rada Bezpieczeństwa Narodowego i CIA? Moynihan miał uczucie, że komisja była kooptowana, ale był to tylko przebłysk, lekki niepokój.

Przynajmniej lepiej było wiedzieć. Teraz on i komisja mogli zadawać dalsze pytania, gdy operacja jest w toku.

W Izbie Casey sam dokonał ściśle tajnej prezentacji dla Komisji ds. Wywiadu. Powiedział, że operacja już się zaczęła - zaczęli ją Argentyńczycy, a Stany Zjednoczone dołączają do niej. Już założono obozy w Hondurasie, tam Argentyńczycy, za pozwoleniem Hondurasu, mają bazę.

- Żeby co robić?

- Uderzać w cele wewnątrz "Nikałały"-powiedział Casey. Nie potrafił prawidłowo wymówić "Nikaragua". Gdy dochodził do tego wyrazu, przerywał za każdym razem, próbując zrobić to dobrze, ale wychodziło: "Nikała-ła". - W każdym razie - powiedział Casey - oporowa grupa contra uderzy na konkretne i rozpoznawalne cele w tym kraju, części kubańskiej struktury wspierającej, zaangażowanej w poparcie dla powstania.

-Jak? Kiedy?

- Doborowe oddziały komandosów w działaniach na pograniczu, uderzające w cele w środku nocy i powracające do baz w Hondurasie.

Wielu członków Izby prawie podskoczyło. Nie spodziewali się operacji paramilitarnej, zwłaszcza na taką skalę. Było mnóstwo pytań. Co się stanie, gdy złapią was na szkoleniu w Hondurasie? Co będzie, jeśli sandiniści wejdą do Hondurasu w ramach odpowiedzi? Czy może to spowodować wrogość pomiędzy tymi krajami? Co będzie, jeżeli reakcją sandinistów będzie prośba o intensywniejszą pomoc Kubańczyków?

Casey odparł, że na te teoretyczne pytania nie można odpowiedzieć dokładnie.

Reprezentant Lee H. Hamilton - szanowany i ostrożny demokrata z Indiany - zastanawiał się, czy ta operacja jest legalna w ramach prawa międzynarodowego oraz rozmaitych traktatów miejscowych. Stany Zjednoczone dołączają się do agresji przeciw krajowi, z którym mają stosunki dyplomatyczne. Jak można to zrobić?

-Agresorami są Kubańczycy i Nikaraguańczycy - odpowiedział Casey. - Oni popierają powstania. - Wyrażał się jednak niejasno na temat dat i kwot. Wyrażał się o tym, jak o rzeczy wiadomej.

Jego podejście nie robiło dobrego wrażenia, nawet na republikanach w komisji. Reprezentant J. Kenneth Robinson, konserwatywny wirginijczyk i kolega z administracji, spojrzał na Caseya i powiedział surowo: - Nie przemyślałeś reperkusji.

Casey obserwował napływ informacji wywiadowczej od polskiego pułkownika Władysława Kuklińskiego, źródła agencji w polskim sztabie ganeralnym. Informacja ta pochodziła prosto z wewnętrznego krę-

gu i opracowano nadzwyczajny system sygnałów, tajnych przekazów i połączeń w celu zapewnienia terminowości danych. Pułkownik przekazał plan operacyjny stanu wojennego jako sankcji dyscyplinarnej nakładanej przez Rząd Polski na niezależny związek zawodowy Solidarność. Casey dopilnował, żeby zostało to przekazane bezpośrednio prezydentowi. Było to wielkie osiągnięcie dla CIA- w planie brakowało tylko daty. Wszyscy wstrzymali oddech.

Na początku listopada Langley otrzymało pilną prośbę ze swojej warszawskiej placówki. Pułkownik Kukliński przekazał uprzednio ustalony sygnał alarmowy oznaczający, że jest pewien, iż zostanie wkrótce wykryty. Na zebraniu w tym dniu Sowieci stwierdzili, że ich tajne plany przeciekają do Stanów Zjednoczonych. Oficjalnie Kukliński musiał również wyrazić oburzenie. Chciał wyjechać. Musiał zniknąć.

Takie były warunki - CIA obiecała mu azyl, kiedy on uzna taką konieczność. Casey zatwierdził rozkaz "wyprowadzenia", pozwalając placówce warszawskiej tajnie i w pośpiechu zabrać pułkownika, jego żonę i jednego z jego synów. Było to przedsięwzięcie skomplikowane, kosztowne i ryzykowne - tworzenie podziemnej kolei dla trzech osób. 6 listopada 1981 r. cała trójka była bezpieczna poza Polską, w drodze do nowych tożsamości w Stanach Zjednoczonych.

Brak informacji pułkownika dawał się mocno odczuwać. Kiedy specjalne jednostki milicji zaczęły masowe aresztowania 5 tysięcy działaczy Solidarności we wczesnych godzinach porannych 13 grudnia, CIA została zaskoczona. Pierwszy niezależny ruch związkowy w kraju komunistycznym został skutecznie skończony.

Inman stawał się coraz bardziej niespokojny. Tajne działania odbiegały bardzo daleko od tego, co uważał za prawdziwą misję agencji wywiadowczych. Wywiad był gromadzeniem tego, co Inman nazywał "pozytywną informacją wywiadowczą" - informacji na temat innych krajów, która była przydatna dla amerykańskich twórców polityki.

Inman skoncentrował się na "oznakach i ostrzeżeniach" na temat działalności rządów. Oznaczało to rozwinięcie wywiadu osobowego, inwestycje w satelity i sygnały w celu zapewnienia różnorodności źródeł i terminowego napływu informacji. Potrzebny był także długoterminowy plan wychodzący pięć - siedem lat naprzód. Wiedział jednak, że żadna administracja nie będzie się zbytnio przejmować tak odległą przyszłością - bieżące problemy pochłaniały 99 procent uwagi. Inman uruchomił kampanię na temat przyszłości w stylu Caseya - zamówił opracowanie, zwoływał zebrania, koncentrował uwagę. W marcu 1981

roku przekonał doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego Richarda Al-lena, żeby ten poprosił każdy departament i agencję o opracowanie i wykazanie wszystkich problemów światowych, z jakimi spodziewały się mieć do czynienia w okresie od 1985 do 1990 roku. Obejmowało to wszystkie działania Sowietów, powstania polityczne, gospodarkę światową, terroryzm, rozprzestrzenianie broni jądrowej.

Korzystając ze swoich kontaktów w Marynarce Wojennej Inman pomógł wystosować podobną prośbę o opracowanie do połączonych szefów sztabu.

Biały Dom poprosił Caseya o koordynację tej akcji, ale, jak się spodziewał Inman, Casey prędko przekazał to zadanie jemu. Inman poprosił departamenty o wykaz potrzeb wywiadu i nie napotkał oporu, ponieważ było to biurokratycznie niegroźne. W ciągu kilku miesięcy Inman miał katalog, czy listę życzeń, co do której wszyscy mogli się zgodzić, bo żadna pozycja nie miała pierwszeństwa. Następnie - była to trudna część - poprosił każdy departament i agencję o stwierdzenie, co według nich mogły i musiały one zrobić w każdej z dziedzin i o listę tego, czego oczekiwały w danej dziedzinie od innych departamentów i agencji.

Gdy Inman skończył, luki były ewidentne. Trzeba było podnieść jakość łączności dla tajnych agentów. Od pewnego czasu CIA korzystała z tzw. "nadajnika serii" (burst transmitter), który przekazywał długą wiadomość z dużą szybkością w kilka sekund lub mniej, zmniejszając szansę wykrycia. Postęp technologiczny był niesamowity, ale kosztowny. Innym problemem była miniaturyzacja. Urządzenia elektroniczne, również w satelitach, musiały być na tyle małe, by można je było zmieścić na stacjach kosmicznych albo żeby je ukryć w krajach za Żelazną Kurtyną. Musiały działać latami i nie wymagać konserwacji.

Inman był pewny, że pozyskiwanie informacji wywiadowczej musiało być nastawione na trudne przypadki - kryzys lub wojnę. Wymagało to możliwości komunikowania i przekazywania dużych partii informacji do miejsc i z miejsc, które niekoniecznie były na liście "gorących". Wywiad amerykański potrzebował też więcej systemów pomocniczych, alternatywnych źródeł, zwiększenia częstotliwości zasięgu zdjęć satelitarnych i wywiadu sygnałowego oraz bardziej terminowego przetwarzania informacji. Do jesieni 1981 roku Inman miał pierwszy projekt planu zatytułowanego: Możliwości wywiadu 1985-1990. Casey przestudiował go, zadał mnóstwo pytań i zażądał kilku zmian, ale ogólny plan podobał mu się. Plan ustalał jednomyślność co do wymogów i określał, w jaki sposób mogą one być spełnione. Podstawowe

pytanie dotyczyło pieniędzy: czy wielomiliardowa podwyżka budżetów będzie częścią kontyngentu obronnego Reagana? Inman był pewien, że zdoła zdobyć uznanie Departamentu Obrony dla programu. Zastępca sekretarza obrony Carlucci uważał, że pozyskiwanie informacji wywiadowczej jest pierwszą linią obrony i że ulepszenia zmniejszą koszty, na dłuższą metę oszczędzając miliardy w budżecie obrony.

Casey uzyskał zgodę wśród wszystkich departamentów i agencji. Dopiero wtedy zaczął przekonywać prezydenta do grubego na 2,5 cm, ściśle tajnego planu. Niewiele było delikatniejszych dokumentów w rządzie amerykańskim - była to mapa przyszłości wywiadu.

Prezydent Reagan spotkał się z Grupą ds. Planowania Bezpieczeństwa Narodowego by omówić pięcioletni plan wywiadu. Grupa stawała się podstawowym forum polityki zagranicznej roztrząsającym zagadnienia. Plan Inmana przewidywał budżet wywiadu, który w 1980 roku wynosił 6 miliardów dolarów, a który wyniesie ponad 20 miliardów w pierwszym roku planu - 1985. W psychologicznej koncepcji pokoju poprzez siłę, sprawne pozyskiwanie informacji wywiadowczych było głównym filarem. Wykorzystywanie amerykańskiej przewagi w technologii, w kosmosie i elektronice spodobało się Reaganowi.

Po przeglądzie i dyskusji prezydent powiedział:

- Nie sądzę, abyśmy mogli sobie pozwolić na to, żeby tego nie zrobić.

ROZDZIAŁ 9

W Białym Domu narastał niepokój, w miarę jak sprawozdania wywiadowcze uwiarygodniały groźbę Kadafiego zabicia Reagana lub rozpoczęcia popisowej akcji terrorystycznej przeciw Stanom Zjednoczonym. Dla Casey była to klasyczna "mozaika" - małe kawałeczki składające się na dość wyraźny obraz.

Akta zaczęły się gromadzić pod koniec sierpnia, kiedy to pewne źródło europejskie doniosło, że ważny Palestyńczyk naradził się z członkiem libijskiego sztabu generalnego i zgodził się na połączone działanie przeciw Reaganowi. Sprawozdanie od innego Palestyńczyka na wysokim szczeblu twierdziło, że ponownie powołano ugrupowanie Czarny Wrzesień w celu działania na cele amerykańskie i izraelskie. Było też źródło etiopskie, które doniosło o groźnych uwagach Kadafiego w Addis Abebie.

Na początku września krewny libijskiego dyplomaty w New Delhi napisał do tamtejszej ambasady USA - twierdząc, że Libia planuje zamach na Reagana. Był to fragment, nie testowany i niespodziewany. Czy był to krzyk sumienia, który należało traktować poważnie? Casey uważał, że powinno się zwracać uwagę nawet na nieprawdopodobne źródła, dopóki informacja nie zostanie zdyskontowana.

Potem przypadkowy informator ze świetnym dostępem do starszych libijskich oficerów wojskowych przekazał dwa sprawozdania: jedno mówiące, że Libia ma zamiar zaatakować interesy USA w obrębie Morza Śródziemnego; drugie mówiące, że Libijczycy w Rzymie przygotowują się do porwania lub zamordowania ambasadora amerykańskiego we Włoszech, Maxwella Rabba.

9 września 1981 r. pewna europejska służba wywiadowcza doniosła, że Włosi aresztowali i wydalili Libijczyków, których uważano za zaangażowanych w spisek przeciwko Rabbowi. Tydzień później ta sama służba wywiadowcza potwierdziła, że ugrupowanie palestyńskie zgodziło się pomóc Libii w ataku na Reagana i inne cele amerykańskie.

19 września raport donosił, że Libia przypuści samobójczy atak na lotniskowiec Nimitz stojący na Morzu Śródziemnym niedaleko od wybrzeży Libii.

9 października inny raport europejskiej służby wywiadowczej twierdził, że Kadafi podczas podróży do Syrii, dwa miesiące wcześniej, spotkał się z czterema ugrupowaniami terrorystycznymi w celu zjednania ich poparcia dla atakowania amerykańskich celów w Europie.

17 października 1981 r. informator posiadający sprawdzony dostęp do starszego personelu libijskiego wywiadu doniósł, że Libijczycy wyjechali do Europy w celu przystąpienia do ataków na ambasady amerykańskie w Paryżu i w Rzymie. Sześć dni później to samo źródło wymieniło ambasady w Atenach, Bejrucie, Tunisie, Londynie i Madrycie jako możliwe cele. W ciągu tygodnia ukazał się raport poważnego źródła CIA, że pięciu Libijczyków, być może członków zespołu uderzeniowego, przyjechało do Rzymu. Podczas podróży do Mediolanu 21 października ambasador Rabb został odwołany do Stanów Zjednoczonych dla własnego bezpieczeństwa. Poleciał, nie mając nawet ubrania na zmianę.

30 października włoska służba wywiadowcza SISMI poinformowała CIA, że zespół uderzeniowy przejechał przez Rzym i pojechał w niewiadome miejsce.

12 listopada w Paryżu bandyta uzbrojony w rewolwer oddał sześć strzałów w stronę amerykańskiego charge d'affaires Christiana A.

r

Chapmana. Ledwo zdołał umknąć. Uważano, że odpowiadała za to Libia.

16 listopada pewien informator wszedł do placówki CIA w ambasadzie amerykańskiej za granicą, twierdząc, że właśnie opuścił jeden z obozów szkoleniowych Kadafiego. Podał szczegółowe opisy ćwiczeń szkoleniowych na przykład, jak trafić kawalkadę amerykańskich limuzyn. Przeszedł testy wykrywacza kłamstw.

Tenże informator dodał, że jeśli prezydent Reagan okazałby się zbyt trudnym celem, to Libijczycy mieli potencjalne cele alternatywne -wiceprezydenta Busha, sekretarza stanu Haiga lub sekretarza ds. obrony Weinbergera.

Casey zebrał dalsze tajne informacje wskazujące na to, że Kadafi zaczyna działać. Jeszcze 19 sierpnia, podczas incydentu w zatoce Si-dra, kiedy Kadafi stracił dwa samoloty, Libia podpisała traktat o współpracy z Etiopią i Jemenem Południowym. Było to zgrupowanie trzech radykalnych państw i izolowało to sojuszników USA - Egipt i Sudan pomiędzy Libią na zachodzie a Etiopią na wschodzie. Jemen Południowy, na końcu Półwyspu Arabskiego, był niezmiernie drażniący dla Saudyjczyków. CIA Caseya kontynuowała tajne wsparcie paramilitarne rozpoczęte za czasów Cartera. Kadafi obiecał swemu sojuszowi dokładnie 855,1 milionów dolarów i dokonał pierwszego przekazu 150 milionów - gest powagi, który niepokoił Caseya i analityków.

CIA dowiedziała się o kilku tajnych załącznikach wojskowych do tego traktatu o współpracy pomiędzy Libią, Etiopią i Jemenem Południowym. Trzy kraje zgodziły się utrzymywać na koszt Libii rezerwę 5 tysięcy Libijczyków, 5 tysięcy Jemeńczyków i 50 tysięcy Etiopczyków. 20 tysięcy Etiopczyków miało przejść do Libii.

Raporty CIA twierdziły także, że te trzy kraje uzgodniły koordynację powstania w Somalii, na południowy wschód od Etiopii. Informacja wywiadowcza wykazywała, że Kuba utrzymywała od 11 tysięcy do 13 tysięcy personelu wojskowego w Etiopii, a w Jemenie Południowym było około pięciuset doradców kubańskich.

Kadafi obiecał 3,3 miliarda dolarów pomocy wojskowej od 1975 do 1980 roku na świecie. Pomimo że dotrzymał obietnicy w połowie - przekazał 1,4 miliarda dolarów - to spełnił około 70 procent swoich zobowiązań pomocy wojskowej.

Zamówiono Specjalną Ocenę Krajowego Wywiadu na temat tego paktu. Opracowanie to, ukończone 4 listopada 1981 r., twierdziło, że motywem trzech krajów było pokonanie interesów amerykańskich w regionie.

Casey uważał, że trzeba było sprzeciwić się przedsięwzięciom, stwierdzeniom i obietnicom Kadafiego. Wszelkie ryzykowne przedsięwzięcia wewnątrz granic Stanów Zjednoczonych muszą być udaremnione prawie za wszelką cenę, natychmiast. Ochrona prezydenta jest priorytetem. Biały Dom był zalewany tą informacją - w NID, w PDB i w specjalnych opracowaniach. Casey nie chciał być zaskoczony. Lepiej za dużo niż za mało.

Doradcy Reagana w Białym Domu rozpoczęli wzmożone działania na rzecz bezpieczeństwa, łącznie z wysyłaniem karawany pustych limuzyn po Waszyngtonie dla odwrócenia uwagi, podczas gdy Reagan podróżował w nieoznakowanym samochodzie. Pociski typu ziemia-po-wietrze zostały zainstalowane koło Białego Domu.

Przywiązywanie wagi do bezpieczeństwa i gróźb na wysokim szczeblu w Białym Domu odbiło się echem w całym rządzie. Każdy krok uważany był za odpowiednią reakcję. Casey przypominał kolegom w administracji o wcześniejszym, prawie udanym zamachu na Reagana, o postrzeleniu papieża, o zabiciu Sadata.

4 grudnia New York Times doniósł, że 5-osobowa libijska grupa uderzeniowa wjechała do Stanów Zjednoczonych. W ciągu trzech dni ukazały się reportaże, z których wynikało, że była to grupa 10-osobo-wa. Służba Imigracji i Obywatelstwa wysłała 7-stronicową notę opieczętowaną "niezmiernie ważne" do swych głównych biur na przejściach granicznych i lotniskach. W telewizji ukazały się składane rysopisy pięciu rzekomych zamachowców.

W tym popłochu główni doradcy Reagana - Meese, Baker i Deaver - doszli do wniosku, że też mogą być celami. Przydzielono im ochroniarzy. Samochód tajnych służb jechał za autobusem przewożącym codziennie córkę Deavera do prywatnej szkoły Holton Arms i z powrotem.

Zadanie koordynowania polityki libijskiej dał Haig Robertowi C. ,3ud'owi" McFarlane'owi, byłemu podpułkownikowi w Marynarce Wojennej, który był radcą w Departamencie Stanu. Po pięciu tygodniach spotkań między agencjami McFarlane wysłał Haigowi 10-stro-nicowąnotę oznaczoną "Działanie/Ściśle tajne/Ważne". Na stronie dziewiątej Haig zaznaczył, że optuje za współpracą Departamentu Obrony oraz CIA w celu opracowania reakcji na libijskie prowokacje angażujące siły amerykańskie i egipskie w działaniach tajnych, taktycznych powietrznych i komandoskich. Odwieść od planowania większych działań z udziałem sił naziemnych. USA nie dokonają inwazji Libii, ale Haig chciał zbadać alternatywy z tym graniczące.

Zalecono wzmożenie pozyskiwania informacji z lotów inwigilacyj-nych SR-71 i U-2 kosztem 200 tysięcy dolarów za każdą pięciogodzinną misję.

Na ściśle tajnym spotkaniu NSPG, 30 listopada 1981 r., prezydent Reagan poprosił o opracowanie planów reakcji militarnej przeciwko Libii w razie dalszych prób zamachów na amerykańskich urzędników lub obiekty. Haig, Carlucci (zastępujący Weinbergera) i Casey opracowali dla Reagana, 5 grudnia, długą "Ściśle tajną" notę na temat planowania antyterrorystycznego w stosunku do Libii. Zawierała wszystko - od planu porozumiewania się z Kongresem i środkami masowego przekazu do awaryjnych sankcji ekonomicznych przeciw Libii. Najważniejsza była część na temat nagłych działań wojskowych. Departamenty Stanu i Obrony oraz CIA jednogłośnie zalecały prezydentowi, żeby natychmiast poinstruował połączonych szefów sztabów, aby przygotowali zasoby do wykonania akcji militarnej przeciw Libii, w ramach ; samoobrony, po dalszej prowokacji ze strony Libii. i

"ściśle tajny wykres wymieniał pięć "stopniowanych reakcji". Naj-» pierw - bezpośredni atak na miejsca szkoleń terrorystów w Libii. Satelity i inne instrumenty wywiadowcze rozpoznały szesnaście możliwych celów, z których trzynaście było na wybrzeżu. Mogła to wykonać Marynarka Wojenna z bombowców startujących z lotniskowców, którym dano "średnią" szansę powodzenia. Czas reakcji po prezydenckim rozkazie uderzenia ustalono od ośmiu do czterdziestu ośmiu godzin. Inną alternatywą były bombowce B-52, ale dano im "niską" szansę powodzenia, ponieważ konieczny był dobry zapis radarowy, a uzyskanie takiego było mało prawdopodobne; bombowce miały czas reakcji od dwudziestu ośmiu do czterdziestu godzin. Trzecią alternatywą były samoloty AC-130 mające tylko "średnią" szansę powodzenia. Pentagon nie zachęcał do takiej operacji i nie przedstawiał optymistycznego obrazu szans powodzenia.

Drugą ewentualnością było uderzenie na lotniska Kadafiego, trzecią - uderzenie na jego obiekty marynarki wojennej, czwartą - uderzenie na zapasy sprzętu wojskowego. Piąta - to atak na okręty marynarki wojennej w porcie, wykorzystując specjalne jednostki Navy Seal. Tej ostatniej ewentualności dano "średnią do wysokiej" szansę powodzenia, ale podano czas reakcji jednostki Seal wynoszący czterdzieści do siedemdziesięciu dwóch godzin po tygodniowym lub dwutygodniowym okresie przygotowywania misji. Możliwe było wykonanie takiego ataku tajnie i była to jedyna alternatywa, której dano szansę powodzenia lepszą niż 50 procent.

W niedzielę 6 grudnia 1981 roku Kadafi wystąpił w wywiadzie na żywo w programie This Week with David Brinkley (Bieżący tydzień z Davidem Brinkleyem) w telewizji ABC. Przemawiając ze swojego prywatnego biura w Trypolisie Kadafi kategorycznie zaprzeczył, jakoby 1 wysyłał grupy uderzeniowe czy szwadrony zamachowe.

- My odmawiamy zamachu na kogokolwiek - powiedział libijski przywódca, podpierając się pod brodą, chwilami patrząc w górę rozmarzonym wzrokiem. - To zachowanie Ameryki, przygotowywanie się do zamachu na mnie, do zatrucia mi jedzenia. Dużo próbowali, żeby to zrobić. - Wezwał administrację, żeby pokazała dowody. O Amerykanach Kadafi powiedział: - Jacy wy jesteście głupi ludzie... To jest głupie, ta administracja i ten prezydent. Ameryka musi się pozbyć tej administracji, ściąć ją, tak jak zrobili z Nixonem.

Pod naciskiem pytań Kadafi powiedział: - I zobaczycie, Reagan to kłamca, a jego administracja prowadzi przeciw Libii terroryzm wojskowy, gospodarczy, psychologiczny. Jesteśmy gotowi ocenić śledztwo. Jesteśmy pewni, że nie wysyłaliśmy żadnych ludzi, żeby zabili Reagana, ani żadnych innych ludzi na świecie. To wielkie kłamstwa.

Wiceprzewodniczący Senackiej Komisji ds. Wywiadu Moynihan odpowiedział, że to Kadafi jest kłamcą i zwariowanym dyktatorem: -Mamy niezbite dowody na to, że urzędnicy rządu amerykańskiego byli wytypowani jako cele. - Przyparty do muru Moynihan robił uniki. Istniała szansa około 80 procent, że dowody były prawdziwe.

Następnego dnia Reagan stwierdził publicznie:

- Na waszym miejscu nie wierzyłbym w ani jedno słowo z tego, co mówi Kadafi. Mamy dowody i on wie o tym.

Jednak rozmowa w mediach została uznana przez administrację za niewystarczającą. Wysłano Kadafiemu bezpośrednią groźbę. Ponieważ Stany Zjednoczone i Libia nie miały stosunków dyplomatycznych, wiadomość "Ściśle tajna - tylko dla oczu" od prezydenta Reagana została wysłana do pułkownika Kadafiego przez Belgię:

Posiadam szczególowe i sprawdzone informacje na temat kilku sponsorowanych przez Libią planów i prób zamachów na urzędników rządu USA oraz ataków na obiekty amerykańskie zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i za granicą. Wszelkie akty przemocy kierowane przez Libią lub jej agentów przeciw urzędnikom USA w kraju lub za granicą będą uznane przez rząd USA za zbrojny atak na USA i zostanie odparty wszelkimi sposobami koniecznymi do obrony tego państwa zgodnie z artykułem 51 Karty Narodów Zjednoczonych.

Artykuł 51 zezwalał krajom członkowskim ONZ na podjęcie działań w celu samoobrony. Informację o tym ogólnym ostrzeżeniu zamieściła prasa amerykańska, ale nie wspomniano o powołaniu się na artykuł 51. Urzędnicy powiedzieli raczej reporterom o "niezmiernie poważnych konsekwencjach". 10 grudnia 1981 r. Reagan zaapelował do 1.500 Amerykanów mieszkających w Libii o powrót do kraju i zawiesił paszporty amerykańskie na przyszłe wyjazdy do Libii. Ale nie odcięto napływu ropy naftowej wartej 10 miliardów dolarów, którą Libia sprzedawała Stanom Zjednoczonym.

Ostrzeżenie wydawało się działać. W ciągu następnego tygodnia starszy rangą libijski pracownik wywiadu przyjechał do Stanów Zjednoczonych jako wysłannik i oświadczył, że Kadafi jest "zdesperowany", chce odblokować drogę do Stanów Zjednoczonych i zobowiązał się, że nie będzie działań terrorystycznych ani zamachów.

18 grudnia Dyrekcja ds. Wywiadu CIA wydała "Tajny" raport o rzekomych planach zamachu na najwyższych przywódców USA. W raporcie zauważano, że pierwsze doniesienie o zagrożeniu dla Reagana - podane podczas spotkania Kadafiego z prezydentem Etiopii w drugim tygodniu sierpnia - pochodziło ze "świetnego źródła". Dalej raport wylewał nieco zimnej wody. Następne doniesienia o planach dokonania ataków na starszych rangą urzędników rządu USA pochodzą od źródeł mających jedynie pośredni dostęp, a więc wiarygodność ich podlega wątpliwości. Możliwe jest, iż niektóre doniesienia mogły zostać wytworzone, ponieważ informatorzy wiedzą, że poszukujemy tej informacji.

Późniejsza "Tajna" analiza Departamentu Stanu z jego sekcji wywiadu oznajmiła: Jednakże ewidencja CIA wskazuje, iż źródło jednego z doniesień, jakoby Libia zamierzała zaatakować Szóstą Flotę miało w przeszłości dłuższy kontakt z dyplomatą sowieckim. Inne doniesienia o planach ataków na obiekty amerykańskie zostały zdyskontowane później. W analizie zauważono również, że prawdopodobne jest, iż sprawozdania generują następne sprawozdania, gdy wydaje się to być w interesie Stanów Zjednoczonych. Ogólnie, nota sugerowała, że wszystkie te doniesienia o grupach uderzeniowych mogły być błędną informacją napędzającą samą siebie.

Wiele z tych ostatnich informacji przypisano postaci powiązanej z irańskimi i izraelskimi służbami wywiadowczymi - Manucherowi Ghorba-nifarowi, bogatemu irańskiemu handlarzowi bronią, który był tajnym źródłem CIA. Uznał on początkowe raporty o grupach uderzeniowych za okazję do sprawienia kłopotów Libijczykom i on jeden podtrzymywał ten problem kilka miesięcy. Niedługo CIA ogłosiła Ghorbanifara "łgarzem".

Podczas wywiadu telewizyjnego prezenter sieci CBS Dan Rather zapytał prezydenta Reagana, czy doniesienia o grupach uderzeniowych były nieprawdziwe.

- Nie - odpowiedział Reagan. - Mieliśmy zbyt dużo informacji ze zbyt wielu źródeł i znaliśmy fakty. Próbowaliśmy je stłumić. Staraliśmy się trzymać to wszystko w tajemnicy... ale nasza informacja była ważna.

Kongresmen Michael Barnes, uczenie wyglądający 38-letni demokrata z Maryland, s3yszał tej zimy 1981-82 pogłoski o sporządzaniu tajnych planów dla Ameryki Środkowej. Barnes był przewodniczącym Podkomisji Spraw Zagranicznych Izby zajmującej się zachodnią półkulą, odpowiadającej za Amerykę Środkową, ale nie będąc członkiem Komisji ds. Wywiadu Izby nie mógł dowiedzieć się, co się działo. Barnes miał wpływy w Departamencie Stanu, zwłaszcza u regionalnego sekretarza pomocniczego, Toma Endersa. Był przekonany, że nikt nie mógł oczekiwać od niego wykonywania swojej roboty, jeżeli nie wiedział o większych operacjach CIA.

- Jest coś, o czym chciałbym z panem porozmawiać - powiedział Barnes w rozmowie telefonicznej z Endersem - a nie chcę mówić o tym przez telefon. - Zgodzili spotkać się na śniadaniu w Hay-Adams, szykownym hotelu w centrum, gdzie stoliki były na tyle daleko od siebie, żeby pozwolić na prywatne rozmowy.

Gdy podawano śniadanie, Barnes powiedział: - Mam doniesienia, że CIA angażuje najemników do wysadzania w powietrze mostów w Nikaragui.

- Będzie pan musiał iść do Komisji ds. Wywiadu - odpowiedział Enders obojętnie.

Obydwaj uznawali reguły. Brak zaprzeczenia ze strony Endersa przekonał Barnes'a, że informacja była bliska celu.

Barnes odszukał przewodniczącego Komisji ds. Wywiadu Izby, Edwarda Bolanda - 70-letniego kongresmena z Massachusetts, przyjaciela i byłego współlokatora pokoju marszałka Izby Thoma-sa P. "Tipa" O'Neilla. Boland nie podzielał nieufności młodszej generacji dla operacji wywiadowczych, ale uważał, że Barnes powinien wiedzieć, co się dzieje w jego regionie. Tak więc Boland wyjaśnił Barnes'owi plan CIA wykorzystania Argentyny do szkolenia pięciuset "contras", żeby przerwać przepływ broni z Nikaragui do Salwadoru.

Barnes był oszołomiony. Znał graczy z Ameryki Łacińskiej: nikt, łącznie z CIA, nie będzie w stanie kontrolować Argentyńczyków, znanych ze swej bezwzględności. Równie dobrze agencja mogła wybrać chilijskiego dyktatora Augusto Pinocheta.

Boland powiedział, że nie przewiduje się żadnych działań terrorystycznych, żadnego palenia farm i tak dalej. Działanie CIA miało być ograniczone, nie wydawało się być niczym szczególnie wielkim.

Barnes poprosił Endersa o następne spotkanie, tym razem był to lunch w Metropolitan Club. Gdy się spotkali, zaczął ostro, plan wydawał mu się głupi, bał się, że ludzie będą ginąć.

Enders umiał tak postępować z Barnes'em, żeby go uspokoić. Zgadzał się tylko na konieczne tajne działania. Barnes też powinien się zgodzić. Nie będzie żadnych zamachów. Działanie będzie ściśle kontrolowane, nie będzie pogwałceń praw człowieka.

Barnes nie dawał się przekonać, uważał że operacja CIA da sandi-nistom uzasadnienie i logiczną podstawę przykręcenia śruby prasie, ruchowi robotniczemu, opozycji politycznej oraz powód do sprowadzenia większej ilości Kubańczyków. j Odpowiedź Endersa brzmiała: - Proszę mi zaufać. Jako podsekre- j tarz jestem bezpośrednio zaangażowany. Zrobi się to prawidłowo. / Barnes czuł, że ma związane ręce. Senat miał rzeczywistą władzę w sprawach zagranicznych, wraz z upoważnieniem do ratyfikacji traktatów i zatwierdzania stanowisk na szczeblu wykonawczym. Komisja Spraw Zagranicznych była w najlepszym razie klubem dyskusyjnym. Bez wiedzy o tajnych działaniach, nawet ta rola miała być komisji odebrana. Na publicznym przesłuchaniu komisji Haig odmówił wykluczenia tajnych działań przeciwko Nikaragui, dodając: -Ale złośliwym sędziom śledczym nie wolno interpretować tego jako wyrażenia naszej polityki w ten czy inny sposób.

Barnes odpowiedział: - Bazując na pana odpowiedziach, gdybym był Nikaraguańczykiem, budowałbym schron.

Senator Christopher J. Dodd z Connecticut również czuł się wykluczony z debaty nad Ameryką Środkową, nawet jako członek Senackiej Komisji ds. Stosunków z Zagranicą. Dodd, 37-letni liberalny demokrata, spędził dwa lata jako ochotnik Korpusu Pokoju w górskich wioskach w Republice Dominikany i mówił biegle po hiszpańsku. Słyszał pogłoski o CIA, ale nie mógł mieć całkowitej pewności.

Dodd uważał, że CIA odgrywa tutaj rolę wielkiego imperialisty i wścibskiego Jankesa, pochodzącą z innej epoki. Stany Zjednoczone były jak właściciele niewolników. Dodd uznał, że przy pewnej ilości pracy mógłby się dowiedzieć o ogólnym zarysie planu CIA - tylko, że wtedy wpadłby w sidła "oficjalnego" milczenia, bez możliwości wypowiedzenia się publicznie. Była to sytuacja typu Paragraf 22: albo musiał po-

zostać w niewiedzy na temat tajnych działań i sprawiać wrażenie pa-ranoika, albo, jeśli się o nich dowie, jest zakneblowany.

Dodd przyszedł 10 grudnia 1981 r. na zamkniętą prezentację przed Senacką Komisją ds. Stosunków z Zagranicą dokonaną przez oficera wywiadu CIA na Amerykę Środkową, Constantine'a Mengesa. Wiedział, że Menges jest człowiekiem Caseya i że dostarczy wskazówek, jeżeli nie o samych działaniach, to przynajmniej o niektórych planach. . Spotkanie zamieniło się w polityczną przemowę przeciw Hawanie. Brzmiało to jak agitacyjne przemówienia Reagana - potępiające ko-'. munizm i przypisujące wszystkie nieszczęścia Ameryki Środkowej Moskwie i marksizmowi. Dodd wraz z dwoma kolegami napisał do Caseya pismo wyrażające protest. Było oczywiste, dokąd zmierzają wypadki, choć Dodd nie mógł tego udowodnić, ale gdyby mógł, nie miałby wolności wyrażenia swoich opinii.

Gdy Casey zobaczył na pierwszej stronie Washington Post z 14 lutego 1982 r. artykuł na temat 19-milionowego planu CIA dla Nikaragui, poczuł ulgę czytając: Nie było możliwe dowiedzieć się, czy propozycja CIA została zatwierdzona i wprowadzona.

Następnego dnia po południu między 14:30 a 15:45 Casey przedstawił prezydentowi Reaganowi specjalne ściśle tajne krótkie sprawozdanie w Pokoju Sytuacyjnym. Doniósł, że Dewey"owi Clarridge'owi udało się zorganizować antysandinistowskich bojowników w Hondurasie oraz że działania w Nikaragui niedługo się zaczną. Po tej akcji spodziewano się zmniejszenia nikaraguańskiej predyspozycji do eksportowania rozruchów i rewolucji.

Pod koniec lutego pewien urzędnik, który wiedział jaką informację wywiadowczą otrzymywała administracja i jakie działania uruchomiła, zgodził się mówić podczas długiego spaceru w dzielnicy na przedmieściach Waszyngtonu. Uważał za niepokojące doniesienia o szkoleniu Nikaraguańczyków przez Sowietów na wysokiej klasy samolotach MiG. Było to uważane za "bardzo niepokojące", ponieważ samoloty mogą zapowiadać drastyczyny ruch wojskowy sandinistów w kierunku rozprzestrzenienia wojny wyzwoleńczej do innych krajów Ameryki Środkowej, zwłaszcza do Salwadoru. Haig, Casey i inni dużo myślą strategicznie, w szerokim zakresie. Według ich kalkulacji, MiG-i mogłyby dać Nikaraguańczykom potencjalną kontrolę nad szlakami morskimi na Morzu Karaibskim i koło Kanału Panamsłdego - sytuacja, na którą Stany Zjednoczone nie mogą pozwolić.

Urzędnik powiedział:

- Nikaragua jest w tej chwili rządem kontrolowanym przez Sowietów tak, jak my kontrolowaliśmy rząd Południowego Wietnamu podczas wojny. Kluczem do tego obszaru jest Nikaragua, a nie Salwador, jest za dużo nacisku na Salwador - zilustrował to poprzez kostki domino przewracające się aż po Meksyk.

Urzędnik powiedział, że jeżeli nowe MiG-i pójdą do Nikaragui, to Rea-gan je zlikwiduje przy pomocy jakiegoś rodzaju tajnej operacji. Prezydent nie wyśle wojsk do Ameryki Środkowej - wyjaśnił - ale Reagan nie chce tego powiedzieć publicznie. Reagan nie wyśle też tysięcy doradców.

- A tajne działanie w tej chwili? Jeżeli stawka jest w połowie tak duża, to z pewnością skromne tajne przedsięwzięcie będzie logiczne? Zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę pozytywne wypowiedzi o CIA i tajnej działalności podczas kampanii prezydenckiej?

Odmówił odpowiedzi.

4 marca 1982 roku Jaime Wheelock z rządzącego kierownictwa san-dinistów wygłosił w Waszyngtonie przemówienie, w którym twierdził, że trwa jakaś akcja CIA.

- Zbyt dużo rzeczy dzieje się naraz, żeby był to zbieg okoliczności - powiedział - wszystkie te elementy prowadzą do jednego wniosku: CIA jest jedyną siłą mającą możność zrobienia tych rzeczy naraz. Trudno jest to udowodnić konkretnie, ale ślady istnieją.

W poniedziałek 8 marca 1982 r. Bradlee poprosił mnie na śniadanie o 9:00. Mieliśmy teraz solidne informacje z trzech źródeł, potwierdzające, że operacja w Nikaragui ma aprobatę prezydenta. Powiedział, że nie chce się spieszyć, przypominając mi delikatnie, że klimat polityczny nie przypomina lat siedemdziesiątych. - To jest rząd Reagana - powiedział - i nie stosuje się już założenia, że wyjawianie sekretów CIA jest automatycznie dobre... może być odwrotnie.

- Jakie jest uzasadnienie opublikowania artykułu? - zapytał Bradlee. - Chcę znać przyczynę, daj mi dokładną przyczynę.

- Czy taka operacja lub agresja może działać? - zapytałem. - Czy może pozostać tajemnicą? Czy powinna pozostać tajemnicą?

- Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań - powiedział Bradlee. - Czy CIA wymknęła się spod kontroli? Powiedziałem, że nie sądzę. Reagan przestał mówić.

- Musi być powód do publikacji - powiedział Bradlee. - Administracja Reagana dała do zrozumienia, że podejmie kroki w celu ochrony tajemnic bezpieczeństwa narodowego. To oznacza możliwą sprawę sądową albo Bóg wie co. Czy źródła chcą ujawnienia? - zapytał. - Jaki jest ich motyw?

- Nie są pewni, czy jest to właściwe posunięcie.

- Czemu nie wystąpią i nie powiedzą tego oficjalnie, z nazwiskami? To by z pewnością ułatwiło sprawę.

- Nie są tacy pewni, czy mają ochotę to zrobić - odpowiedziałem. - Są chętni pozwolić Bradleemu podjąć decyzję o publikacji.

- Cholera - powiedział Bradlee.

Później skontaktował się z Goldwaterem, który musiał wiedzieć w ramach nowych przepisów o nadzorze Kongresu. Goldwater oznajmił, że nigdy nie słyszał o tej rzekomej operacji ani jednego słowa. Bradlee powiedział, że jest pewien, iż Goldwater nie okłamałby go.

W ciągu kilku minut Bradlee otrzymał następny telefon.

- Właśnie znów dzwonił Goldwater - powiedział. - Prawdopodobnie zadał parę pytań. I wiesz co! Powiedział, że w tej chwili Casey czeka w moim gabinecie obok. Coś się cholera święci...

Bradlee miał sam porozmawiać z Caseyem, a Goldwater nie mógł odpowiedzieć na żadne pytania. Podtekst tego był taki, że Goldwater coś wie albo że będzie wiedział niedługo.

Casey pognał do biura Goldwatera, aby wyjaśnić co się dzieje. Gol-dwatera nie było przez kilka miesięcy z powodu operacji biodra. Być może opuścił kluczowe spotkanie.

Następnego dnia, we wtorek 9 marca Casey i Bradlee jedli razem lunch w CIA. Bradlee wrócił około 14:30, tuż przed codzienną konferencją prasową Post. Artykuł był gotowy, ale Bradlee nie dał aprobaty. Kiwał głową.

- Jest tyle niejasności w tym, co mówi Casey - powiedział Bradlee. - Jego wymowa jest niewyraźna, jak żuł jedzenie, to było jeszcze więcej zniekształceń, niejasności i uników.

- Czy potwierdził, czy zaprzeczył informacjom? - zapytali redaktorzy Post.

- Ani jedno, ani drugie, gdy się do tego przyłożyć - powiedział Bradlee. -Jednakże Casey mówił o 500-osobowym oddziale tak, jakby istniał albo miał zaistnieć niedługo. W pewnym momencie zasugerował, że będzie się on rozrastał. Nie jest jednak jasne czy ten oddział jest argentyński, czy z CIA. Casey powiedział, że CIA będzie miała na celu wstrzymanie przepływu broni z Nikaragui do Salwadoru. Casey twierdził, że grupa nie będzie wysadzała w powietrze mostów ani elektrowni, jak mówiły nasze źródła, zasugerował też, że to, co zrobi CIA, zaaprobowano trzy czy cztery miesiące wcześniej, w listopadzie.

- Czy jest to jakiś rodzaj potwierdzenia?

- Jest i nie jest - powiedział Bradlee. Czuł się nieswojo, patrzył przez okno gabinetu, odtwarzając w myślach konwersację. - Czegoś

brakuje albo oni próbują nas zniechęcić, nie odstraszyć - dodał. - Ca-sey nie mówił "nie publikujcie artykułu". To by mnie wystraszyło. Dobrze, że nie muszę działać wbrew jemu.

- Czy Casey wysunął argument o bezpieczeństwie narodowym?

- Nie - powiedział Bradlee.

- Projekt artykułu jest gotowy. Czy będziemy go publikować?

- Nie wiem - odparł Bradlee.

Tymczasem tego samego dnia - 9 marca 1982 r. - w audytorium Departamentu Stanu Inman zebrał prasę na niezwykłą sesję objaśnień.

- Jestem Bob Inman - zaczął ponuro -jestem tutaj dzisiaj, ponieważ jestem zaniepokojony i rozgniewany.

Jego zmartwieniem było nagromadzenie wojsk w Nikaragui.

- Jestem zły, ponieważ przez ostatnie parę tygodni obserwowałem, jak urzędnicy państwowi borykają się z trudnościami polegającymi na przekazywaniu informacji i równoczesnej ochronie krytycznych źródeł i metod wywiadu i spotykają się z taką reakcją: Jak możemy warn uwierzyć, jeżeli nie pokażecie nam wszystkich, szczegółowych dowodów! Sceptycyzm posunął się za daleko i mam nadzieję na większą neutralność, na więcej zaufania.

John T. Hughes, zastępca dyrektora DIA, który przedstawił kiedyś dowody zdjęciowe w kubańskim kryzysie rakietowym dwadzieścia lat przedtem, wystąpił i stuknął 180-centymetrowym wskaźnikiem w powiększone na całą ścianę zdjęcia lotnicze Nikaragui (zrobione przez samoloty szpiegowskie typu U-2 i SR-71, nie było żadnych tajnych zdjęć satelitarnych). Wykazywały one, że sandiniści zbudowali trzydzieści sześć nowych baz wojskowych w ciągu ostatnich dwóch lat. W 1979 roku, w momencie rewolucji, sandiniści byli bandą liczącą 5 tysięcy partyzantów, a teraz mają pod bronią 70 tysięcy ludzi. Przerzucając szybko dziwne, ziarniste zdjęcia, Hughes rozpoznał sowiecki sprzęt, łącznie z czołgami i małymi działami polowymi nazywanymi haubicami. - To nie są siły zbrojne - powiedział - odciski palców są kubańskie, a garnizony są ułożone w stylu sowieckim, łącznie z torami przeszkód.

Po pokazie Inman odpowiadał na pytania. Pytano go o wcześniejszy raport (ten, który Post opublikował w lutym) na temat tajnego planu CIA za 19 milionów dolarów. Inman obalił wszelkie domysły, jakoby został on zatwierdzony.

- Sugerowałbym państwu - powiedział z całą szczerością - że za 19 milionów, czy 29 milionów dolarów nie kupi się wiele w dzisiejszych czasach, a z pewnością nie przeciwko takiej sile wojskowej.

Spotkanie to było sporym wydarzeniem - Casey spodziewał się rozgłosu na skalę kubańskiego kryzysu rakietowego. Powszechnie interpretowano zaprzeczenie Inmana w ten sposób, że tajny plan za 19 milionów dolarów został w ten sposób zatwierdzony.

Było to niepokojące. To nie było podobne do Inmana, żeby publicznie atakować program, który zatwierdził prezydent. Na spotkaniu ton Inmana wyrażał poparcie dla Reagana, Caseya i starań "urzędników państwowych" w sprawie wytłumaczenia niebezpieczeństwa w Ameryce Środkowej. Jednak my byliśmy pewni co do tego artykułu. Wydawało się niezrozumiałe, że Inman nie był świadom.

Krajowy redaktor Post Bili Greider zmienił zwrot "ograniczone tajne działania wojenne" w głównym akapicie naszego artykułu na "tajne działania". Pat Tyler dowodził, że jest to rozmywanie centralnego tematu artykułu. -Wszelkiego rodzaju działanie paramilitarne jest wojną - argumentował Tyler - i ostrożnie ukuł eufemizm "ograniczone tajne działania wojenne".

Ciekawe było, czy Bradlee zatwierdzi artykuł w jakiejkolwiek formie. Stąpając po swoim gabinecie ze szklanymi ścianami podzwaniał dużą ilością drobnych w kieszeni.

Bradlee przepuścił przez swój gabinet redaktorów, poszukując rady. Greider, prawdopodobnie najbardziej namiętny w swoich przekonaniach, był najbardziej opanowany. Dla niego nie ma żadnego tajnego rządu, tajnych wojen, planów. Publikujemy to, co wiemy. W tym przypadku, powiedział, nie ma niespodzianek. Tajne działanie antykomunistyczne jest spełnieniem obietnic Reagana po zwycięstwie w wyborach oraz obietnicą jego administracji. Na to ludzie głosowali i nikt nie wie tego lepiej niż sam Ronald Reagan. Greider powiedział, że możliwe jest, że Biały Dom będzie zadowolony, że ten artykuł wyszedł. Argumentował, że jesteśmy zbyt skoncentrowani na aspekcie CIA, na tajemnicy, na wielkim wymiarze strategicznym. Przeoczamy politykę wypowiadania tajnej wojny sandinistom. Kampania antysandinistyczna przejdzie na forum polityczne, które jest głównym punktem zainteresowania samego Reagana. Okręgowi wyborczemu Reagana podobałoby się to niezmiernie. -Ale - dodał - nie ma asekuracji. Jedyna asekuracja, jaka jest, to to, że takie jest zadanie gazety i że powinniśmy się spisać.

Greider przypomniał, że kampania prezydencka w 1980 roku oznajmiała: Potępiamy przejęcie władzy przez marksistów-sandinistów w Nikaragui... będziemy popierać wysiłki narodu Nikaragui w celu ustanowienia wolnego i niepodległego rządu. Kampania obiecała także operatywną CIA. To jest logiczny mariaż obu koncepcji. W pewnym sensie

donosimy tylko, że Reagan spełnia obietnicę kampanii. Casey nie prosił o wstrzymanie artykułu. - Do diabła - powiedział Greider - on prawdopodobnie chce, żeby to wyszło i dopilnuje, żeby przeciekło, jeżeli my się wstrzymamy.

Istniał pewien podtekst. Po ponad roku stosunki między administracją Reagana a mediami nie były jasne. Zazwyczaj, reportaże nie były zbyt ostre. Prawie rok po zamachu na jego życie Reagan nadal korzystał z przedłużonego "miodowego miesiąca". Jednocześnie administracja nie polowała na media w jakiś zgodny sposób. Była, jak zwykle, krytyka mediów, ale nie było incydentów takiej skali czy wrogości, jak przy poprzednich administracjach, na przykład Nixona. Jasne było, że nikt, łączne z Bradleem, nie chciał oddać pierwszego strzału, który mógłby rozpętać rundę ataków na

prasę.

Około 18:00 Greider powiedział, że Bradlee postanowił opublikować artykuł następnego dnia. Nikt nie wyraził szczególnego niepokoju, który dałby mu wyraźny powód do wahania. Jednak podsumowanie tych głosów spowodowało chwilowe wahanie.

- Nigdy nie widziałem, żebyś był tak bliski wstrzymania artykułu -powiedziałem Bradleemu.

Odpowiedział, że tak, że jest to możliwe. - Dlaczego się zdecydowałeś? - Głównym powodem podjęcia tej decyzji był umiarkowany sprzeciw Caseya.

Artykuł został umieszczony na pierwszej stronie pod małym, jednokolumnowym nagłówkiem: USA zatwierdza tajny plan w Nikaragui pod objaśnieniami Inmana na temat nagromadzenia wojsk w Nikaragui. Każda zainteresowana osoba dostrzeże artykuł o tajności, ale nie było to jedno z tych odkryć sugerujących, że Post odkrył tajemnicę stworzenia wszechświata czy jakąś "nieczystą" tajną operację, na

przykład zamach.

Następnego dnia dzienniki sieciowe o 7:00 rano podawały wiadomość o tajnych działaniach jako główną. Jak na razie, nie było uderzenia od administracji - w ciągu dnia była małomówna. Haig powiedział zaledwie, że to było: niewłaściwe, by komentować tajne działania, bez względu na to, czy takowe istnieją, czy nie.

Weinberger powiedział: - Po prostu nie będę komentował, nigdy tego nie robiłem. To jest wszystko wysoce tajne, cały ten temat.

Casey nie powiedział nic.

Tego wieczoru wszystkie główne sieci telewizyjne podały relacje potwierdzające doniesienie. Biały Dom przyjął stanowisko, że Reagan ostro obchodzi się z Nikaraguańczykami i że chce, by było to powszechnie znane, gdyż uważa to za polityczny plus. Greider miał rację.

15 marca 1982 r. Time zacytował Goldwatera: Wszystko w artykule ,fost"jest prawdą. Nie mają wszystkiego, ale wszystko to, co mają, to prawda.

W tę sobotę Casey przemawiał w Centrum Studiów nad urzędem prezydenta w Waszyngtonie. Casey wierzył w przemawianie na zebraniach - ciężko pracował nad przemówieniami, często sam je pisał. Odzwierciedlały prawie doskonale to czym się zajmował podczas dnia pracy oraz zadania stojące - w jego opinii - przed administracją i CIA. Przemówienia stanowiły wgląd do wewnątrz, choć niewiele osób zdawało sobie z tego sprawę.

Casey rozpoczął od cytowania generała Jerzego Waszyngtona, popierającego tajność w działaniach wywiadowczych: Bo od tajności zależy powodzenie większości tego rodzaju przedsięwzięć; a z jej braku są one ogólnie udaremniane, bez względu na to, jak dobrze są zaplanowane i jak obiecujące... Potem Casey wstąpił na scenę światową.

- Świat jest - powiedział - nękany przez działalność wywrotową, jest diabelskim koktajlem destabilizacji, terroryzmu i insurekcji... Dzieje się tak za sprawą sowieckiego uzbrojenia, kubańskiego personelu i libijskich pieniędzy.

Przedstawił taką historię: - W następstwie Wietnamu, zaczynając w roku 1974 i 1975 Związek Radziecki podjął nową, dużo bardziej radykalną strategię w Trzecim Świecie. Był w pełni świadom sytuacji politycznej w tym kraju. Wykorzystując pełnomocników takich jak Kubańczycy w "stosunkowo nie ryzykownych" operacjach Sowieci zabrali się do wzniecania niepokoju. W latach siedemdziesiątych udanymi działaniami Sowietów przez pośredników były akcje w Angoli, Etiopii, Kambodży, Nikaragui...

Dużo łatwiej i mniej kosztownie jest popierać powstanie, niż nam i naszym przyjaciołom je odpierać. Potrzeba niewielu ludzi i niewielkiego poparcia, żeby zachwiać wewnętrzny spokój i stabilność gospodarczą małego państwa.

7 - VEIL - Tąfne wojny CIA

ROZDZIAŁ 10

Senator Patrick J. Leahy, chudy demokrata z Vermontu w Komisji ds. Wywiadu obserwował, jak parę drobnych sekretów ujawniono na spotkaniach informacyjnych komisji i często czuł się nieswojo. Tak jak z talią kart iluzjonisty, nie było wiadomo czy należy wierzyć temu co się widzi lub słyszy. Członkowie otrzymywali ogólne podsumowanie albo nazwę i numer systemu z katalogu szpiegostwa, albo wpis do budżetu, czasem nieco informacji wewnętrznej na temat głowy państwa. Leahy był dzieckiem Watergate, wybrany do Senatu w wieku 34 lat, po dymisji Nixona, jedyny demokratyczny senator w historii Vermontu. Był przyzwyczajony do stania z boku. Był sceptycznie nastawiony do tajnych skupisk władzy, zwłaszcza w rządzie Reagana, Leahy zastanawiał się, co by zobaczył, gdyby odsłonięto wszystkie karty wywiadu. W ciągu ośmiu lat jako prokurator w okręgu Chittenden osobiście prowadził wszystkie ważne sprawy. Trzymanie dowodów w ręku i na widoku było jedynym sposobem, żeby dowiedzieć się, co się dzieje. Każdy senator miał przydzielonego członka personelu - tak zwanego "desygnata" - który prowadził go przez skomplikowany i najeżony żargonem labirynt wywiadu. Leahy odziedziczył po swym poprzedniku Teda Ralstona, który powiedział mu, że jeśli chce pojąć wywiad, powinien dowiedzieć się o Agencji Bezpieczeństwa Narodowego i prze-chwytach. Satelita pod nazwą VORTEX brał na cel specjalne obszary świata i dawał możliwości nasłuchu porównywalne z ambasadami amerykańskimi w różnych krajach. NSA jest źródłem największej ilości i najlepszej informacji. Interpretacja przechwytów pochłania pracowite godziny: słuchania, wykrywania powtarzających się form, częstotliwości, ustalania kierunków, odcyfrowywania znaczeń, szukania nowych metod i linii łączności.

To tu się właśnie wszystko dzieje, powiedział Ralston. Pozyskiwanie informacji wywiadowczych stało się strasznie techniczne: trzeba się nauczyć, co można robić i jakby mieć pojęcie o nadchodzących latach. Ralston zasugerował, żeby Leahy odwiedził obiekty NSA za granicą i zaplanowano wyjazd do Europy.

Ralston miał bliskie związki z Inmanem w czasie kadencji admirała jako szefa NSA od 1977 do 1981 roku. Zajmował się monitorowaniem kontroli zbrojeń przez Komisję Senacką i był jednym z trzech członków sztabu blisko zaznajomionych z NSA. Ralston kupił Inmano-wi komplet czterech gwiazdek, gdy ten awansował na pełnego admira-

ła jako zastępca Caseya. Zazwyczaj nowe gwiazdki były wręczane przez rodzinę.

Przez lata Inman prowadził Ralstona przez labirynt technicznego pozyskiwania informacji wywiadowczej, a Ralston informował Inma-na o tym co się działo w Komisji Senackiej. Kiedy Inman robił obchód wśród senatorów lub przychodził na sesję informacyjną, to wiedział, co zajmowało każdego senatora.

Tak jak dwaj starzy oficerowie prowadzący, dobrze ze sobą współdziałali. Obydwaj chcieli wiedzieć więcej i mieli ku temu powody. Jeżeli w wielu, a nawet we wszystkich wypadkach, Inman był w stanie współpracować z senatorami, czasem w niezwykły sposób, to ułatwiało to pracę jednym i drugim. Jeżeli Inman robił silne, pozytywne wrażenie na senatorach - zarówno republikanach, jak i demokratach - to było to na korzyść komisji i procesu nadzoru. Nikt się nie skarżył, chociaż kilku członków sztabu uważało, że ich związek profesjonalny przeobraził się w osobistą zależność. Oficjalnie Inman miał pracować dla Caseya, a Ralston dla Leahyjego.

Senator Leahy i Ralston odwiedzili obiekt NSA w Harrogate, jakieś 320 km na póinoc od Londynu na wrzosowiskach Yorkshire.

Leahy miał praktyczne pytania co do możliwości przechwytów łączności. Rosjanie gromadzili czołgi blisko polskiej granicy i Leahy był ciekaw, czy placówka Harrogate może przechwycić komunikaty z poszczególnych czołgów.

- A te megawaty tego egzotycznego podsystemu? - zapytał Ralston, zanim ktokolwiek w Harrogate zdążył odpowiedzieć Lea-hy'emu. Rozglądając się ciekawie na tym obchodzie dla VIP-ów Ralston zadawał pytania techniczne, ujawniające jego olśniewającą wiedzę. Leahy chciał odpowiedzi na własne pytania, ale Ralston nie panował nad sobą w szpiegowskim sklepie ze słodyczami. Głośno zastanawiał się nad systemami napowietrznymi - na przykład połączeniem z placówką NSA po drugiej stronie świata w Pine Gap w Australii?

- Zamknij się - powiedział zjadliwie Leahy. - Pozwól mnie zadawać pytania.

Gdy jechali dalej, do Niemiec, Leahy marzył o wyrzuceniu Ralstona z samolotu. W Turcji Ralston chwycił garść cygar ze skrzynki ambasadora USA, a Leahy skarżył się swojemu asystentowi administracyjnemu: - Nie wiem, co zrobić z tym sukinsynem.

Po powrocie do Stanów Zjednoczonych Leahy wymyślił, co zrobi. Zwolnił Ralstona.

Ralston złożył podanie o pracę w sztabie społeczności wywiadowczej w centrum na F. Street. Był to jeden z obszarów, który Casey pozostawił Inmanowi. Jako członek sztabu Senatu Ralston nie musiał poddawać się testowi wykrywacza kłamstw, ale taki test był częścią procedury ubiegania się o pracę w społeczności wywiadowczej. Tak więc poddano go rutynowemu badaniu. Kilka podstawowych pytań dotyczyło obchodzenia się z tajnymi materiałami przez Ralstona. Czy kiedykolwiek brał do domu tajne dokumenty?

Zabieranie tajnych dokumentów do domu przez zagonionych pracowników rządowych nie było niczym niezwykłym - stąd to pytanie. Zwyczaj ten był tak powszechny, że był to doskonały test do sprawdzenia, czy ktoś jest szczery. Celem nie było wykrycie nieszkodliwych naruszeń przepisów, ale znalezienie poważnych pogwałceń bezpieczeństwa, źródeł przecieków lub, w rzadkich przypadkach, szpiega. Jednak to pytanie przedstawia prawdziwy kłopot i między innymi dlatego tak wielu ludzi nie lubiło tego testu. Odpowiedzi muszą brzmieć "tak" albo "nie". Większe i mniejsze sprawy były traktowane jednakowo. Wybór był - albo to uznać, albo walczyć z tym i ryzykować oblanie.

Ralston nie przeszedł. Wziął do domu egzemplarz tajnego raportu na temat tego, co robiły amerykańskie agencje wywiadowcze w Iranie od drugiej wojny światowej. Problem z wykrywaczem Ralstona był deprymujący zarówno dla niego, jak i dla Inmana. Nie będzie pracy w sztabie społeczności wywiadowczej. Co gorsza, nowy dyrektor sztabu Senackiej Komisji ds. Wywiadu Rób Simmons rozpoczął śledztwo w sprawie Ralstona. Było tego więcej - Ralston zabrał do domu około pięćset stron tajnych dokumentów, w tym i ściśle tajnych. Niektóre z tych papierów zwrócił dyrektorowi komisji, niektóre bezpośrednio CIA. W opracowaniu o Iranie można było rozpoznać parę ważnych źródeł osobowych - nie były wymienione z nazwiska, ale ktoś mógł wydedu-kować ich tożsamość z dokumentu.

Simmons sporządził wykaz dokumentów, które Ralston zabrał do domu i przekazał go CIA z prośbą o rutynową ocenę szkód.

Wkrótce potem Simmons otrzymał notę od CIA. Twierdziła ona, że nie ma dowodów na to, że dokumenty zostały narażone na szwank. Co prawda były przechowywane niewłaściwie w domu Ralstona, ale nie ma oznak, że ktokolwiek inny je widział czy ich dotykał.

Simmons nie mógł uwierzyć w to rozumowanie. Oceny szkód rozważały normalnie najgorszy możliwy przypadek; przechowywanie takich dokumentów w niezabezpieczonym miejscu automatycznie oznaczało możliwe narażenie na szwank. Było jednak coś bardziej niepoko-

jącego. Simmons doszedł do źródła noty i jej wniosku końcowego z CIA u przyjaciela i "ojca chrzestnego" Ralstona, Bobby^go Inmana. Simmons uznał, że Inman może osłaniać Ralstona, więc rozpoczął śledztwo na pełną skalę.

Była to żmudna robota, ale, sprawdzając akta wstecz, Simmons odkrył, że przez całe lata Ralston wypisywał bądź podpisywał formularze ujawnienia prawie każdego ważnego lub delikatnego dokumentu, który przyszedł do komisji lub przeszedł przez nią. Jeżeli Ralston to wszystko przeczytał, mógłby być prawdziwym encyklopedystą możliwości i działań wywiadu USA.

Simmons ustalił, że Ralston był praktycznie szpiegiem Inmana w Senackiej Komisji ds. Wywiadu w zakresie działania i planów komisji. Simmons zdał sobie sprawę, że był to niezmiernie nieformalny stosunek szpiegowski i że może "szpiegostwo" jest zbyt mocnym słowem. Nie było w tym nic nielegalnego, nic niewłaściwego, było to zaledwie niestosowne. Simmons wiedział z dziesięcioletniego doświadczenia jako oficer ds. operacji CIA, że niektórzy najlepsi szpiedzy nie zdają sobie sprawy z tego, co robią. Zostali złapani w pajęczą sieć. Są przekonani, że gromadzą informację dla swojej strony. Najlepsze szpiegostwo jest subtelne, osadzone w codziennych wzajemnych stosunkach, tak, żeby każdy mógł powiedzieć: - Po prostu robię swoją robotę. - W trakcie codziennego nieświadomego, bezmyślnego porozumiewania się - czytania, mówienia, pytania - wiele informacji przekazuje się do niewłaściwych miejsc. Afera Ralstona nie była może niczym więcej niż nieo^-strożnością dwóch ludzi.

Simmons przedstawił zarys problemu Goldwaterowi. Przewodniczący postanowił nie referować sprawy do Departamentu Sprawiedliwości w celu podjęcia kroków sądowych. Było kilka powodów - Ralston ewidentnie nie chciał wyrządzić szkody, nie można było udowodnić szkody dla bezpieczeństwa narodowego ani kompromitacji, a jeżeli wyszłoby to na jaw, byłaby z tego paskudna historia, która poważnie osłabiłaby nadzór i wiarygodność komisji. Wreszcie, był też problem Inmana. Goldwater nie zniósłby, gdyby aspekt ten wyszedł na jaw i został źle zinterpretowany. Simmons kazał anulować przepustki Ralstona.

- Dobrze - powiedział Goldwater, dochodząc do wniosku, że jest to w zasadzie odpowiednia kara. Ralston nie zdołał otrzymać nowej przepustki, gdy ubiegał się o posadę u dużego wykonawcy w branży zbrojeniowej.

Niektórzy członkowie sztabu komisji nadal chodzili z Ralstonem na lunch, więc Simmons zwołał cały sztab i wyjaśnił, że Ralston to persona non grata, lepiej będzie dla nich, jeśli go nie będzie w pobliżu.

Senator Leahy osłupiał, kiedy Ralston poprosił go o referencje.

W raporcie końcowym Simmons zawnioskował, że była to być może największa kompromitacja tajnego materiału z Kongresu, a z pewnością największa z Komisji Senackiej. Rozkazał przegląd wszystkiego w komisji, tysięcy dokumentów. Po poszukiwaniach, podczas których oficerowie bezpieczeństwa zaglądali do każdej szafy z aktami i każdego kąta, ustalono, że czterdziestu dokumentów nie rozliczono. Większość z nich pochodziła sprzed wielu lat, kilka zostało wypisanych do byłego starszego członka sztabu komisji. Simmons zdecydował, że niewiele można na to poradzić, ale nauczono się kilku poważnych rzeczy.

Później, gdy Casey narzekał na rzekome przecieki z komisji, Simmons bronił ich świadectwa bezpieczeństwa. - A ten facet, który zabierał dokumenty? - zapytał Casey. Ale nic więcej nie mówił i nic nie zrobił*.

Dla Inmana pomysł, że Ralston był jego szpiegiem był absurdalny. Z definicji szpieg i jego mocodawca, przypuszczalnie on i Ralston w tym wymyślonym scenariuszu, działali przeciw interesom, którym mają służyć. No więc, Inman nie służył żadnym innym interesom poza wywiadem Stanów Zjednoczonych - Ralston też nie. Tak, Ralston popełnił błędy, ale nie spowodowały one żadnej szkody. To, że ktokolwiek mógł postrzegać to jako szpiegostwo, oznaczało głęboką chorobę biurokracji. Taki pogląd przeważał w CIA, jak również w kongresowych komisjach nadzorczych. Oznaczał, że drugi człowiek to wróg, którego należy traktować jako nieprzyjacielską służbę wywiadowczą.

Casey nie przejmował się komisjami nadzorczymi. Jego dyspozycje w sprawie wielkich tajemnic brzmiały: Ograniczyć dostęp. Nie informować zbyt dużo.

Nie był to dla Inmana łatwy czas. Goldwater był prawie trzy miesiące w szpitalu, po odejściu Ralstona czuł się odcięty. Na domiar złego, William Safire (felietonista z New York Times'a) uwziął się na Inmana, zarzucając mu kontrolowanie Goldwatera i sprzeciw wobec tajnych działań. Ostatnio wysunął zarzut, że Inman: podrzucał reporterom zmyśloną historię, jakoby Izrael miał nadać rozgłos libijskim grupom zamachowym, żeby zorganizować nalot na libijski reaktor jądrowy...

Inman poczuł się osobiście dotknięty tym atakiem. Niczego nie podrzucił, był to ewidentnie przeciek do Safire'a od proizraelskiego źródła, które boleśnie odczuwało naleganie Inmana, żeby Izrael nie dostawał

l

* Ralston odmówił komentarza na ten temat.

żadnych zdjęć satelitarnych, które mogłyby być wykorzystane przy nalocie, tak jak było to w przypadku zbombardowania irańskiego reaktora jądrowego. Inman uważał, że Izraelczycy zrobią wszystko przeciw Kadafiemu i Libii. Uważał, że Izraelczycy dokonaliby zamachu na Kadafiego, jeżeli tym przypodobaliby się Stanom Zjednoczonym.

Jednak Inman miał głębsze podejrzenia co do ataków Safire'a. Być może krytykę dostarczył - pośrednio lub bezpośrednio - Casey. Inman wiedział, że pomiędzy Caseyem a Safire'em istnieje nieformalny związek od piętnastu lat. Safire zarządzał nieudaną kampanią do Kongresu Caseya w 1966 roku, posłał Caseya nawet na lekcje dykcji, które niestety nie wyleczyły go z mamrotania. Dowód na niedawny kontakt pomiędzy Caseyem a Safire'em sam ukazał się Inmanowi przed nosem. Była to jedna z tych informacji, które oficer wywiadu umieszcza w katalogu danych. Pewien redaktor w New York Times zadzwonił do Inmana z pilną prośbą. Jego wydawca, Arthur Ochs Sulzberger, starał się dodzwonić do Caseya korzystając z jegc zastrzeżonego, osobistego numeru telefonu, ale nie było odpowiedzi. - Czy numer jest właściwy? - zapytał redaktor, odczytując go. Był to numer, który Casey dał kilku ludziom, łącznie z Inmanem, i ten był zdziwiony, że posiadał go Times.

- Tak więc - powiedział redaktor Timesa - Bili Safire ma właściwy numer.

Inman odpowiedział twierdząco.

Inman nie miał pewności, że Casey miał udział w atakach Safire'a, ale nie mógł otrząsnąć się z przeczucia ani z ostrożności w stosunku do Caseya.

W dzień po Nowym Roku prezydent Reagan siedział z Deaverem i Billem Clarkiem w posiadłości Waltera Annenberga Sunnyłands w Rancho Mirage w Kalifornii. Przez trzy i pół godziny cała trójka dyskutowała na temat Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Alien podawał się do dymisji. Prezydent postanowił, że Clark przeniesie się z Departamentu Stanu na stanowisko doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego. Clar-kowi udzieli się "bezpośredniego dostępu" do prezydenta i będzie on jedynym rzecznikiem Białego Domu w zakresie spraw zagranicznych. Tak brzmiało memorandum rozmowy sporządzone przez Clarka.

Caseyowi miło było o tym usłyszeć. Clark, który był jego szefem sztabu, kiedy Reagan był gubernatorem Kalifornii, był bliskim znajomym prezydenta i niewzruszonym antykomunistą.

Po ogłoszeniu jego mianowania, Clark poradził się Inmana, co należy zrobić z personelem Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Inman

powiedział mu, żeby zrobił czystkę, a zwłaszcza pozbył się członka sztabu ds. wywiadu - Kennetha de Graffenreida. Clark słuchał uważnie i Inman zdał sobie sprawę, że ogłosił wypowiedzenie wojny de Graffenreidowi.

Zakresem obowiązków de Graffenreida był kontrwywiad i jego uwagę zwróciła ostatnio modna hipoteza zwana "Kamuflaż, Ukrycie i Zmylenie" (Camouflage, Concealment and Deception - CCD) określająca sowiecki styl. De Graffenreid chciał sprawdzić, czy niektóre informacje wywiadowcze, jakie otrzymywały Stany Zjednoczone są częścią ogromnego sowieckiego oszustwa, szczególnie zdjęcia satelitarne i przechwyty łączności. To logiczne, dowodził, że Sowieci prowadzą działania mylące. Ponieważ Stany Zjednoczone nigdy takiego działania nie wykryły, ważne jest, aby zbadać możliwość, że jakieś większe udane oszustwo jest w toku i nie zostało zauważone.

Inman wierzył w podstawowe stanowisko NSA w tych sprawach: to, co jest dostrzeżone i usłyszane przychodzi w miarę "czystej" formie. Sceptycyzm jest potrzebny, okazjonalnie może się zdarzyć oszustwo, ale przesada grozi paranoją. Jeżeli Sowieci budowali elektroniczne i fotograficzne wioski Potiomkina, to nie mieliby czasu ani pieniędzy na nic innego. Ogrom "połowu" wywiadowczego ze Związku Radzieckiego, powtarzające się formy i ciągłość sięgające lata, a nawet dziesięciolecia wstecz sprawiają, że aksjomat de Graffenreida staje się niemożliwy. Inman był niezadowolony, że de Graffenreid - 41-letni były pilot Marynarki Wojennej, który spędził tylko rok na Wzgórzu i następny w DIA - miał tak silny wpływ. Ale Inman zdawał sobie sprawę, że społeczność wywiadowcza, która została powołana po to, żeby służyć prezydentowi, praktycznie rzecz biorąc pracowała dla NSC. Mocny, dobrze usytuowany członek sztabu przekonany o własnej racji mógł kierować priorytetami wywiadu, zasobami, a nawet polityką.

De Graffenreid, aby kontrolować Inmana, przyjął jedną z jego metod. Wylansował całościowe opracowanie na temat kontrwywiadu na podobieństwo opracowania Możliwości Wywiadu 1985-1990 Inmana. Trzeba przełamać bariery biurokratyczne pomiędzy FBI, CIA i wojskowymi agencjami wywiadowczymi, stwierdził de Graffenreid. W razie potrzeby należy utworzyć scentralizowaną władzę kontrwywiadow-czą z centralnymi archiwami. Rozdział funkcji wywiadowczych na granicy (CIA za granicą, FBI w kraju) jest sztuczny. Martwienie się, czy są one połączone jest bzdurą wymyśloną przez działaczy na rzecz swobód obywatelskich. KGB tego podziału nie przestrzega.

Przybycie Clarka do NSC było okazją dla de Graffenreida. Przekazał Clarkowi do podpisania proponowane przez prezydenta Zarządzenie o Decyzji Bezpieczeństwa Narodowego (NSDD), nawołujące o szeroko zakrojone opracowanie na temat kontrwywiadu. Clark wyraził entuzjazm.

Do Inmana doszła wieść, że de Graffenreid pozostanie w sztabie NSC. Przyniósł ją nowy zastępca Clarka Bud McFarlane, który przeniósł się wraz z nim ze "stanu". Powiedział Inmanowi, że de Graffenreid ma ważne wsparcie.

Niedługo Inman otrzymał NSDD podpisaną przez prezydenta, organizującą dwie potencjalnie potężne Starsze Grupy Międzyagen-cyjne (Senior Interagency Groups - SIG) ds. Wywiadu -jednej przewodniczył dyrektor FBI Webster, drugiej - zastępca sekretarza obrony Carlucci.

Inman został pokonany w wielkiej biurokratycznej bitwie. Jasne było, że de Graffenreid nie tylko zostaje, ale znalazł też wpływową pozycję.

Caseyowi niezbyt podobała się nowa NSDD dająca FBI i Obronie kontroię nad polityką, ale nie uważał tego za nic wielkiego. Z pewnością nie był to teren, o który należało się martwić. Dziwiło go, że długoletni pracownicy rządowi traktowali takie batalie poważnie. Być może Casey ma pewną rację, doszedł do wniosku Inman. Starał się ochłonąć.

Po roku Inman uważał Caseya za "kawał roboty", termin, którego Casey często używał w odniesieniu do dziwaków w ich gronie. Casey był połączeniem twardej siły i miękkości. Niedawno ukazała się Krajowa Ocena Wywiadu na temat Środkowego Wschodu, w której wyrażono cztery dobitne poglądy. Oddzielnie wypowiedzieli się eksperci CIA, DIA, Inman oraz Casey. Wbrew temu, czego można by oczekiwać Casey nie wykorzystał swojej władzy i nie przeforsował swojego poglądu w charakterze głównego wniosku. Po prostu, w odczuciu Inmana, z odwagą przedstawił wszystkie poglądy prezydentowi.

Ale operacje i tajne działania coraz bardziej niepokoiły Inmana. Casey łączył CIA razem z dość nieprzyjemnymi postaciami na świecie.

Caseyowi złożył wizytę minister obrony Izraela Ariel Sharon - tęgi, agresywny były generał o skrajnych ideach. Izrael udzielał tajnej pomocy wojskowej głównej sile chrześcijańskiej w Libanie - prawicowej partii falangistycznej, której przywódcą był Bashir Gemayel, bezlitosny wojownik o dziecięcej twarzy. W wieku 34 lat Gemayel stał się jednym z najważniejszych i najbardziej charyzmatycznych przywód-

ców libańskich, wyrabiając sobie wyjątkową i mocną rolę na przyszłość. Izraelski plan gry działał i Sharon żądał dla Gemayela 10 milionów dolarów tajnego wsparcia paramilitarnego CIA.

Inman był przeciwny. W 1978 roku siły Bashira przypuściły błyskawiczny atak na letni dom Tony^ego Frangieha, politycznego dziedzica władzy rywalizującej frakcji chrześcijańskiej, mordując jego, jego żonę, dwuletnią córkę, ochroniarzy i służbę w domu. W 1980 roku siły Bashira były blisko wybicia rywalizujących sił chrześcijańskich byłego prezydenta Camille'a Chamouna. Bashir był bestialskim mordercą.

Było jednak jeszcze coś - coś ukrytego w aktach wywiadu. Jeszcze w latach siedemdziesiątych, po studiowaniu politologu i prawa w Libanie Bashir przyjechał do Stanów Zjednoczonych do pracy w waszyngtońskiej firmie prawniczej i został zwerbowany przez CIA. Jako najmłodsze z sześciorga dzieci Pierre'a Gemayela niewątpliwie jego przeznaczeniem była niska pozycja w potężnej rodzinie. Starszy syn przejmie przywództwo partii falangistów, założonej w 1936 roku jako młodzieżowy ruch wojskowy i sportowy. Bashir nie był agentem kontrolowanym, chociaż płacono mu regularnie pieniądze z CIA i dostał krypto - specjalnie kodowany oznacznik - tak, żeby jego raporty mogły szeroko krążyć, ale bardzo niewielu ludzi znało tożsamość źródła. Początkowo zapłata była symboliczną kwotą kilku tysięcy dolarów -prosta wymiana gotówki za informację.

Ale w 1976 roku, kiedy Bashir postąpił wbrew libańskiemu obyczajowi i objął przywództwo bojówki w miejsce swego starszego brata, wzrosła zarówno zapłata, jak i jego ważność dla CIA CIA utrzymywała znaczne siły w Bejrucie, na rozdrożach Środkowego Wschodu, w najbardziej "zachodniej" z arabskich stolic, kipiącej intrygami, gdzie podróżowali bogaci i wpływowi Libańczycy, dostarczając dobrej informacji na temat mniej dostępnych krajów "arabskich. Zwiększyła się rola Bashira oraz jakość i zakres jego informacji. CIA niedługo uznała go za "wpływowego w regionie". W samym Libanie przeistaczał się on w przywódcę o szerokim posłuchu, patriotycznego wizjonera mówiącego o "nowym Libanie".

Inman uważał, że P fehir jest nadal mordercą i że CIA nie powinna więcej z nim ryzykować i nie powinna dostarczyć 10 milionów dolarów tajnej pomocy dla je^o bojówki. Izraelczycy i Sharon coś knują - już mają zbyt wiele wpływów w Libanie, a poszukują jeszcze więcej. Sharon, który miał bliskie związki z byłym generałem Alem Haigiem, zaczął wywierać ostre naciski na najwyższych szczeblach administracji Reagana. Wkrótce jego nacisk był przekazywany poprzez Haiga.

Casey rozważał raporty z placówek. Rzecz zastanawiająca, placówka w Bejrucie była przeciw Bashirowi. Zgadzała się z Inmanem, że jest to barbarzyńca i cyniczny manipulator, który kompromituje Izraelczyków i Amerykanów, wypłakując się na każdym ramieniu w celu uzyskania wsparcia i sprzętu. Placówka telawiwska, podzielając poglądy Sharona, utrzymywała, że Bashir szybko pnie się w górę -prawdopodobny przywódca, który ustabilizuje Liban. Nie podziwiano go, lecz zalecano uwzględnienie rzeczywistości. Casey zdawał sobie sprawę z uczucia nieuchronności. Czasami CIA musiała pracować z niepożądanymi osobnikami. Bashir był również głęboko przeciwny OWP, o której Casey wiedział, że jest prawdziwym zagrożeniem dla Izraela.

Inman przegrał również i ten spór. Prezydent Reagan podpisał ściśle tajne polecenie: 10 milionów dolarów w tajnej pomocy dla bojówki Bashira.

Do połowy marca 1982 Inman dokonał jeszcze jednej osobistej oceny. Za dwa tygodnie skończy 50 lat. W Marynarce Wojennej awansował tak wysoko, jak to jest możliwe. Jedynym wyższym stanowiskiem, o jakie mógłby się ubiegać jest DCI, a to jest niedostępne. Dochodził w życiu do punktu bez odwrotu i jeżeli zamierzał rozpocząć drugą karierę, to musiał zacząć teraz. Nie mógł znieść perspektywy jakiejś beznadziejnej pracy jako konsultant albo sprzedawca broni, albo opychania nieruchomości emerytowanym wojskowym na wschodnim brzegu Ma-rylandu. Jego nastoletni synowie, Thomas i William, niedługo pójdą na uczelnię. Inmana nie stać było na posłanie ich do drogich prywatnych college'ow. Po niemal trzydziestu latach w Marynarce Wojennej miał trzy aktywa - pięciopokojowy dom z zastawioną hipoteką (8 procent, dwadzieścia dwa lata w Towarzystwie Powierniczym w Arlington) w Wirginii, parę tysięcy dolarów w Morskiej Federalnej Kasie Pożyczkowej i parę tysięcy w bonach oszczędnościowych USA. (Casey śmiałby się, że ktoś lokuje pieniądze w inwestycję o tak niskim zysku - on nie miał nic w bonach oszczędnościowych).

Inman zdał sobie też sprawę z tego, że jego zainteresowanie wywiadem słabnie. Przez całe lata był zafascynowany tym, jak uzyskiwać informację wywiadowczą, a przez następne lata tym, co ta informacja znaczy. Ale wszystkie śniadania z Haigiem czy Weinbergerem, na które zabrał go Casey wzbudziły także jego zainteresowanie tym, jak wykorzystywać informację wywiadowczą. To była polityka, to właśnie polityka się liczyła. Teraz wiedział. Był na niewłaściwej posadzie.

Wtedy w marcu publiczne ujawnienie operacji w Nikaragui zwróciło uwagę na kilka problemów. Casey i Dewey Clarridge prowadzili projekt. DDO John Stein poskarżył się Inmanowi, że jest izolowany. Chociaż ogólna operacja nie była utajniona przed Inmanem, to działa się wokół niego. Musiał wpychać się na siłę, żeby tylko dowiedzieć się szczegółów. Nie podobało mu się to, czego się dowiadywał. Tajna pomoc miała być udzielona Edenowi Pastorze, byłemu sandiniście, głośnemu Dowódcy Zero, który zerwał z sandinistami po rewolucji. Pastora to "barakuda", stwierdził Inman, środkowoamerykański odpowiednika Bashira Gemayela w Libanie. Pastora działał z bazy w Kostaryce, na południe od Nikaragui. Wystarczy popatrzeć na mapę by zobaczyć, że Pastora działa ponad 480 km od jakiejkolwiek możliwej drogi dostaw broni do Salwadoru. Ten prosty fakt zadawał kłam stwierdzeniom, że operacja w Nikaragui ma na celu odcięcie dostaw broni. Inman wiedział, że pomoc dla Pastory ma na celu zniszczenie i obalenie sandinistów. Bezkompromisowe, nawet opryskliwe komentarze Ca-seya na temat reżimu nikaraguańskiego mówiły Inmanowi wszystko,

co chciał wiedzieć.

Rosła jego nieufność. Zadawał pytania, zaglądał dalej do akt, zaczął kwestionować powody leżące u podstawy decyzji o utajnieniu programu nikaraguańskiego. Doszedł do wniosku, że administracja nie chciała, żeby było to jawne, bo wtedy musiałaby płacić za to polityczną cenę. Program był tajny w celu uniknięcia publicznej dyskusji - Inman był o tym absolutnie przekonany. Jawna operacja nikogo nie obchodzi. Przesłanie było wyraźne: Caseyowi i Reaganowi tajna operacja ujdzie na sucho, nawet jeżeli się ujawnią. Departament Stanu, Biały Dom, Casey będą żądali więcej. Dyplomacja to długi rozciągnięty proces, bardzo frustrujący. Tajne działanie jest na pierwszy rzut oka tańsze i z pewnością mniej frustrujące. To jest naiwne - szybka, tajna "dawka" jest fantazją.

Inman nigdy nie lubił ludzi z Dyrekcji ds. Operacji. Jeszcze w 1965 roku, kiedy był asystentem attache morskiego w Sztokholmie, miał wspaniałe źródło, dostarczające ważnych informacji wojskowych na temat innych krajów. Placówka CIA, mała i arogancka, próbowała wykraść to źródło, a gdy się to nie udało, próbowała je "spalić", dając władzom szwedzkim do zrozumienia, że mają "gadułę". Inman nigdy

tego nie zapomniał.

Kiedy zadziałał którykolwiek z tajnych paramilitarnych planów dyrekcji? W opinii Inmana nigdy. A nawet jeśli by zadziałał, to nowy rząd popierany przez USA może okazać się gorszy od poprzedniego, może nie móc rządzić albo nie utrzymać się przy władzy.

l

Prawdopodobnie rozsądne było uruchomienie tajnej akcji w Afganistanie po sowieckiej inwazji lub gdy Sowieci wykorzystywali wojska kubańskie. To mogło podnieść koszty dla Rosjan. Tajne działanie mogło skutecznie przeciwstawić się sowieckiej kampanii propagandowej, ale to było ogólnie wszystko.

Inmana niepokoiły pozyskiwania informacji wywiadowczej. Rozszerzono podsłuchy w telefonach, "pluskwy" w pokojach i rozmieszczanie innego sprzętu za granicą. Takie ukryte pozyskiwanie techniczne miało swój urok i mogło być gratką spotykało się z aprobatą Białego Domu (na przykład dosłowne rozmowy premiera). Inman był zdziwiony ilością przechwytywanych intryg miłosnych. Ale podczas czterech lat jako dyrektor NSA doświadczył też gorszej strony takich starań. Istniało niebezpieczeństwo wykrycia, chociaż nie było poważnie brane pod uwagę. W dodatku takie wyczyny miały ograniczony żywot - półtora roku do dwóch lat. "Pluskwa" będzie znaleziona, wyczerpią się baterie albo może być jakaś awaria, kluczowy cel może przenieść się na inną posadę albo umyślnie zostaną opracowane kroki przeciwstawne.

Nie ukryte działania - zdjęcia satelitarne, nasłuch sygnałów radiowych i innych, odszyfrowywanie przekazów, nie wymagające potajemnego umieszczania "pluskiew" czy podsłuchu w telefonie, były bardziej rzetelne i mniej podatne na wykrycie. To metodyczne, pracowite podejście nie pasowało do nowej mentalności, do niecierpliwości Caseya. Casey lubił robić wrażenie w Białym Domu.

W poprzednie święta Bożego Narodzenia starszy syn Inmana, nawiązując do ciężkich godzin pracy ojca, zadał mu pytanie, które ciągle rozbrzmiewało: - Gdzie jest jakość życia w tym wszystkim?

Inman wyjechał na planowany dwutygodniowy urlop na Hawaje. Po dziesięciu dniach wrócił do Langley i umyślnie wepchnął się do Caseya i Clarridge'a. Byli zajęci tworzeniem armii, a Inman miał kilka pytań: - Dokąd idą contras? Dokąd zmierza CIA? Administracja? Czy istnieje jakiś plan? Czy związek z Pastora nie da do zrozumienia, że nie jest to program wstrzymania przepływu broni? Czy wiemy, kim są ci ludzie? Oni nie walczą po to, żeby bronić Salwadoru. Chcą władzy. To jest operacja w celu obalenia rządu, nie? To podnosi wątpliwości związane z zatwierdzeniem, które autoryzowało ten program. Agencja jest bliska, jest w środku, przekraczania tego upoważnienia, prawda?

Casey i Clarridge nie mieli odpowiedzi i nie podobały im się pytania. To jest polityka administracyjna, zatwierdzona na wszystkich szczeblach, aż do prezydenta, może nie w zatwierdzeniu, ale to jest to, czego chce Ronald Reagan. Casey był pewien, że stoi na twardym gruncie.

Po półgodzinie Inman zachowywał się sztywniej, świadom bezsilnego gniewu. Gotowało się w nim. Chwilowo zdziwiła go własna konsternacja. Casey i Clarridge nie słuchali go. Nie zwracali uwagi na niego, byli zadufani w swojej pewności. Inman był człowiekiem z zewnątrz, przeszkodą.

W końcu wstał i wypadł z pokoju. Nie było nic do powiedzenia. Inman nigdy przedtem tego nie zrobił. Jego awans przez stopnie oficerskie w wywiadzie morskim był oparty na'zdolności przekazania kojącego wrażenia, zdolności unikania konfrontacji. Przekroczył z Ca-seyem pewien próg.

Casey uważał Inmana za świetnego, ale kruchego - złotego chłopaka martwiącego się o własny wizerunek agencji, lecz niezdolnego do ryzyka, żeby wykonać trudną robotę; zbyt był zaniepokojony tym, jak przyjmują tajne działania jego przyjaciele - liberałowie, demokraci i dziennikarze. Odejście Inmana będzie kłopotliwe w Kongresie, ale z tym można sobie poradzić. Podwójna popularność Inmana była tam bez wątpienia buforem. Ale teraz pojmował wszystkie elementy stanowiska dyrektora, a zastępca mniej zainteresowany wycinkami prasowymi mógłby być bardziej użyteczny.

Inman uważał, że pozostała tylko formalność rezygnacji. 22 marca 1982 r. napisał list do prezydenta Reagana, przypominając mu: Niechętnie przyjąłem Pana prośbę w zeszłym roku, żebym służył jako zastępca dyrektora Centralnego Wywiadu, dziś byłbym wdzięczny, gdyby przyjął Pan moją dymisję.

Chwaląc Eeagana za rozpoczęcie "odbudowy" agencji wywiadowczych Inman powiedział: - Pan i dyrektor Casey mają moje najlepsze życzenia dalszych sukcesów. - Zanim wręczył list Caseyowi, wysłał kopie do Busha, Weinbergera i Clarka. Casey był zdenerwowany i martwił się czy to nie przecieknie, ale dymisja była utrzymana w tajemnicy i Casey zaczął szukać następcy.

W środę, 21 kwietnia 1982 roku - około sześciu tygodni po tym, jak Post opublikował artykuł o tajnej opsracji w Nikaragui - poszedłem do Goldwatera. Chciałem dowiedzieć się, czy CIA w pełni poinformowała go o tej operacji. Senackie biura obsługiwane są tak, jak samochody wyścigowe przez mechaników. Nagrody i pamiątki są wszędzie, na ścianach i stołach - oznaki statusu i partii. W gabinecie Goldwatera ani jeden ołówek nie był nie na swoim miejscu. Jedyną osobliwością była sterta sprzętu krótkofalowego na stole za jego biurkiem.

- Kiedy Ben - powiedział Goldwater, mając na myśli Bradleego -zadzwonił do mnie na temat tej sprawy Ameryki Środkowej, to nie wypowiedział jeszcze dziesięciu słów, a ja wiedziałem, że on wie o całej tej sprawie. No więc powiedziałem: Em, yy, nie mogę sobie niczego o tym przypomnieć. Może zadzwoń do Billa Caseya. Udawałem głupka przy Benie.

Wprowadził nas w błąd, ale nie skłamał. Wydawało się to zbyt subtelną różnicą.

- Uważałem, że Amerykanie powinni o tym wiedzieć - dodał Goldwater. - W istocie bardzo się cieszę, że to wyszło na jaw.

Z tego powodu oficjalnie potwierdził operację dla Time.

Wyjaśnił swoją teorię na temat ,jawnej tajnej" operacji CIA - tajnej, ale publicznej: - To jest dobre, nikt nie będzie zaskoczony, nie grozi żaden usprawiedliwiony wybuch opinii publicznej. Tajna operacja jest mniejszym złem, ponieważ unika się wysyłania wojsk USA - powiedział. - Mnóstwo z tego powinno być ujawnione. Amerykanie powinni wiedzieć, co się robi, 75 procent tego, co słyszymy (na spotkaniach wywiadowczych^ powinno wyjść na jaw.

Nie prowadzimy już interesów typu obalenie rządu. Możemy spowodować nieco kłopotów gospodarczych, nadać rozgłosu i udzielić innej pomocy, ale nie obalamy rządów.

Był surowy i stanowczy. Nie było to stanowisko moralne, lecz raczej stwierdzenie faktów politycznych i praktycznych.

- Czy informacja wywiadowcza na temat Związku Radzieckiego w ogóle się do czegoś nadaje?

- Nie mamy tam teraz wielu wtyczek - powiedział Goldwater - dwanaście lat temu wiedziałem, że mieliśmy tylko pięć par oczu pracujących dla nas.

W tej chwili mamy najlepszy wywiad elektroniczny ze wszystkich - powiedział pewnie - ale być może nie na długo.

- A satelity?

- Starałem się ich skłonić do wydania ich zdjęć satelitarnych, ale mówią "nie, nie, nie!", bo wyglądałyby za dobrze w czasopismach. Dał do zrozumienia, że Rosjanie byliby w stanie obliczyć dokładnie nasze możliwości i to jest poza ich oczeki 'aniami.

No więc - powiedział Goldwater, odchylając się do tyłu i znowu obniżając głos - obrazy nie są już takie ważne. Mamy nowy... - zaczął i urwał. - Nie mogę w ogóle o tym mówić, ale jest to groźne. Żebyśmy mogli wyjechać którejś nocy, to jest niesamowite, zobaczyłby pan. Poprzez jakąś technologię podczerwoną, czy elektromagnetyczną, czy

nawet zaawansowaną radarową Stany Zjednoczone ewidentnie mają coś, co jest lepsze od zdjęcia. Goldwater zmienił temat.

- A Casey?

- Wspaniały człowiek - powiedział Goldwater. - Uczciwy. Prawdziwy szpieg, gdy był w OSS; prawdziwy facet - Goldwater podniósł rękę, jakby wbijał nóż w biurko - ze sztyletem - uśmiechnął się,

- Ale - ciągnął dalej, potrząsając głową - my robimy to inaczej. On nie jest profesjonalistą.

Ja nazywam go Klapacz - senator ściągnął usta w pantonimie i nagle dmuchnął, sprawiając, że jego wargi wypluły drobne kropelki śliny.

Brak otwartości Caseya był także problemem: - Gdy chcę wiedzieć, co się dzieje, dzwonię do Inmana - powiedział Goldwater. - Jak tylko podniosę słuchawkę, po pierwszym słowie mogę się zorientować, czy Inman coś mi powie - przerwał. -Wiesz, że stracimy admirała Inmana?

- Nawet nie chodzą o tym pogłoski - zdziwiłem się. - To ostateczne? Inman odchodzi?

- Tak, ostateczne - odpowiedział Goldwater, sygnalizując, że starał się temu zapobiec - i będziemy mieć kłopot ze znalezieniem jego następcy.

Pewien doradca Goldwatera przekazał wieść do Białego Domu, że Goldwater wygadał się na temat Inmana. Później tego samego dnia Biały Dom ogłosił dymisję Inmana i wydał pro forma pismo, dopiero co wyjęte z maszyny do pisania.

Dwa dni później senator Richard G. Lugar, konserwatywny republikanin z Indiany w Komisji ds. Wywiadu oznajmił, że zamierza "wysłać pewne sygnały" do Białego Domu co do następcy Inmana. Lugar -przyjaciel Inmana odkąd razem służyli jako młodsi oficerowie wywiadu w końcu lat pięćdziesiątych - powiedział, że jeżeli chodzi o Komisję Senacką, to Inman był "naszym człowiekiem". Bez profesjonalnego następcy komisja będzie odcięta. - Bill Casey to bardzo zdolny Amerykanin, który podjął niejedną dobrą decyzję - powiedział Lugar. - Ale istnieją zawiłości, których zrozumienie potrwa dłużej, niż Casey będzie żył.

Głosowaliśmy na Caseya i Inmana jako zespół: na Caseya, bo ma dostęp do prezydenta, na Inmana, bo wie, co się dzieje.

Casey był doskonale świadom tego, że dyrektor wywiadu był publicznym chłopcem do bicia. Spodziewał się kuksańców od demokratów i liberałów podejrzliwych w sprawach wywiadu. Ale Lugar był ko-legą-republikaninem znanym z łagodnego usposobienia. Casey podejrzewał rękę Inmana.

W wywiadach Inman omijał problemy, które dzieliły go od Caseya i administracji, uważał, że ma rację, ale to były decyzje polityczne, które musi podjąć prezydent i DCI. Omijał problemy, które oddzieliły go od Caseya. Nie będzie oficjalnych potępień, żadnej zawiści, żadnej nielo-jalności. Powiedział po prostu, że stracił entuzjazm dla batalii biurokratycznych, że jego stosunki z Caseyem są dobre, ale nie bliskie.

Przy pożegnaniu Casey zapytał go, dlaczego nie byli blisko. I dlaczego Inman powiedział to prasie?

Inman zaznaczył, jak pochlebnie wyrażał się o Caseyu w swoich publicznych oświadczeniach. Casey się obraził. - Zimno - powiedział w końcu oschle.

Dla Inmana była to oczywistość. Nie byli blisko. Nie zgadzali się w zbyt wielu sprawach.

Inman został szefem konsorcjum badawczego - Korporacji Mikroelektroniki i Technologii Komputerowej (MCC). Konsorcjum założyło w Teksasie dziesięć dużych firm technologicznych w celu opracowania superkomputera, który może zbliżyć się do myślenia, integrowania i łączenia danych, łamiąc każdy szyfr.

Wśród kilkuset pracowników MCC znajdował się były członek sztabu Senackiej Komisji ds. Wywiadu Ted Ralston. Casey i Inman nigdy więcej ze sobą nie rozmawiali.

Biały Dom dał Caseyowi czterdzieści osiem godzin na wyszukanie zastępcy. Jedynym kandydatem był John McMahon, były zastępca dyrektora ds. operacji (DDO) pod Turnerem, były szef strony analitycznej. Niewystarczająco silny ani uparty, żeby być dobrym, skutecznym DDO. McMahon znalazł granicę pomiędzy niezależnością a lojalnością. Potrafił narobić zamieszania, ale umiał przyjmować rozkazy. Robił to bez obrazy. Nie był lokajem jak Hugel ani outsiderem jak Inman. Był sceptyczny, ale nie umniejszał znaczenia tajnych działań.

McMahon dał się przekonać, że poza egzotycznym wywiadem technicznym i wewnętrznymi źródłami osobowymi agencja musi uzyskać "podstawową prawdę". To oznaczało nie tylko obsługiwanie informacji już dostarczonej, ale pójście do kościołów i kolejek po chleb za Żelazną Kurtyną.

Jeden z byłych tajnych ludzi agencji, który został pisarzem powieści szpiegowskich, napisał, że być może CIA miała kiedyś najgenialniejszych ludzi, jacy kiedykolwiek spotkali się w jednej organizacji. Ludzi rozumiejących każdy kraj na świecie - z wyjątkiem własnego. McMahon widział, że łatwo było stracić kontakt.

Nie ma lepszego sposobu na otrzymanie dawki podstawowej prawdy, niż zrobienie obchodu w Kongresie. Ponieważ zastępca dyrektora Centralnego Wywiadu musi być zatwierdzony przez Senat, McMahon złożył wizytę licznym senatorom w Komisji ds. Wywiadu i odkrył, że głównym tematem był zawsze Casey. Mało kto darzył go zaufaniem. Niektórzy senatorowie chcieli zapewnień, że McMahon będzie na tyle dyspozycyjny, by udzielać odpowiedzi na ich pytania, inni, jak Pat Le-ahy, chcieli mieć zobowiązanie wyryte w kamieniu, że McMahon będzie ich systemem wczesnego ostrzegania.

Składając właściwe obietnice, McMahon był zdziwiony, że było tylu senatorów przeciwnych Caseyowi. McMahon uważał, że Casey jest zbyt mądry, żeby wciskać kit senatorom, ale oni wyraźnie uważali, że tak robi. Potem, gdy usiadł z Caseyem, pomyślał, że DCI należy się uczciwa ocena. Z piętnastu senatorów, doniósł McMahon, ponad połowa była "gotowa do strzału".

- Bili - powiedział McMahon - masz nieco roboty, by ugłaskać tych na Wzgórzu.

- Taak, okay - zgodził się Casey.

Tej wiosny Casey musiał obserwować następne gorące miejsce. Argentyna najechała i zajęła brytyjską kolonię koronną - Wyspy Fal-klandzkie. Administracja Reagana, po początkowych staraniach, aby pozostać neutralną, w końcu stanęła po stronie dawnego sojusznika. Były doniesienia w prasie, jakoby Brytyjczycy skorzystali z amerykańskich zdjęć satelitarnych. Casey nie skorygował tej błędnej informacji. W istocie, ten region dalekiego południowego Atlantyku nie był kryty przez satelity. Później USA wysłały odpowiedniego satelitę, a Sowieci poszli w ich ślady z dwoma własnymi.

Prawdziwe przełomy wywiadowcze przyszły od źródeł osobowych związanych z rządzącą juntą w Buenos Aires. Argentyna, biorąc poważnie oświadczenia ambasadora Kirkpatrick, łudziła się, że Stany Zjednoczone pozostaną neutralne. Tak więc argentyńscy oficerowie i urzędnicy zapewniali stały dopływ informacji do placówki CIA i amerykańskich attache wojskowych *" Buenos Aires, którzy przekazywali ją do Langley i dalej do Departamentu J^anu i Białego Domu. Wtedy była to tylko kwestia tego, kto szybciej wydepcze ścieżkę do Brytyjczyków.

Casey uważał, że organizacja Paktu Północnoatlantyckiego jest przeciekającym "sitem", ale, jako zagorzały anglofil, dopilnował by kanał pomiędzy CIA a MI-6 był otwarty. Informacja wywiadowcza była pozyskiwana po to, żeby ją wykorzystać, a prezydent ściśle określił skierowanie polityki na Brytyjczyków. Tak więc chodziło głównie o dostar-

czanie partii sekretów sojusznikowi borykającemu się z wojną, w okresie politycznego stresu - dalsza kadencja premier Thatcher zależała od wyniku. Ten wywiadowczy sukces nie mógł być rozgłaszany.

Nachylenie w stronę Wielkiej Brytanii na Falklandach w końcu wypchnie Argentynę z operacji mkaraguańskiej, kończąc jej rolę listka figowego w projekcie CIA, ale to również było jak najbardziej na miejscu. Casey doszedł do wniosku, że da to Clarridge'owi bardziej wolną rękę do tworzenia armii contra. Podziw Caseya dla Clarridge'a zwiększał się w miarę, jak ten wykonywał swoje zadanie. Nie było szczegółu, który byłby za mały ani przeszkody, która byłaby za wielka.

W środę, 26 maja 1982 o 10:30, McMahon stanął przed Komisją Senacką na sesji przy drzwiach zamkniętych w celu rozpoczęcia przesłuchania do zatwierdzenia.

Zeznając uznał za pozytywny fakt, iż komisje kongresowe patrzą na ręce agencji - ich wgląd narzuca CIA dyscyplinę. - Nie chcę, żeby wywiad byi jakimś mrocznym przedsięwzięciem odłączonym od procesów politycznych - powiedział. Wydając nietypowo szczerą ocenę, powiedział, że komisje go ochraniają: - Ja przynajmniej, jako osoba, która musiała zeznawać przed komisjami nadzorczymi, czerpałem wiele otuchy z tego, że wiedziałem, że dzieliłem się z nimi (z przedstawicielami narodu amerykańskiego) naszymi programami i tym co robiliśmy; myśl, że Kongres jest partnerem w tych programach była ochroną dla mnie jako osoby prywatnej i dla tych instytucji.

Moynihan chciał dać do zrozumienia, że komisja także potrzebuje ochrony: - Chcemy wierzyć, że powiecie nam wszystko, co potrzebujemy wiedzieć. Nie mamy niezależnych źródeł informacji. Musimy ufać - przerwał. - Jeżeli kiedykolwiek dowiedziałby się pan, że ta komisja otrzymuje niewłaściwe informacje, że ta komisja jest błędnie informowana lub wprowadza się ją w błąd, te czy uznałby pan .poinformowanie komisji, że tak się dzieje za sprawę osobistego honoru i odpowiedzialności osobistej?

- Tak, proszę pana - odpowiedział McMahon - nie mogę sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek w społeczności wywiadowczej na odpowiedzialnym stanowisku próbował wprowadzić Kongres w błąd albo opacznie zinterpretować fakty bądź zdarzenia.

- Ja tylko chcę przekazać jedną myśl na koniec - powiedział Moynihan, wpatrując się w McMahona - nikt nie próbuje insynuować, że zdarzyć się może coś złego, ale pan powinien o tym pamiętać.

- Przyznaję się do błędu, panie senatorze - odpowiedział McMahon.

Inni senatorowie bardziej bezpośrednio kwestionowali uczciwość Caseya. Kazali McMahonowi donosić na swojego szefa, przyznać, że Casey mógłby wprowadzić ich w błąd. - Nie mogę wyobrazić sobie, żeby ktokolwiek nade mną zrobił coś takiego - powiedział Mc-

Mahon.

- Znowu ten brak wyobraźni! - wybuchnął Moynihan. Kontynuował, upierając się, że McMahon musi wziąć pod uwagę możliwość, że

zdarzy się coś złego.

- Poprawię zatwierdzenie, panie senatorze - odpowiedział McMahon.

Następnego dnia McMahon stanął przed komisją publicznie.

Moynihan zaczął: - Jeżeli ktoś chciałby się dowiedzieć, jak to jest być zawodowym oficerem wywiadu w tym kraju, to dobrze byłoby, gdyby przeczytał deklarację finansową pana McMahona, która składa się z trzydziestu pustych stron.

Wszyscy w sali wybuchnęli śmiechem.

- Tam na końcu jest blaszany puchar - powiedział McMahon, wskazując na stół.

Jeszcze więcej śmiechu.

Wartość netto McMahona była niewielka. Jego pensja w 1981 roku wynosiła 52.749 dolarów, wszelkie inne dochody wynosiły 658 dolarów odsetek z około 100 tysięcy dolarów w kasie pożyczkowej CIA, jego dom na przedmieściach wart był około 170 tysięcy dolarów, minus 30 tysięcy dolarów hipoteki u teściów.

Senator Malcolm Wallop, ultrakonserwatywny republikanin z Wyoming był przekonany, że zawodowcy z agencji, tacy jak McMahon, są głównie zainteresowani ochroną reputacji agencji, a nie wdrażaniem mandatu Reagana. Uważał, że tacy ludzie wysysają energię i wolę polityczną nawet z mocnych konserwatystów jak Casey. Wallop uważał, że Casey dawał się prowadzić agencji. Nawet tajne działania - specjalności Caseya - nie przynosiły wystarczającego zysku. Było to spowodowane niechęcią do zaryzykowania większych pieniędzy, ludzi i prestiżu tego kraju. Agentom za granicą nie daje się takich możliwości elektronicznych i upoważnień, jakich potrzebują. Tanie, stosunkowo wolne od ryzyka, małe elektroniczne podsłuchy i pluskwy można umieścić wszędzie, ale szefowie placówek CIA musieli na wszystko uzyskać zgodę z centrali. To zbyteczna ostrożność. Wywiad prowadził operacje, żeby samych siebie olśnić - Wallop nazwał to "technologicznym gapieniem się w pępek" - częstokroć poświęcając miliony dolarów na pozyskiwanie bezwartościowych soczystych plotek na temat życia prywatnego i zdrowia światowych przywódców.

- CIA - powiedział Wallop - nie daje sobie dobrze rady z nowymi pomysłami ani z nikim, kto kwestionuje jej założenia. - Mając okazję wyładowania swojej frustracji, ostro napadł na McMahona, rzucając takie obelgi jak nadmierny profesjonalizm, drobna biurokratyczna zdrada i nieumiejętność przyznania się do winy.

McMahon przyjął to spokojnie, ale dla wszystkich było jasne, że nie był kandydatem ani lewicy, ani prawicy.

Goldwater miał dość niespodzianek, więc kazał czterem starszym członkom sztabu przeczytać wszystkie akta osobiste McMahona. Tom akt gruby na 15 cm wykazał, że McMahon jest czysty - nigdy nie był blisko spisków zamachowych, testów na narkotyki, wewnętrznego szpiegostwa ujawnionego w latach siedemdziesiątych. Jedynie raz naruszył zasady bezpieczeństwa - raz znaleziono nie zamknięty sejf w jego gabinecie. Ale to naruszenie mówiło wiele o McMahonie. Była to wina sekretarki i to ona nie dostałaby planowanej podwyżki pensji. McMahon, zwierzchnik dający przykład lojalności dla podwładnych, wziął winę na siebie.

Tak więc Goldwater rzucił McMahonowi parę miękkich piłek. Bi-den najpierw pochwalił Inmana i przeszedł do Caseya, powiedział: - Przynajmniej dla niektórych z nas, wypowiedzi pana Caseya nie są zawsze, no, nie zawsze od razu uznajemy je za całą historię.

Biden wygłosił przemówienie o tym, że McMahon powinien działać jako monitor dla komisji.

Goldwater powiedział, że Inman zwykł był sygnalizować im, kiedy Casey zbaczał z drogi.

- Myślę, że jeżeli nowy zastępca dyrektora wykształci ten zwyczaj, który miał admirał, podciągania skarpetek, kiedy coś się mówiło... Rozległ się ryk śmiechu.

- Albo inaczej - dodał Biden - przesunąć krzesło do tyłu. O, tak.

- Jeśli mogę skomentować - powiedział McMahon - panie przewodniczący, a także senatorze Biden, sądzę, że kiedy dyrektor usłyszy czy przeczyta o poglądach, które macie, na pewno postara się uspokoić wasze obawy i dokonać poprawki, i że zrobi to w osobistych wypowiedziach w przyszłości.

Komisja jednogłośnie zatwierdziła nominację McMahona, a Senat poszedł w jej ślady.

Pod koniec marca 1982 roku Casey uznał, że dział operacji jest rzeczywiście zardzewiały. 13-osobowy zespół Jemeńczyków sponsorowa-

ny przez CIA, który został wysłany do zdominowanego przez Sowietów Jemenu Południowego na Półwyspie Arabskim by dokonać sabotażu, został pojmany. Operacja ta, wykonywana w połączeniu z wywiadem saudyjskim była jedną z niewielu paramilitarnych akcji zatwierdzonych przez administrację Cartera i od tego czasu była w przygotowaniu. Jemeńczycy byli torturowani i przyznali się, że byli szkoleni przez CIA. - Jaką mamy szansę wiarygodnego zaprzeczenia? - zastanawiał się. - Gdzie jest zabezpieczenie operacji?

Według papierów Jemeńczycy mieli kontaktować się z pośrednikami bądź agentami wyłączonymi z akcji, tak, żeby nie wiedzieli, że CIA miała w tym udział. Ale jedynym sposobem na uwiarygodnienie tej operacji w oczach Jemeńczyków było ujawnienie roli CIA.

Druga grupa, już wprowadzona do Jemenu Południowego, musiała być wycofana, a operacja przerwana. Kilka tygodni później prokuratorzy w Jemenie Południowym ogłosili, że wszyscy ludzie z pierwszej grupy (trzynaście osób) przyznali się do winy: przemyt ładunków wybuchowych w celu wysadzenia w powietrze instalacji naftowych i innych celów strategicznych. Przyznali się również do sponsorowania przez CIA. Trzej członkowie grupy dostali kary piętnastu lat więzienia, resztę stracono.

Natomiast pierwsza operacja paramilitarna Caseya - wsparcie Habrego w Czadzie - przyniosła zyski. 7 czerwca 1982 roku około 2 tysięcy ludzi Habrego objęło kontrolę nad stolicą Czadu Ndjameną i ustanowiło tymczasowy rząd. Na razie wpływ Kadafiego w Czadzie został zmniejszony, utarto mu nosa tak, jak tego chcieli Haig i Casey. Teraz libijski przywódca miał wrogi rząd wspierany przez Francję i USA za 1000-kiiomet.:ową południową granicą.

Nareszcie była właściwa atmosfera do uzyskania wsparcia Białego Domu dla ograniczonej tajnej operacji wspierającej antykomunistyczny ruch oporu w Kambodży. Pomoc dla ruchu oporu w Angoli była prawnie zakazana, a operacje w Nikaragui i Afganistanie

były w toku.

Na samą wzmiankę o tajnej działalności w Azji Południowo-Wscho-dniej włosy zjeżyły się na głowach w całej agencji. Ten region był absolutnie nietykalny; jednak Casey nalegał, żeby spojrzeć w przyszłość. Polityka administracji musi być konsekwentna - niesienie pomocy każdemu, kto walczy z komunizmem powinno być uniwersalne. Sowieci wspierają działalność wywrotową na całym świecie, Stany Zjednoczone nie mogą być w tyle. Problem polegał na tym, że główną opozycją do reżimu komunistycznego w Kambodży, który był marionetką

Wietnamu, byli Czerwoni Khmerzy, znani jako KR (Khmer Rouge). Także komuniści, byli ugrupowaniem wyjątkowo okrutnym. Zabili milion, możliwe, iż nawet do 3 milionów ludzi w czasie swych rządów w tym kraju od 1975 do 1979 roku.

Istniały jednak dwa inne niekomunistyczne kambodżańskie ruchy oporu i Casey przekonywał, że im można przekazywać fundusze. Agencja posiadała jednostronne źródła w wojsku tajlandzkim, przez które można przekazywać pieniądze, żeby upewnić się, czy nie pomagają one Czerwonym Khmerom.

Sporo urzędników Departamentu Stanu nie zgodziło się, argumentując, że Czerwoni Khmerzy są połączeni z tymi dwoma niekomuni-stycznymi ugrupowaniami luźną koalicją, w której dominują. Pomaganie nie komunistom oznacza pomaganie KR.

Casey musiał się zadowolić pomocą niemilitarną i w jesieni 1982 roku prezydent Reagan podpisał zatwierdzenie autoryzujące pomoc dla antykomunistów w wysokości 5 milionów dolarów. Pieniądze te nie mogły być przeznaczone na zakup broni, ale zwalniały inne fundusze na kupno sprzętu wojskowego.

Tej wiosny Casey spotkał się z ministrem obrony Izraela Sharo-nem, który w Waszyngtonie składał obowiązkowe wizyty. Sharona martwił Liban i tamtejsze obwarowania OWP. Mówił o kontruderze-niach: jeżeli Liban zrobi to, to Izrael zrobi tamto; jeżeli OWP uderzy tutaj, to Izrael uderzy tam. - Liban - powiedział Sharon głosem ociekającym sarkazmem, jakby ten kraj był jakąś fikcją geograficzną. - Proszę się nie dziwić. Wyłóżmy karty na stół. Jeżeli wy czegoś nie zrobicie, to my zrobimy. Nie będziemy tego tolerować.

Casey rozumiał, że Liban jest tym krajem arabskim, w którym Izrael może rozszerzyć swoje wpływy. Doszedł do wniosku, że Sharon chce stworzyć okoliczności uzasadniające ruch wojskowy ze strony Izraela. - Różne rzeczy zdarzą się w Libanie i nie będzie wyjścia - powiedział Sharon. Było również jasne, że ma ogromny wpływ na izraelskiego premiera Menachema Begina. Sharon miał decydujący głos.

Styl Sharona przypadł Caseyowi do gustu, widział w nim działacza oraz człowieka myślącego, mającego świadomość zarówno delikatnego położenia swego kraju jak i jego przeznaczenia.

6 czerwca 1982 roku Izrael napadł na Liban, deklarując zamiar wypędzenia terrorystów z OWP z południowego Libanu. Jako uzasadnienie podał próbę zamachu na swojego ambasadora w Londynie trzy dni przedtem. Inwazji dano nazwę: Operacja - Pokój dla Galilei.

Wywiad izraelski, CIA i Brytyjczycy wiedzieli, że ten deklarowany powód był zmyślony. Zamachowcy byli członkami frakcji Abu Nidala, która odłączyła się od OWP i prowadziła wojnę z główną OWP z siedzibą w Libanie. Izraelczycy uderzali niewłaściwych Palestyńczyków, ale w opinii Sharona nie było wielkiej różnicy. W ciągu paru dni jego Izraelskie Siły Zbrojne (IDF) były na przedmieściach Bejrutu.

Analiza CIA ukazała obraz wielkich możliwości i wielkiego ryzyka.

Casey zwołał spotkanie w swoim gabinecie. Jedno z pytań brzmiało, czy Izrael korzysta z broni dostarczonej przez USA, a wielu obecnych na spotkaniu wyraziło niepokój, że USA będzie postrzegane jako wspólnik, co zaniepokoi Kongres.

- Gówno mnie to obchodzi - powiedział Casey. - Sytuacja jest płynna. Wszystko może się zdarzyć. Jak obrócić to na korzyść naszych interesów narodowych? Na to pytanie chcę odpowiedzi.

Człowiek CIA, przywódca bojówki falangistów Bashir Gemayel odgrywał coraz ważniejszą rolę w Libanie. Przez lata Bashir wykształcił bliskie stosunki z Sharonem i izraelskim Mossadem. CIA kontaktowała ze sobą chrześcijan i Izraelczyków, robiąc z Bashira wspólne źródło wywiadowcze dla CIA i Mossadu.

W CIA istniała skłonność do stawania po stronie chrześcijan raczej niż muzułmanów w Libanie. Jednak stare wygi z CIA, ludzie którzy służyli w Libanie wiedzieli, że chrześcijanie, zwłaszcza Bashir i jego falangiści byli brutalni jak inni. Ten związek był ryzykowny.

- Jaki związek wart zachodu nie jest ryzykowny? - zapytał Casey, starając się uspokoić fatalistów w agencji.

Bashir zmierzał ku prezydenturze. Wyeliminował konkurencję wśród frakcji chrześcijańskich. Dobre stosunki z izraelskimi najeźdźcami dały mu odskocznię. Proizraelskie odłamy w Libanie patrzyły na Bashira jak na nowe światło. Odłamy antyizraelskie (muzułmanie i lewicowy Druze prowadzony przez Walida Jumblatta) uważały, że jedynie Bashir może skłonić Izraelczyków do wycofania się. Bashir stał się punktem zbornym.

Casey zatwierdził plan zerwania związku CIA z Bashirem, który teraz i tak miał ważniejsze rzeczy do roboty, niż praca dla CIA Od czasu publicznego ujawnienia tego, że król Jordanii Hussein był opłacanym agentem CIA przez dwadzieścia lat, agencja niechętnie zatrudniała dla siebie głowy państw. W miarę jak Bashir był coraz bliższy centrum zainteresowania, ujawnienie mogłoby zakończyć jego karierę - jeżeli nie życie. Związek ten był jedną z najbardziej strzeżonych tajemnic. Eobiono wszystko, żeby ją chronić, ale nigdy nie ma absolutnej gwarancji.

23 sierpnia 1982 r., dwa i pół miesiąca po inwazji izraelskiej Bashir został wybrany prezydentem Libanu, mającym objąć stanowisko w następnym miesiącu. Ci nieliczni, którzy wiedzieli o niedawno zerwanym związku z CIA czuli jedynie mieszaninę radości i zgrozy. Liban nie miał zadeklarowanych przyjaciół ani wrogów. Dokładnie to co sprawiło, że Bashir był odpowiednim przywódcą - pozostawiło go z licznymi kłopotami. Muzułmanie byli wzmocnieni wyniesieniem Ajatollaha Chomeiniego w Iranie, dobrze dofinansowana OWP dalej była obecna w Libanie, chociaż rozpoczęła się ewakuacja z Bejrutu 11 tysięcy bojowników łącznie z przewodniczącym Arafatem.

Strategicznie sprzymierzony z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi Liban pod władzą Bashira zakłóciłby regionalną równowagę sił. Potężna Syria na północy i zachodzie okupowała Dolinę Bekaa od 1976 roku i de facto uważała cały Liban za część większej Syrii. Sowieccy sojusznicy Syrii także nie byli zadowoleni.

Wobec takich wrogów wewnętrznych i zewnętrznych Bashir przekazał wiadomość do CIA z prośbą o zapewnienie mu tajnej ochrony i pomocy wywiadowczej.

Casey uważał, że CIA była zobowiązana pomóc Bashirowi. Nie można było zrobić tego jawnie - potrzebna była tajna operacja na dużą skalę, ażeby była skuteczna, CIA musi bardziej zbliżyć się do libańskich służb wywiadowczych. Będzie potrzebna wysokiej klasy broń, a także sprzęt do inwigilacji elektronicznej i łączności. Prezydent Rea-gan zatwierdził operację wsparcia, która wymagała początkowego wydatku około 600 tysięcy dolarów. Planowano, że szybko wzrośnie do ponad 2 milionów dolarów rocznie, a nawet 4 milionów.

Po południu 14 września 1982 roku, dziewięć dni przed oficjalnym objęciem urzędu, Bashir Gemayel przemawiał w miejscowym biurze Partii Falangistów we Wschodnim Bejrucie. Według planu o piątej miał się spotkać z grupą izraelskich oficerów wywiadu. Ale o 16:10 wybuchnęła bomba zabijając go i burząc budynek.

CIA nie miała czasu na wprowadzenie w życie swojego planu tajnej pomocy. Nie było dowodów na przeciek z CIA. Jednak, była to duża katastrofa dla CIA- zamach na byłego współpracownika. Kilka milionów dolarów przeznaczonych na operację ochronną zostało wstrzymanych i przechowanych w Prezydenckim Funduszu Awaryjnym.

Zamach był pierwszym z serii fatalnych zdarzeń. W ciągu dwóch dni siły izraelskie pozwoliły jednostkom falangistów na wejście do palestyńskich obozów dla uchodźców w Bejrucie w ramach misji zemsty.

Nazwy tych dwóch obozów - Sabra i Shatilla - przeszły do historii masakr. Wywiad izraelski obliczył, że było siedemset - osiemset ofiar palestyńskich, wiele z nich to kobiety i dzieci. Relacje z rzezi oszołomiły cywilizowany świat - ciała niemowląt w pieluchach, starców, zwłoki w stosach. Zarżnięto nawet konie, psy i koty. Odcięto piersi i prącia, w ciele niektórych ofiar został wycięty chrześcijański krzyż. Ciężarnym kobietom rozerwano brzuchy.

W ciągu dwóch tygodni amerykańscy Marines zajęli strategiczne pozycje w koszarach koło lotniska. Jako misja pokojowa nie mieli konkretnego celu poza nadzorowaniem ostatecznego wycofywania się obcych wojsk.

Zarówno Mossad, jak i izraelski wywiad wojskowy zaczęli dochodzenie w celu ustalenia, kto zabił Bashira. Bomba zaprowadziła do 26-letniego Habiba Chartouny, członka rywalizującej z falangistami Syryjskiej Partii Ludowej. Po zsumowaniu informacji wywiadowczej z Libańczykami Izraelczycy ustalili, że Chartouny zainstalował w bombie dalekosiężny elektroniczny detonator.

"Operatorem" Chartomr/ego, czyli oficerem prowadzącym sprawę był kapitan w syryjskiej służbie wywiadowczej nazwiskiem Nassif. Przekonał młodego Chartomr/ego, że bomba miała za zadanie zastraszenia Bashira, a nie zabicie go. Po przesianiu informacji wywiadowczej, łącznie ze wszystkimi najlepszymi syryjskimi agentami Mossa-du, sprawozdaniami z inwigilacji i przechwytami elektronicznymi Izraelczycy ustalili, że Nassif bezpośrednio podlegał podpułkownikowi Mo-hammedowi G'anenowi, który zawiadywał syryjskimi działaniami wywiadowczymi w Libanie. Wywiad armii syryjskiej i sił powietrznych posiadał pewną wiedzę na temat planowanego zamachu bombowego. Wiedział o tym również Rifaat Assad - brat prezydenta Hafeza, który przewodził siłom bezpieczeństwa Syrii.

Izraelczycy uważali, że prezydent Assad, trzymając swój kraj żelazną ręką musiał wiedzieć, że taki plan był w toku. Nie było jednak dowodu, a sprawozdania wywiadu ukazujące współudział syryjskich oficerów wywiadu były wysoce tajne.

Casey widział te raporty dostarczone przez wywiad izraelski. Były wystarczająco przekonywujące. Ale, co było równie ważne, należało ustalić, kto skorzystał na śmierci Bashira. Kto chciał słabego Libanu? Kto się najbardziej obawiał silnej więzi pomiędzy Izraelem a Libanem? Odpowiedzią była oczywiście Syria. Jednak w końcu Casey musiał zaakceptować niechęć Białego Domu i Departamentu Stanu do rozgłaszania roli Syrii.

Szef wywiadu izraelskiego, generał major Saguy wiedział, że wszelkie próby wykorzystania informacji o udziale Syrii będą miały skutek przeciwny do zamierzonego. Saguy długo był sceptyczny co do stosunków jego kraju z falangistami Gemayela i zdał sobie sprawę, że administracja będzie musiała mieć do czynienia z Syrią, żeby osiągnąć cokolwiek na podobieństwo ugody w Libanie. Zarzut może być dobry dla propagandy, ale uniemożliwi współpracę z Syrią.

Casey miał przed sobą wywiadowcze niepowodzenie. Związek CIA z Bashirem, decyzja o zerwaniu go, prośba Bashira o ochronę, decyzja administracji o jej udzieleniu i następnie zamach. Był to ściśle tajny bałagan, który pozostał w tajemnicy.

ROZDZIAŁ 11

W ciągu osiemnastu miesięcy urzędowania Casey zyskał sporo wiedzy na temat najnowszej technologii, zwłaszcza w dziedzinie supertąjnych systemów napowietrznych, satelitów używanych do fotografowania i pozyskiwania informacji wywiadowczej z sygnałów. Nalegał na najlepsze rozwiązania, nawet gdy były one najkosztowniejsze. Chociaż nie był do końca przekonany, że techniczna informacja wywiadowcza jest najważniejsza, dostrzegał, iż dostarczała głównych elementów mozaiki.

Dzięki fotografii satelitarnej jego ludzie mogli policzyć radzieckie czołgi. Poprzez uwypuklenie obrazu i wyostrzeniu podstawowej fotografii mogli ustalić, czy czołg działa. System wczesnego ostrzeżenia mógł wykryć wszelkie ruchy sił sowieckich albo nowy program broni. Satelity mogły pominąć ściśle strzeżone projekty badawczo-rozwojowe w Związku Radzieckim, gdzie w tajemnicy pracowało niewielu ludzi, z dala od osad ludzkich czy baz wojskowych, ale było to w zasadzie wszystko, co pomijały.

Casey stał w obliczu bardzo ważnej decyzji dotyczącej jednego z najtajniejszych i najważniejszych projektów badawczo-rozwojowych amerykańskiej społeczności wywiadowczej. Mówiono, że jest to jeden z największych wynalazków szpiegowskich lat osiemdziesiątych.

Początkowo opatrzony kryptonimem Indigo, a teraz Lacrosse, nowy napowietrzny system satelitarny wykorzysta najnowocześniejszy radar umożliwiający działanie we wszystkich warunkach pogodowych, zarówno w dzień, jak i w nocy. Komputery, wykorzystując odtwarza-

nie obrazu radarowego - uwydatnianie sygnałów radarowych - mogą stworzyć odpowiednik fotografii. Chmury i ciemności przestaną być przeszkodą. Istnieje możliwość, że kiedyś, dzięki temu systemowi, będzie można zajrzeć do budynków.

Jednak Lacrosse będzie kosztował ponad miliard dolarów. Nawet gdyby działał, byłaby to oszałamiająca suma. Już w pierwszym etapie przekroczono koszty i powstały liczne problemy. Głównym wykonawcą był Martin Marietta Corporation, a General Electric zajmował się sygnałem po jego dotarciu do stacji naziemnych.

Potrzeba było około 200 milionów dolarów, żeby kontynuować projekt Lacrosse w roku 1983. Firma Martin Marietta musiała mieć te pieniądze teraz - nadchodził "termin absolutny". Trzeba dostarczyć setki tysięcy dolarów albo praca ustanie. Casey nazywał niektóre z tych kosztownych projektów Jedynkami", bo często budowało się tylko jeden. Q krytycy Caseya, którzy uważali, że jest on nastawiony tylko na tajne działania byli w błędzie. Te 200 milionów równało się całemu budżetowi na tajne działania, a dyrektor wstępnie zatwierdził taką kwotę na wstępne wydatki związane z systemem satelitarnym, który miał nadzieję, nigdy nie będzie publicznie omawiany. Z racji tej tajności debatom publicznym brakowało poczucia proporcji.

Chociaż Sowieci opanowali odtwarzanie obrazów radarowych, to raporty wywiadowcze wykazywały, że mają zbyt słabe komputery i brakuje im wyrafinowanej zdolności przetwarzania do stworzenia wysokiej jakości szczegółowych obrazów. Tak więc Lacrosse mógłby dać Stanom niemałą przewagę.

Casey został pokrótce poinformowany o historii amerykańskich systemów satelitarnych W1971, dwanaście lat temu, wysłano pierwszego satelitę Big Bird. Olbrzymi latający satelita szpiegowski - jakieś 15 m szerokości - robił nadzwyczajne zdjęcia. Ale film musiał być wyrzucony z satelity, odnaleziony i wywołany na ziemi. Stosowano złote kanistry w celu ochrony odsłoniętego filmu Big Birda przed różnymi promieniami w kosmosie. Złote kanistry ułożone w stertę sięgającą sufitu w magazynie były metaforą kosztownego programu

satelitarnego.

W grudniu 1976 roku, tuż przed objęciem urzędu przez Cartera, wystrzelono pierwszego satelitę KH-11. Był to wielki przełom w latach siedemdziesiątych, bo KH-11 umożliwiał fotografowanie i jednoczesne przekazywanie na ziemię wysokiej jakości sygnałów optycznych. Zdjęcia obiektów były niemal natychmiastowe, dając CIA i Pentagonowi szczegóły tego, co się dzieje w Związku Radzieckim tu i teraz.

Satelita KH-11 nie zrzucał filmu, lecz transmitował obrazy na ziemię za pomocą fal radiowych. Sowieci monitorowali wyrzucanie filmu z satelitów by rozpoznać satelitę fotograficznego. Jako że KH-11 był także bazą uzyskiwania informacji z sygnałów i nie wyrzucał filmu, Sowieci nie podejrzewali, że przelatując robi zdjęcia. Tak więc, gdy satelita przelatywał nad nimi, nie ukrywali i nie kamuflowali instalacji, sprzętu wojskowego, drzwi do silosów na pociski. Niewiedza Sowietów pozwoliła Stanom Zjednoczonym zyskać przewagę.

Utrzymanie KH-11 w tajemnicy możliwe było tylko przez rok. William Kampiles, niezadowolony pracownik niższej rangi w Centrum Obserwacji CIA, sprzedał Sowietom egzemplarz ściśle tajnej instrukcji KH-11 za 3 tysiące dolarów. CIA wiedziała, że coś się stało, gdy Sowieci zaczęli zamykać drzwi silosów, kiedy KH-11 przelatywał nad nimi. Kampiles został ujęty, oskarżony o szpiegostwo i skazany na czterdzieści lat więzienia, ale tajemnica została wyjawiona.

Dla Caseya Lacrosse miało jeden negatywny aspekt. Ten system i inne po nim następujące będą miały wpływ na weryfikację następnej umowy o kontroli zbrojeń, jeśli takowa będzie istniała. Casey nie był przeciwny kontroli zbrojeń, ale uważał, że zmniejszenie ilości broni nuklearnej nie stanowi sedna problemu. Przypuśćmy, że byłoby o jedną trzecią mniej broni nuklearnej albo o połowę mniej? I tak można zniszczyć świat. Sowieci są światową potęgą z powodu swojej ogromnej machiny wojennej, nie z racji gospodarki, kultury czy zdolności do interesów. Dzięki armii Związek Radziecki ma status supermocarstwa. Casey był pewien, że Sowieci nigdy nie będą chcieli zrezygnować z tego, co zapewniało im miejsce w porządku świata.

Nie był to jednak powód do wstrzymania Lacrosse. Casey postanowił wpisać 200 milionów dolarów na Lacrosse w budżet przedłożony Kongresowi.

Boland - przewodniczący Komisji ds. Wywiadu w Izbie - był przeciwny Lacrosse. Przekroczenia poziomu kosztów i problemy z programem wydawały się zbyt poważne, a Krajowe Biuro Rekonesansu (National Reconaissance Office - NRO) skłamało w kwestii finansów. Dla Bolanda stało się to zagadnieniem moralnym.

Satelity oraz tzw. "czarne" projekty wywiadowcze CIA, NSA i inne były ukryte w budżecie obrony, który - według Bolanda, demokraty - wymagał cięć. Departament Obrony był również zaniepokojony, że

Lacrosse odbiera pieniądze wojsku. Tak więc Izba odcięła fundusze od tajnej części budżetu Pentagonu na 1983 rok.

Komisja Senacka Goldwatera utrzymała prośbę Caseya o 200 milionów na Lacrosse, więc Boland i jego zastępca Ken Robinson odbyli posiedzenie z Goldwaterem i Moynihanem.

Goldwater popierał Lacrosse. Wygłosił przemówienie. Samoloty szpiegowskie - słynny U-2 i mniej słynny SR-71 (Strategiczny Rekonesans) przekroczyły koszty i stwarzały rozmaite problemy, ale wystarczy popatrzeć, jak zmieniły uzyskiwane informacja wywiadowcze. Jak może ktokolwiek obliczyć koszt w tej niezmiernie ważnej, tajnej, podniebnej wojnie wywiadowczej? Problemy były sednem odpowiedzialności Kongresu. Ryzykiem jest pozostanie w tyle. Projekt popierają prezydent i Casey. Odtwarzanie obrazów radarowych stosuje się w 26 Dywizjonie Taktycznym w Niemczech, na granicy między Wschodem a Zachodem - odczyt z samolotów w czasie realnym przekazywany jest do stacji naziemnych. La-crosee nie jest doskonały, ale jest więcej niż tylko obietnicą.

Zdeterminowany Goldwater przestawił swoją opinię: - Przyjmiemy go bez względu na koszty. Może zapobiegnie wojnie. Boland nadal się opierał, ale już nieco zmiękł. - Okay - powiedział Goldwater - skoro nie mogą rozwiązać problemu, to niech zajmą się tym komisje ds. sił zbrojnych. Komisja Goldwatera i Senacka Komisja ds. Sił Zbrojnych były współodpowiedzialne za sprawy wywiadu, łącznie z budżetem. W Izbie komisja Bolanda była bardziej autonomiczna. Goldwater zauważył, że Senacka Komisja ds. Sił Zbrojnych, której przewodniczył John Tower-republikanin z Teksasu - miała spotkanie w sąsiedniej sali. Był pewien, że Tower zgodzi się na Lacrosse. Goldwater odsunął krzesło, wstał i pokuśtykał korytarzem, wyraźnie gotów oddać ten problem - i nieco władzy nad nim - w ręce Towera. Boland wiedział, że nie może zignorować całego Senatu. Komisje ds. sił zbrojnych miały sporo władzy, gdyż zajmowały się budżetem wojskowym wynoszącym ponad 200 miliardów dolarów i jeśli przewodniczący zażąda 200 milionów na projekt, to je dostanie. To jest jedna tysięczna całości - bzdura.

Bolard był wzburzony, gdy Goldwater zaczął swój powolny, niepewny ruch wzdłuż korytarza. Podskoczył do swojego kolegi - demokraty Moynihana.

- No - powiedział Boland - co robimy?

Nie cieszył się na myśl o niezgodzie wśród demokratów. Do sąsiedniej sali był kawałek drogi, a Goldwatera bolało biodro. Było jasne, że lepiej będzie, jeżeli obie komisje ds. Wywiadu załatwią to między sobą.

- Cofam się - powiedział Boland szybko, zgadzając się na finansowanie na rok. - Zatrzymać Goldwatera!

Wysłano asystenta, żeby pobiegł korytarzem z wiadomością: - Właśnie ustąpili.

Manewr taktyczny zadziałał. Goldwater był przekonany, że jeden z najskuteczniejszych programów wywiadowczych został ocalony. Odwrócił się, uśmiechnął i ciężkim krokiem ruszył z powrotem. Zgodził się, że jeżeli będą w przyszłości przekroczenia kosztów, fundusze zostaną wstrzymane.

Kiedy przekazano wieść do firmy Martin Marietta, odbyła się wielka uroczystość. Po uporaniu się z problemami przetwarzania na Ziemi, Lacrosse będzie gotowy do wystrzelenia w kosmos, z obiektu będącego ostatnim osiągnięciem Krajowej Agencji Aeronautyczno-Kosmicz-nej - przyszłej wyrzutni wahadłowca kosmicznego.

Była jednak sprawa, przy której Boland nie chciał ustąpić - tajna operacja w Nikaragui. Nie podobała się ani jemu ani jego przyjacielowi Marszałkowi Izby O'Neillowi a ten ostatni ogłaszał swój sprzeciw wszem i wobec.

Ciotka O'Neilla, Eunice Tolan, która zmarła poprzedniego roku w wieku 91 lat, była zakonnicą w Maryknoll. Zakon misjonarek Maryk-noll wywarł na O'Neilla głęboki i niemal mistyczny wpływ. Ponieważ nie było już jego ciotki, z O'Neillem korespondowała inna wychowanka Maryknoll, Peggy Healy, przebywająca w Nikaragui. Opisywała Nikaraguę rozdartą przez wojnę domową - wojnę podsycaną, wspieraną i kontrolowaną przez CIA. O'Neill wierzył, że polityka te świat ruchomych piasków, przemieszczających się wartości, ale zakonnice i księża mówią prawdę.

- Wierzę każdemu słowu - powiedział asystentowi po jednym, dwugodzinnym spotkaniu z siostrą Healy. Mówił z prawdziwą żarliwością. Tajna wojna zbudziła wszystkie negatywne uczucia do "Brzydkich Amerykanów" i manipulacji CIA. O'Neill przypomniał sobie United Fruit Company, amerykańską firmę, która dała początek nazwie "republika bananowa". Tajne wsparcie dla contras stawiało Stany Zjednoczone w roli neokolonialnego wyzyskiwacza.

Boland mógł zaakceptować cel administracji-starania, by powstrzymać Nikaraguę od eksportowania swojej walki do Salwadoru, ale jasne było, że CIA wspierała obozy w Hondurasie, z których ruch oporu contra prowadził uderzenia podjazdowe na Nikaraguę. Doborowa ko-

misja dziewięciu demokratów i pięciu republikanów, starannie wybrana przez O'Neilla i Bolanda, reprezentowała strategiczne centrum Izby Reprezentantów. Wszelkie działanie ze strony tej komisji będzie prawdopodobnie zatwierdzone przez pełną Izbę. Boland chciał całkowicie odciąć finansowanie operacji w Nikaragui i miał poparcie swojej komisji. Goldwater poszukiwał jakiegoś pośredniego rozwiązania, na przykład ograniczonego finansowania. Podczas konferencji Izby i Senatu w sierpniu 1982 roku uzgodniono umieszczenie zapisu, który zabraniał CIA i Departamentowi Obrony dostarczania sprzętu wojskowego, szkolenia lub udzielania wsparcia w celu obalenia rządu

Nikaragui.

Utrzymywany w tajemnicy zapis w projekcie ustawy do zatwierdzenia, uzyskał aprobatę zarówno Senatu, jak i Izby.

Lecz l listopada 1982 Boland przeczytał główny artykuł w Newswe-ek'u: Tajna wojna Ameryki, cel - Nikaragua. Autor artykułu twierdził, że plan operacji uległ zmianie i obejmuje podminowanie rządu sandi-nistów. Casey stając przed Komisją Bolanda twierdził, że głównym celem operacji jest nadal przechwytywanie broni. Osiągnięto wielki sukces, powiedział. Liczba sit contra wzrosła do 4 tysięcy i przekroczyła osiem razy liczbę proponowaną w zeszłym roku. Wzrost ten, dowodził Casey, jest oparty na powszechnej nienawiści do sandinistów. Ameryka Środkowa nie chce komunizmu i jest to wyraźna manifestacja.

Boland był rozgniewany. Prezydent, Langley, Casey, administracja, tajni operatorzy, placówki CIA w Ameryce Środkowej, przywódcy contras i ich bojownicy. Polecenia, rozkazy, wskazówki w tym długim łańcuchu ludzi zmieniały znaczenie. Boland postanowił wystąpić oficjalnie. 8 grudnia 1982 roku wygłosił na forum Izby swoje zdanie na temat zakazu używania funduszy do obalenia rządu Nikaragui. Szybko przyczepiono temu zapisowi nazwę Poprawka Bolanda. Tajna operacja była teraz oficjalnie ujawniona. Zapis przeszedł jednogłośnie jako poprawka do ustawy o zatwierdzaniu wywiadu, większością 411 głosów.

Moynihan też denerwował się, a główną przyczyną był Dewey Clar-ridge. Przyszedł, żeby w tajemnicy wyjaśnić Komisji Senackiej plan podzielenia Nikaragui na połowy - stronę wschodnią i zachodnią, zupełnie jak w Nowym Jorku, czy w Bejrucie. Według Clarridge'a, contras popierani przez CIA wezmą stronę wschodnią, a sandinistom zostawi się stolicę Managuę i stronę zachodnią. Moynihan uznał to za szaleństwo. CIA miała tylko pięćdziesięciu ludzi, którzy prowadzili tam operacje, a podział kraju to poważny wyczyn wojskowy.

Moynihan wyobraził sobie interpretację tej sceny przez rysownika Herblocka: gorliwy Clarridge wykładający swoją fantazję za zamkniętymi drzwiami, może tnący mapę nożyczkami, demonstrujący łatwość, z jaką odbędzie się podział - a wszystko rozgrywa się dla bandy tęgich, ospałych prawodawców z długimi cygarami.

Goldwater nachylił się w stronę Moynihana i stwierdził z przekąsem, że dla niego brzmi to jak wypowiedzenie wojny.

Moynihan skinął głową. Co mogli poradzić? To wszystko jest ściśle tajne.

Moynihan nie słyszał nic więcej w ciągu następnych tygodni. Widocznie plan Clarridge'a nie został zaakceptowany, ale Moynihan stracił do nich wszystkich zaufanie. Clarridge odzwierciedlał poglądy Case-ya, czyli administracji. Operacja stawała się klątwą.

9 grudnia 1982 r., dzień po tym, jak propozycja Bolanda przeszła jednogłośnie w Izbie, Casey perswadował Komisji Senackiej, że zakaz przepływu broni jest priorytetowym celem, ale CIA ma nadzieję wywrzeć nacisk na rząd Nikaragui, "nękać" go, żeby ten stał się "bardziej demokratyczny" i by przyjęto do rządu ludzi z frakcji umiarkowanych.

Moynihan uważał, że istnieje tu kwestia logiki politycznej.

- Jeżeli mówi pan, że ci ludzie, sandiniści - powiedział Caseyowi - są tym, za kogo się podają, a ja jestem gotów panu wierzyć, to oni nie staną się bardziej demokratyczni... Można obalić ich rząd albo zostawić w spokoju, ale nie można zrobić czegoś pośredniego. I jak można wyznaczyć granicę między nękaniem, a próbą obalenia ich? Dla sandinistów prawdopodobnie wygląda to tak samo... Nadzwyczaj nieprzyjazne działanie.

- Naszym celem-powiedział Casey -jest wstrzymanie rozpowszechniania się komunizmu. Chcemy, żeby rząd Nikaragui zapłacił wysoką cenę za swój wybór. CIA chce utrzymać rząd Nikaragui w pozycji "nierównowagi" - wyjaśnił.

Ten wyraz zawisł w powietrzu.

Moynihan dostrzegł, że administracja szuka sposobu, żebyjej przedsięwzięcie wyglądało tylko o jeden stopień ostrzej niż stanowcza nota dyplomatyczna.

- A co z samymi contras? - zapytał Moynihan. - Oni walczą, żeby obalić rząd i uzyskać władzę dla siebie. Nie walczą, nie mogą walczyć, tylko po to, żeby wstrzymać dopływ broni. Nikt by tego nie zrobił.

Na jego pytanie nie było odpowiedzi. Casey powtórzył po prostu, że CIA wspiera contras, ona ich nie stworzyła.

W tej chwili Moynihan czuł się już bardzo nieswojo. Administracja i Kongres wspierały operację, która nie ma szans powodzenia i która

8 - VEIL - Tajne wojny CIA

zmierza ku katastrofie. Napisał do Caseya donosząc, że Komisja Senacka zatwierdziła Poprawkę Bolanda. Znając prawnicze uniki Caseya, Moynihan stwierdził, że oczekuje, iż CIA zastosuje się zarówno do litery, jak i do ducha zapisu. Moynihan przedstawił plan Bolanda w Senacie, który go zatwierdził.

Reakcja Caseya była łatwa: Nowy zapis nie zabraniał tego, co już robią. Była to gra adwokata, wykrywająca "cel". Chodziło tu o coś nieuchwytnego, o pewną dwuznaczność. 21 grudnia 1982 roku Reagan podpisał Poprawkę Bolanda jako prawo.

Radca prawny Caseya w CIA, Stan Sporkin natychmiast zebrał w Langley najlepszych prawników agencji. Mimo iż był to sezon przedświąteczny, Sporkin nalegał, by natychmiast coś wymyślili.

- To wróci i ugryzie nas w tyłek jak nie wiem co - powiedział. - Kongres będzie bacznie obserwował, czy CIA stosuje się do Poprawki Bolanda. To może być "koń trojański". To graniczy z układem dla agencji. Będą patrzyć, szukać naruszenia - wyjaśnił Sporkin. Żądał pomysłów na dostosowanie się do poprawki.

Prawnicy opierali się mówiąc, że ustawa jest próbą egzekwowania negatywu; agencja musi tylko zapewnić, że nic się nie zrobi "w celu" obalenia sandinistów. - No ale - powiedział jeden z prawników agencji - możemy zrobić to we wszystkich innych celach.

- Nie możemy być chytrzy - odparł Sporkin. Powiedział, że muszą szerzej pojmować swoje zadania. Operacja z "contras" jest ważna dla Białego Domu i dla dyrektora, prawnicy są więc zobowiązani. O to właśnie chodzi w doradztwie prawnym - zapobieganie problemom, a nie tylko reagowanie na nie. Sporkin zaprojektował dla Caseya listę działań akceptowanych i nieakceptowanych. Przypominała wszystkim, że operacja nie ma na celu "obalenia" i że nie można pośrednio ani bezpośrednio popierać, ani wykorzystywać żadnego z normalnych sposobów dokonywania przewrotu - zwłaszcza zamachów. Zamachy już były zabronione dekretem prezydenckim, ale Sporkin uważał, że ponowne przypomnienie o tym nie zaszkodzi.

- Stan, nie umiesz pisać - powiedział Casey i przerobił zapis tak, że był ostrzejszy. To im odpowiadało.

Dyrektor ds. operacji John Stein uznał, że lista zakazów i wskazówek jest świetnym pomysłem na ochronę dla nich wszystkich, a Casey zaaprobował przekazanie jej do placówki hondurańskiej nadzorującej operację i obozy contras. Kilkustronicowy, gęsto napisany telegram przekazywał Poprawkę Bolanda dosłownie: nie powinno się robić niczego specjalnie "w celu obalenia" rządu Nikaragui. Zakaz obej-

mował sprzęt, szkolenie, wsparcie, spotkania, szczególnie rozmowy. Należy zerwać kontakty z przywódcami lub bojownikami contra, napomykającymi o wykorzystaniu CIA do takich celów.

Dla podkreślenia poważnego traktowania przez administrację wstrzymania przepływu broni prezydent Reagan podpisał oddzielne, ściśle tajne zatwierdzenie na temat Gwatemali, która ma wspólną, prawie 160-kilometrową granicę z Salwadorem. Zatwierdzenie to miało pozwolić na pozyskiwanie informacji i reakcję na przepływy broni wzdłuż tej granicy. Były doniesienia, że broń transportowano w ciężarówkach mających przewozić owoce - ciężarówki były zwolnione z cła i nie można ich było przeszukać na granicy. Zbudowano wysokiej klasy stacje wykrywania, podnoszące alarm, kiedy przejeżdżała ciężarówka z dużą ilością metalu klasy odpowiadającej broni. Zbudowano budynek i wyszkolono około sześćdziesięciu ludzi do monitorowania. Zatrzymano kilka transportów broni. Potem był przeciek i niewiele więcej wykryto. Koszt tej operacji wyniósł ponad milion dolarów.

Przechwyty łączności Agencji Bezpieczeństwa Narodowego nie dostarczyły dowodów jakich potrzebował Casey, żeby pokazać, iż Nikaragua wspiera przepływ broni do salwadorskich rebeliantów. Doszedł do wniosku, że ci lewicowi rebelianci umiejętnie wykorzystywali radio. Przekazy były krótkie, używali jednorazowych głowic szyfrowych, nie używali eteru (z wyjątkiem przypadków absolutnej konieczności) i przestrzegali ciszy w eterze we wszystkich innych przypadkach z zawodową dyscypliną. Czasami rebelianci trzymali się zupełnie poza eterem, używając naziemnych linii telefonicznych, na które trzeba zakładać podsłuch, żeby je przechwycić. Albo korzystali z kurierów i gońców. Rebelianci mieli lepsze zabezpieczenia łączności, niż wojsko sal-wadorskie. Stali za tym Kubańczycy, może nawet sowieccy doradcy, pozbawiając Caseya przekonywujących dowodów, by pozyskać wsparcie Kongresu i opinii publicznej dla tej operacji.

- Najtrudniejszą rzeczą do udowodnienia na tym świecie jest to, co jest oczywiste - mówił wiele razy. Nie miał jednak niezbitych dowodów, a w samej agencji nie było pewności co do istnienia takich dowodów - przynajmniej nie w stopniu uzasadniającym tajne działanie w Nikaragui.

Senator Leahy z Komisji ds. Wywiadu postanowił sprawdzić, jak wygląda sytuacja w Ameryce Środkowej. Dla rzutkiego senatora z Komisji ds. Wywiadu cały świat stoi otworem i Leahy pragnął uzyskać

jednostronny wgląd w wojnę Caseya. Aby uniknąć ataków z różnych stron Leahy poprosił dyrektora sztabu Goldwatera Roba Simmonsa, żeby mu towarzyszył. Simmons odbył specjalne spotkanie z DDCI Joh-nem McMahonem, żeby dać jasno do zrozumienia, że ten wyjazd nie jest majówką. Leahy i Simmons chcieli poznać działania szefów placówek w czterech krajach: Hondurasie, gdzie prowadzi się główne operacje contra; Salwadorze, gdzie zagrażają lewicowi rebelianci; Gwatemali, gdzie CIA również stara się powstrzymać przepływ broni w ramach osobnego zatwierdzenia oraz Panamie, gdzie CIA ma supertaj-ny ośrodek szkoleniowy dla contras.

Grupę podróżującą stanowili Leahy, Simmons, trzech innych członków sztabu Senatu, oficer eskorty wojskowej i oficer ds. porozumienia legislacyjnego CIA z Langley. Casey prosił, żeby na wyprawie był ktoś z CIA i wybrał Burtona L. Hutchingsa, doświadczonego oficera, który znał szefa placówki w Panamie. Inni żartowali, że będzie on "oczami i

uszami Langley.

W oparciu o dane CIA Leahy stworzył sobie obraz tego, czego należy się spodziewać: contras działają w małych grupach, nie będą zdobywać terytorium; zobowiązali się zapobiegać zbrodniom, a byli zbrodniarze wojenni z reżimu Somozy są wykluczeni z przywództwa. CIA jest prawie całkowicie odsunięta od właściwych działań.

Po rutynowej wizycie w miejscu przechwytu w Gwatemali, siedmiu ludzi poleciało do Tegucigalpy, stolicy Hondurasu. Zamieszkali w luksusowej rezydencji ambasadora. Leahy polubił szefa placówki, który sprawiał wrażenie człowieka poważnego i poinformowanego.

CIA ustanowiła osobną bazę w bezpiecznym domu w Tegucigalpie do zawiadywania programem contras. Szef bazy - były podpułkownik sił specjalnych armii Ray Doty - miał bezpośrednie połączenie z centralą CIA (zapewniony obwód między punktami - w żargonie łącznościowym) z nieregularnym, ściśle tajnym szyfrem. Chociaż Doty podlegał szefowi placówki w stolicy, to baza ta była ramieniem operacyjnym tajnej akcji. Doty prowadził szkolenie paramilitarne CIA w Laosie podczas wojny wietnamskiej.

Doty, człowiek pod pięćdziesiątkę, powiedział, że obozy szkoleniowe w Hondurasie są najlepszymi, jakie widział. Wyjaśnił, że z siedmiu jednostek bojowych contra pięć wysłano przez granicę do Nikaragui. Wyjął mapę Nikaragui. Zacieniowane ogromne obszary kraju, to przewidywane ruchy jednostek na południe. Te jednostki bojowe mają się połączyć z innymi, podchodzącymi z południa przez Kostarykę.

- Chwileczkę, chwileczkę - przerwał Leahy. - To jest ponad 150

km, cała wschodnia połowa Nikaragui. Wygląda to na stary plan podziału kraju Clarridge'a. Odnoszę wrażenie, że macie zamiar obalić sandi-nistów - powiedział Leahy.

- Nie, absolutnie nie - odpowiedział Doty. Wiedział, że Kongres zabronił wydawania pieniędzy "na cel": obalenie rządu. Telegram Caseya był tam na tablicy informacyjnej.

-A co, cholera będzie, jeżeli wasz plan się powiedzie? - zapytał Leahy.

- Przerwie łączność lądową pomiędzy stroną wschodnią a Managua, która jest blisko zachodniego wybrzeża - powiedział Doty.

- Wschodnie wybrzeże przy Morzu Karaibskim - kontynuował - otrzymuje dostawy drogą morską z Kuby i od Sowietów. Przy przerwanej drodze lądowej Kubańczycy i Sowieci będą musieli korzystać z Kanału Panamskiego i podejść przez Pacyfik po stronie zachodniej. Tym sposobem przecina się dopływ broni.

- Poczekajcie jeszcze - powiedział Leahy. - Jak przyjmą sandiniści to, że ich kraj będzie podzielony na dwie części (rozcięty w środku) i jak będą wyglądać Stany Zjednoczone, które podobno nie chcą obalić rządu?

Doty odparł, że ponieważ Salwador nie jest nad Morzem Karaibskim i tylko ma wybrzeże od strony Pacyfiku na południowy zachód, to operacja ta jest prostym przechwytem broni - przecięciem przepływu z Kuby do Salwadoru.

Leahy zdał sobie sprawę, iż technicznie Doty może mieć rację.

- Jaką kontrolę CIA jest w stanie sprawować nad tymi jednostkami bojowymi? - zapytali członkowie Sztabu.

- Ponieważ CIA dała contras sprzęt łącznościowy-powiedział Doty l- zna częstotliwości i potajemnie podsłuchuje, czy contras stosują się do określonych planów operacji.

- A jeżeli contras nie mówią wszystkiego w eterze?

- Biorąc to pod uwagę - powiedział Doty - rekrutujemy ludzi spośród sił contra, aby dla nas szpiegowali.

- Ilu zwerbowaliście?

- Jednego czy dwóch, ale dopiero zaczynamy.

- Jak ci "szpiedzy" będą donosić?

- Na spotkaniach w cztery oczy - wyjaśnił Doty.

- Tak po prostu wejdą tutaj do waszego bezpiecznego domu, ryzykując życiem? Jeśli tak, to zobaczycie ich, powiedzmy, dwa razy w roku?

- Ach - powiedział Doty - popracujemy nad tym.

Leahy pomyślał, że tak musiało być w Sajgonie na początku lat sześćdziesiątych - dużo dobrych intencji, wielkich planów i małych kroków w stronę wojny.

Urzędnicy w ambasadzie USA w Tegucigalpie powiedzieli Lea-hyernu i reszcie, że ambasada uzależnia wynik od negocjacji. Są zaniepokojeni z powodu małej wojny, która się wokół nich zaczynała.

Następnie Leahy odbył prywatne spotkanie z szefem sił zbrojnych Hondurasu generałem Gustavem Alvarezem, który zajmował się hon-

durańską częścią operacji.

- Do diabła - powiedział Alvarez Leahy emu - nasi żołnierze będą

w Managui do świąt Bożego Narodzenia.

- Niech pan poczeka - powiedział Leahy. - Nie będziemy obalać rządu, takie są założenia polityki Stanów Zjednoczonych.

- A, taak - powiedział Alvarez. - Ale czy nie byłoby świetnie zrobić

to mimo wszystko?

Grupa Leahy ego poleciała do Panamy. Dewey Clarridge opuścił Panamę dzień wcześniej. Pod pseudonimem Dewey Maroni odwiedzał placówki CIA Przychodził z cygarami i koniakiem, chcąc ugłaskać szefów placówek, których potem trzymał na nogach przez większą część nocy, przeglądając akta i opowiadając historie "starej wojny i "nowej wojny.

Spotkanie Leahy ego i szefa placówki miało się odbyć następnego dnia, ale senator postanowił wstąpić na moment, żeby powiedzieć "dzień dobry i przedstawić się. Powiedział, że potrzebuje konkretnej informacji na temat programu nikaraguańskiego, zwłaszcza na temat czasu, pieniędzy i liczby zaangażowanych w ten plan ludzi.

- Szef sekcji poinstruował mnie, żebym nie odpowiadał - powiedział szef placówki, mając na myśli Clarridge'a.

Leahy i Simmons byli zdumieni. Próbowali połączyć się z McMaho-nem w Waszyngtonie, ale bez powodzenia.

Następnego dnia szef placówki powtórzył wydane mu dyspozycje.

- Zamierzam uzyskać odpowiedzi i nie wyjadę dopóki ich nie dostanę - powiedział Leahy.

Placówka nie chciała zezwolić Leahy emu ani Simmonsowi na przekazanie wiadomości Caseyowi albo McMahonowi. Leahy zagroził, że porozumie się z McMahonem przez zwykły telefon. Twierdzono, że mogłoby to być pogwałceniem zasad bezpieczeństwa, zwłaszcza, jeżeli Leahy dałby upust swojej złości pnez niezabezpieczoną linię.

Do 23:00 Leahy przekazał wiadomość zabezpieczoną linią.

Siedem godzin później, około 6:00 rano ktoś zapukał do drzwi jego

pokoju hotelowego.

Był to Clarridge, w ubraniu safari z włoskiego jedwabiu uszytym na miarę. Nie było żadnych uprzejmości, a hotelowe radio zostało nagłośnione tak, aby udaremnić ewentualne podsłuchiwanie.

- Kogo my tu mamy? - zapytał Leahy z przekąsem - Druciarz, krawiec, żołnierz... żeglarz. Tak jak w wyliczance dziecięcej, nie "szpieg" jak w powieści Le Carre.

- Pan mnie zna - powiedział Clarridge. - Ma pan jakieś pytania, senatorze?

- Jestem członkiem Senackiej Komisji ds. Wywiadu. Mój nadzór nie ogranicza się do Waszyngtonu - powiedział Leahy oficjalnie. - Kiedy jadę do placówek, oczekuję odpowiedzi na moje pytania, a w tym wypadku miałem zapewnienia Johna McMahona, że je uzyskam. Leahy wyjaśnił, że mają raport przeznaczony dla środków masowego przekazu, tak, żeby wyjazd do Panamy nie był skojarzony z operacją contra.

Clarridge usiadł na łóżku. - Dyktatorski przywódca Panamy, generał Manuel Antonio Noriega, były szef panamskiego wywiadu wojskowego, był od pewnego czasu głównym źródłem informacji ułatwiającym pracę CIA - wyjaśnił Clarridge niechętnie. - Ale Noriega gra na obie strony i ma bliskie stosunki z Kubańczykami; to dla CIA bywa korzystne, bo czasami Noriega dostarcza dobrej kubańskiej informacji wywiadowczej. Oczywiście trudno powiedzieć, czego dostarcza Kubań-czykom. Jest to śmiertelnie niebezpieczna gra. Niemniej jednak, Noriega pozwoli CIA na ustanowienie tutaj ośrodka szkoleniowego dla contras. Ośrodek musi być utrzymany w tajemnicy za wszelką cenę. Jeżeli będzie przeciek, Noriega będzie miał podstawy do anulowania zezwolenia.

- Po co szkolić contras w Panamie, która leży trzy kraje na połu-fjdnie od Salwadoru? Co to ma wspólnego z przechwytem broni?

- W celu przygotowania contras do uderzenia na Nikaraguę od po-'łudnia, przez Kostarykę - odpowiedział Clarridge.

Leahy wyobraził sobie mapę regionu: tu jest Kostaryka, jakieś 480 km od Salwadoru. Tego absolutnie nie można traktować jako prze-chwytu broni.

Następnym i ostatnim przystankiem grupy miał być Salwador, ale NSA przekazała wiadomość do Panamy, że niektórzy prawicowcy w Salwadorze planują zestrzelenie samolotu amerykańskiego Kongresu. Rzekomym celem miał być senator Christopher Dodd, który także leciał do Salwadoru w mniej więcej tym samym czasie. Simmons zasugerował, żeby umieścić napis na samolocie: Nie strzelać, asystent prawicowego senatora na pokładzie.

Po powrocie do Waszyngtonu Leahy i członkowie sztabu sporządzili długi, ściśle tajny raport, zawierający zapisy rozmów ze wszystkich spotkań. We wniosku twierdzili, że operacja ma o wiele większy zasięg

niż jej opisy. Nie tylko liczba contras, teraz dochodząca do 5.500, ale wszystko było wielkie. Wojsko USA pozyskuje informacje, które kosztują miliony dolarów; wsparcie, szkolenia rozpoczęte są w całej Ameryce Środkowej. Cały ten region - Gwatemala, Kostaryka, Salwador, Honduras, nawet Panama - łączy się w sojuszu antynikaraguańskim. Nadal zakłada się podział Nikaragui na wschód i zachód (do lata), atak od północy przez Honduras i od południa przez Kostarykę i zdobycie Managui na święta Bożego Narodzenia. To była wojna ze wszystkich stron. Operacja wyglądała zupełnie inaczej, niż ją przedstawiali urzędnicy CIA w Waszyngtonie. Było oczywiste, że tajne działania częstokroć wyprzedzają bądź przekraczają określoną politykę zagraniczną Stanów. Rozpoczynała się wojna regionalna, którą w dużej mierze planowano po cichu i niepostrzeżenie.

Na następnym zebraniu Komisji Senackiej Leahy poprosił o piętnaście minut, żeby przedstawić podsumowanie.

- O, cholera - szepnął Goldwater - ten facet za dużo gada.

Enders usiłował dopilnować, żeby operacja nikaraguańska była ukryta w ogólnej strategii środkowoamerykańskiej. Nie chciał, by tajna akcja wzbudzała niepokój społeczeństwa, Kongresu i samej administracji. W jego ocenie Casey nie był tępym orędownikiem zimnej wojny. Współpracując posługiwali się pewnymi ogólnymi koncepcjami dotyczącymi Ameryki Środkowej. Enders starannie przygotował tę mieszankę tak, aby nie urazić delikatnych uczuć co do Wietnamu i złożoną politykę administracji przedłożyć Kongresowi. Ale w Białym Domu zmienił się punkt widzenia, głównie za sprawą nowego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Billa Clarka, niechętnego

negocjacjom.

- Za mało, za późno - mówił Clark. Czuł, że polityka administracji

zawodzi.

Enders argumentował, że Kongres ma decydującą władzę. Ci w Kongresie, którzy całkowicie sprzeciwiali się tajnej operacji stanowili mniejszość, tak, jak i ci, którzy ją w pełni popierali. Żeby mieć Kongres po swojej stronie, trzeba było przekonać tych 10, 15 procent niezdecydowanych.

- Jedynym sposobem na dokonanie tego jest zademonstrowanie, że polityka administracji jest drogą do pokoju i ugody - powiedział Enders - nie można porzucić negocjacji.

Realistycznie patrząc należało dostosować politykę administracyjną do Kongresu.

Clark stwierdził, że gdyby ci niezdecydowani i demokraci spotkali się w ramach ogólnokrajowej debaty, to ci pierwsi nie mogliby dłużej pozostać w opozycji. Clarkowi bardzo by się spodobała taka dyskusja. Chciał przywołać Kongres do porządku, przypomnieć mu, że prezydent może bezpośrednio rozmawiać z wyborcami i że można zmobilizować opinię publiczną.

Wietrząc kłopoty, Enders spisał swoje przemyślania, nalegając na utrzymanie "dwutorowej" strategii regionalnej. W Nikaragui oznaczało to dalsze tajne wsparcie dla contras, ale również próbę zmuszenia sandinistów do negocjacji z contras; w Salwadorze - dalsze wsparcie dla rządu i Duarte oraz wymuszanie negocjacji pomiędzy rządem a lewicowymi partyzantami. Celem jest ogólna ugoda, która usunie z regionu siły Związku Radzieckiego, Kuby i Stanów Zjednoczonych.

Clark otrzymał egzemplarz noty Endersa i wszystko się w nim zagotowało. Clark uważał, że Enders stara się uwieńczyć swoją karierę sukcesem, kosztem konsekwencji w polityce administracji. Stany Zjednoczone w żadnym wypadku nie wycofają się z Ameryki Środkowej i nie opuszczą swoich przyjaciół. Dla Clarka to mogłaby być powtórka błędu Cartera - mówienie jednego, robienie czego innego. Przesłał raport Endersa prezydentowi dowodząc, iż Enders nie przestrzega polityki administracji.

10 lutego 1983 roku nota Endersa przeciekła do środków masowego przekazu i Biały Dom zarzucił mu rodzący się defetyzm. Clark dał do zrozumienia, że nie tylko on sam jest przeciwny negocjacjom, ale też nie jest pewien, czy Biały Dom chce wsparcia centrum Kongresu. Poważna batalia polityczna może najlepiej służyć prezydentowi.

Casey powiedział Endersowi, że jest nadal sceptyczny co do strategii negocjacji, ale nie jest przeciwny takiej próbie i uważa, że daje to administracji i CIA dobrą osłonę w komisjach wywiadowczych. W marcu zadzwonił do Endersa.

- Tom - powiedział Casey - wiem, że masz swoje trudności, ale oprócz Billa Clarka masz jeszcze jednego faceta na karku - Mike'a Deavera.

- Dzięki za informację, bracie - odpowiedział Enders, zdając sobie sprawę, że stoi za tym Nancy Reagan.

Casey słyszał, jak Deaver wyrażał się o Endersie "herbatka i bułeczki" i "kręgi spodni w paski". To było zgubne.

Casey z przyjemnością oglądał Biały Dom przygotowujący się do wystąpienia na temat Ameryki Środkowej. W istocie Bill Clark nieźle przestawiał politykę zagraniczną.

Jednym z głównych kanałów informacyjnych do Białego Domu był pisarz przemówień Reagana, Anthony R. Dolan, laureat Nagrody Pu-litzera w 1979 roku za reportaż badawczy. Casey wprowadził Dolana do kampanii Reagana w 1980 roku. Dolan był prawdziwym zwolennikiem sprawy konserwatywnej, protegowanym Williama F. Buckleya Juniora i uznał kampanię prezydencką 1980 roku za ostateczną rozgrywkę w Mistrzostwach świata dla cywilizacji zachodniej. Wylądował w biurze przemówień prezydenta. Pomimo to, że był trzymany krótko przez Jima Bakera, Dolan spełniał rolę psa obronnego Reagana. Pomiędzy DCI a Dolanem płynął stały strumień informacji. ', Dolan podziwiał u Caseya jego prawdziwy, zaangażowany, konserwatyzm w bardziej stonowanym wydaniu. Podziwiał sposób, w jaki Casey przyjmował krytykę-w odczuciu Dolana porównywalną do krytyki wymierzonej w generała Granta za ofiary przy pościgu za generałem Robertem E. Lee. Czasem trzeba było zagrać ostro i nieraz zapłacić politycznie dużą cenę. Casey nie dumał nad wycinkami prasowymi o sobie - był na to zbyt zajęty. Szczęśliwie Casey był człowiekiem, dla którego otaczający świat, ze swymi ideami i wyzwaniami był ważniejszy niż on.

Casey wylansował Dolana i polecił go Clarkowi. Dolanowi zadano napisanie stosunkowo rutynowego przemówienia, które prezydent miał wygłosić na konwencji fundamentalistycznych pastorów. Przerabiając je, Dolan uważał, że wreszcie dostał się do podświadomości prezydenta.

8 marca 1983 roku o 15:04 prezydent przemówił do Krajowego Stowarzyszenia Ewangelików, w sali balowej Citrus Crown w hotelu Sheraton Twin Towers w Orlando na Florydzie. Cytując Deklarację Niepodległości, C. S. Lewisa, Whittakera Chambersa i Toma Paine'a prezydent nazwał Związek Radziecki "imperium zła".

Spowodowało to pewną sensację. W tym samym miesiącu prezydent ujawnił Strategiczną Inicjatywę Obronną, czyli plan Gwiezdne Wojny, umieszczenie broni w kosmosie dla obrony przed pociskami sowieckimi. Sowieci nazwali Reagana lunatykiem.

W tej gorączkowej atmosferze antykomunizmu mógł przetrwać, a nawet świetnie działać Casey, ale nie Enders. Polem bitwy była Nikaragua. Reagan, Clark i Casey grali ostro i kwestionowali patriotyzm każdego, kto chciał kontynuować dialog. Enders za właściwe uważał wyrzucenie Sowietów i Kubańczyków z Nikaragui, ale teraz polityka USA wyraźnie polegała na wyrzuceniu także sandinistów.

Enders został usunięty. Wysłano go do Hiszpanii jako ambasadora. Wyniesienie się z miasta zabrało mu kilka miesięcy. Wiele było

kolacji pożegnalnych. Casey poszedł na wszystkie. Jakby jego obecność nie była wystarczającym komunikatem, na jednym ze spotkań wstał, żeby wznieść toast. Doceniając pracę Endersa, podkreślił jego wybitną karierę zawodową, i wspomniał o łączącym ich partnerstwie. Nie mówił zbyt wyraźnie, ale empatycznie i ciepło. Dał do zrozumienia, że on i Enders zawsze będą przyjaciółmi.

Wiosną 1983 roku zwiększył się niepokój Johna McMahona co do Caseya, CIA i contras. Pierwszy republikanin Komisji ds. Wywiadu Izby, Ken Robinson, przycisnął pewnego dnia McMahona na temat wzrastającej liczby contras. Dlaczego 500 wzrosła do 5.500? Robinson, lojalista administracji i CIA, był niemal szorstki. McMahon odpowiedział, że komisje ds. wywiadu były w pełni informowane. Wyjaśnił, że często między przesłuchaniami upływały miesiące i członkowie komisji mogli stracić orientację. Można było łatwo odnieść wrażenie, że ostatnie uaktualnienie miało miejsce dopiero w zeszłym tygodniu. Ale w upływających miesiącach contras mogli wejść do jakiejś wioski, zapisać stu ludzi więcej i stu następnych w następnej wiosce. Nie mogą odprawiać chętnych - te zapisy są wyrazem poparcia ludności. Czując sceptycyzm, McMahon wyraził uznanie dla czynnego programu agencji mającego na celu pozyskanie bojowników dla contras. Oczywiście, że liczba wzrasta. Robinson jednak nie był zadowolony i McMahon ocenił, że jego rozdrażnienie oznacza, że program nikaraguański popadnie w dalsze kłopoty.

McMahon wystąpił na zamkniętej sesji Senackiej Komisji ds. Wywiadu. Ze wszystkich stron padały podstępne pytania. Wyczuł podejrzliwość, nawet wrogość, gdy mówił o liczbach, a także ogólnych zamierzeniach i celach programu.

Leahy ostro naparł na McMahona: - Wy poniesiecie klęskę. Operacja wymyka się spod kontroli i prawdopodobnie się nie uda. Nikt nie będzie obwiniał za to Białego Domu ani Departamentu Stanu, ani Pentagonu. Jak to wszystko nie wyjdzie, wina spadnie na CIA. To jej wojna, nie Reagana/nawet nie Caseya, tylko wojna CIA. Re-agan, Casey, McMahon kiedyś przestaną piastować urzędy, ale agencja musi iiostać. Komisja ds. Wywiadu ma obowiązek ochrony amerykańskich instytucji pozyskiwania informacji - powiedział Leahy. - Pan także.

- Tak - powiedział McMahon - zgadza się. Operacja contra sprowadzi na agencję kłopoty, duże kłopoty - powiedział. - Sprowadzi je też na Kongres.

McMahon zaczerwienił się i dla podkreślenia zaczął gestykulować. Był przy tym, gdy w latach siedemdziesiątych agencja została totalnie pogrążona w oczach opinii publicznej, prasy, Kongresu.

- Agencja jest zagrożona, za każdym razem, kiedy ujawnia się, że wdraża politykę zagraniczną USA - powiedział.

Wyszły na jaw emocje. McMahon powiedział też, że to ujawnienie nie tylko zaszkodzi jego kumplom w agencji, czyjego własnemu wyobrażeniu o tym, jak powinni pozyskiwać informacje wywiadowcze i prowadzić operacje, ale zniszczy wartość czegokolwiek co CIA mogłaby robić. Ryzykuje się reputację CIA. Jednocześnie agencja musi zastosować się do rozkazów prezydenta i dyrektora. Oni nakazali tę operację i popierają ją na każdym kroku. Tak więc należy znaleźć sposób, aby ochronić CIA wykonując jednocześnie rozkazy. Senatorowie w komisji nadzorczej powinni wiedzieć, że on zna tę wysoką stawkę. Kiedy McMahon skończył w sali przesłuchań panowała cisza.

Z powodu rozszerzenia tajnej wojny, CIA zaczynało brakować funduszy dla contras. Casey postanowił przenieść nieco pieniędzy z tajnego funduszu awaryjnego. Fundusz ten, wynoszący około 50 milionów dolarów, był dostępny w nagłych wypadkach albo wtedy, kiedy nie było sesji Kongresu. Gdy Kongres zebrał się ponownie, wydatki były zatwierdzane, a fundusz uzupełniany. Zostało kilka milionów dolarów z nieudanej operacji (zapewnienie ochrony i pomocy wywiadowczej Ba-shirowi Gemayelowi) i fundusze te zostały przepisane na contras. Było jednak opóźnienie trzytygodniowe (albo sześciotygodniowe w zależności od tego, jak dokona się obliczenia), zanim papiery doszły do Senackiej Komisji ds. Wywiadu informując ją o przeniesieniu.

Biorąc pod uwagę narastającą delikatność tej operacji, opóźnienie w rutynowym zawiadomieniu komisji odnowiło odczucia, że CIA nie jest szczera w stosunku do Senatu. Zapowiedziano tajne przesłuchanie i wezwano rewidenta księgowego CIA, Daniela Childsa. Childs, były pomocnik senatora Inouye w komisji, powiedział, że te kilka milionów to mała pozycja i że on ma ważniejsze sprawy. Inouye, umiarkowany demokrata, był zły.

Niektórzy demokraci uznali, że jest to okazja na dopadniecie Caseya. Ale senator Malcolm Wallop odkrył przeglądając rejestr, że Caseya nie było w mieście w chwili wypłacenia. To McMahon nie zadziałał szybko. To było prawie nie do uwierzenia. Wallop był uradowany. McMahon, znakomity urzędnik administracji popełnił biurokratyczne przestępstwo pierwszej klasy. Koledzy Wallopa, którzy polowali na

skórę Caseya, złapali McMahona. McMahon musiał wytłumaczyć się z poślizgnięcia przed każdym z senatorów. Zdał sobie sprawę, że nie ma najnowszych wiadomości na temat operacji nikaraguańskiej i że nie uświadamiał sobie wielkości przedsięwzięć Caseya i Clarridge'a w całej Ameryce środkowej. Jest zastępcą dyrektora i został pominięty - nie ma na to innego słowa. Sytuacja była dla niego nie do wytrzymania.

Poszedł do Caseya, żeby wytłumaczyć, że może funkcjonować jako zastępca wyłącznie, jeżeli zna wszystkie fakty. Nie można powtórzyć doświadczenia Inmana - żaden z nich tego nie chce. Casey wytrzeszczył oczy, potem zgodził się - ustanowi się nowe procedury, papierkowa robota będzie przechodzić przez McMahona.

To, że wiedział więcej, zwiększyło tylko niepokój McMahona. W najlepszym stylu Jestem wobec was lojalny", na jaki go było stać, nalegał, żeby spróbowali znaleźć inny sposób; może teraz, gdy operacja jest ujawniona, powinna być w rękach Departamentu Obrony. Ma przecież pozory wojny.

Caseyowi nie podobał się ten pomysł. Jeżeli CIA nie może sobie poradzić z trudnymi kwestiami, jeżeli musi spychać je na wojsko, to możliwości paramilitarne, które on przyrzekł przywrócić, będą żartem. Te operacje to trudne zadania, na dodatek, wojsko nie ma odwagi do takiej operacji. Poza tym wszystkim supermocarstwo nie może zmierzyć się z takim małym państwem jak Nikaragua przez frontowy atak wojskowy.

McMahon argumentował zaciekle, upierając się, że jest po stronie Caseya. Był tu w latach siedemdziesiątych podczas śledztw, niskiego morale, rozpadu i paraliżu agencji, które Casey powstrzymał.

Casey zasugerował, żeby porozmawiali z innymi w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. Pomysł przekazania operacji Departamentowi Obrony przedstawiono Weinbergerowi, Billowi Clarkowi i Geor-ge'owi Shultzowi, który zastąpił Haiga na stanowisku sekretarza stanu w poprzednim roku.

Odpowiedź Weinbergera była prosta: po jego trupie Departament Obrony przejmie operację. Nie zgodził się na angażowanie wojska w coś, co nie ma pełnego poparcia Kongresu i opinii publicznej. A ta operacja już pachnie wotum nieufności.

Sekretarz stanu powiedział, że uważa tajną operację za możliwą do opanowania na drodze rokowań dyplomatycznych. Będzie to niemożliwe, jeżeli sprawę przejmie Pentagon.

Clark uznał, że najlepiej będzie, jeżeli operacja będzie w rękach CIA. Pochwalił starania Caseya. Clarridge dokonuje cudów. Clark widział zwycięstwo na horyzoncie.

Prezydent był wylewny. - Bili i CIA robią, co należy - powiedział Reagan.

Goldwater polecił prawnikom z Komisji Senackiej, żeby dowiedzieli się, czy operacji nie można by finansować bezpośrednio i otwarcie przez Departament Obrony. Prawnicy znaleźli około tuzina przeszkód prawnych i Goldwater doszedł do wniosku, że utknął w ślepej uliczce. Działanie wojskowe Departamentu Obrony byłoby wojną, wymagałoby deklaracji Kongresu. Kto chce wypowiedzieć wojnę Nikaragui? Tajne działanie daje pewne korzyści, nawet jeżeli tajność jest fikcją, najnowszymi szatami cesarza. Pomimo że nie jest uznane przez prawo międzynarodowe i różne traktaty, państwa i tak prowadzą tajne działania. Tak więc, żadne państwo nie mogłoby potępić za to USA.

W Izbie Boland zastanawiał się, czy nie dałoby się zbudować jakiegoś ogrodzenia w Hondurasie, żeby zapobiec przepływowi broni z Nikaragui do Salwadoru. Kosztorys pomysłu Bolanda - skrycie nazwanego Linią Bolanda - wykazał, że może to kosztować od 300 do 500 milionów dolarów. Szybko porzucono ten plan.

Casey poinformował McMahona o pozytywnym stanowisku prezydenta. Operacja nikaraguańska ma zostać w CIA; Casey pozwolił McMahonowi przedstawić argumenty, ale teraz, w ramach reguł lojalności na górze i na dole, sytuacja wymaga, żeby McMahon wspierał Caseya.

Teraz McMahon znowu zetknął się z tajnym działaniem. Uchodźcy z Surinamu - małego kraju, byłej kolonii holenderskiej na północnym wybrzeżu Ameryki Południowej, tuż nad Brazylią-przyszli do agencji w poszukiwaniu wsparcia. Ci holenderscy uciekinierzy chcieli obalenia autorytarnego rządu podpułkownika Desiego Bouterse'go, człowieka o prokomunistycznych sympatiach, który brutalnie uśmiercił piętnastu ludzi, łącznie z głównymi oponentami politycznymi, dziennikarzami i przywódcami związkowymi.

Casey był absolutnie za tym pomysłem; Bouterse był tylko lewicowym kłopotem, a holenderscy uciekinierzy wydawali się być wiarygodni, Casey i McMahon zgodzili się jednak, że potrzebna jest niezależna ocena. Dyrekcja ds. Operacji w "zatwierdzeniu umożliwiającym" zatwierdziła ograniczone tajne działanie w celu ustalenia, czy ma sens wsparcie uciekinierów przez CIA, czy mają szansę obalenia Bouterse'go. Faktyczne działanie, mające na celu próbę obalenia lub zapew-

nienie uciekinierom bezpośredniego wsparcia obronnego, wymagać będzie odrębnego, normalnego zatwierdzenia. Prezydent Reagan podpisał "zatwierdzenie umożliwiające" i przeznaczono kilkaset tysięcy dolarów na wysłanie zespołu CIA do Surinamu, żeby pozyskać informacje wywiadowcze i wykonać opracowanie opłacalności zamachu stanu.

McMahon pokrótce przedstawił sprawę Senackiej Komisji ds. Wywiadu. Reakcją było chóralne: - Chyba pan żartuje. - Kilku senatorów zapytało, dlaczego administracja Reagana rozważa zamach stanu w kraju, który nie ma żadnego znaczenia? Surinamczycy są prymitywni i łagodni, prawie jak Tahitańczycy na Południowym Pacyfiku. Jest ich około 350 tysięcy, tyle co w Tucson w Arizonie. Goldwater szczególnie był rozzłoszczony, oświadczył: - To najgłupszy pieprzony pomysł, o jakim w życiu słyszałem.

McMahon odpowiedział, że rząd Bouterse'ego rozmawia z Kubań-czykami i rządem Grenady, malutkiej wyspy na Morzu Karaibskim także pod władzą lewicowego rządu. CIA ma grupę holenderskich uciekinierów, którzy wykonają robotę. Padło następne pytanie:

- Kiedy taki zamach stanu, wspierany przez USA, odniósł właściwy skutek?

Żeby odpowiedzieć McMahon musiał się cofnąć do wspieranego przez CIA zamachu stanu w Gwatemali w 1954 roku. Dał do zrozumienia, że "zatwierdzenie umożliwiające" oznacza tylko, że administracja bada taką możliwość, a aprobata zamachu stanu wymagać będzie następnego zatwierdzenia i komisja zostanie zawiadomiona.

Nie wystarczyło. Po spotkaniu komisja postanowiła wysłać list do prezydenta Reagana, informując go o jej sprzeciwie wobec tajnej akcji w Surinamie.

Goldwater posłał Reaganowi osobistą wiadomość, którą można by streścić w jednym pytaniu: - Czy pan naprawdę tego potrzebuje?

Również w Komisji Izby przeważał jednostronny sprzeciw obu partii. Kiedy zespół CIA wrócił, miał niewiele informacji. Doniósł, że za-| mach stanu jest prawdopodobnie nie do przeprowadzenia.

Plan zarzucono, ale McMahon był wstrząśnięty tym, co się działo w asie gry. Ponownie poświęcił się sprawie nie angażowania CIA w omiksowe operacje.

ROZDZIAŁ 12

Jeżeli Casey miał przekonać demokratyczną Izbę do operacji nikara-guańskiej, to musiał przekonać konserwatywnych demokratów z Południa i z Zachodu. Jednym z nich był Dave K McCurdy, 33-letni kon-gresmen z Oklahomy, który dołączył do Komisji ds. Wywiadu Izby w styczniu tego roku. Przyjęło się, że McCurdy- przyjaciel administracji i gorący zwolennik obronności - kupuje cały pakiet programów polityki zagranicznej i obronnej Reagana. W czasie prywatnej rozmowy Casey powiedział McCurdj^emu, że CIA zrobi "wszystko, co potrzeba", żeby wpłynąć na rząd sandinistów. McCurdy miał uczucie śliskości w

rozmowach z Caseyem.

Na jednym z przesłuchań McCurdy zapytał Caseya, ile sandiniści wydają na szkoły, drogi i szpitale w swoim kraju.

- Nie wiem - burknął Casey. Był w tym ton nietolerancji, który odbił się echem po małej sali na najwyższym piętrze budynku Kapito-lu. Kongresmeni siedzieli przy stole w kształcie podkowy. Casey był zdenerwowany. Dawał jasno do zrozumienia, że uważa przesłuchanie za nużące, a pytanie McOmr/ego za niemądre i nieważne.

McCurdy zapytał: - Czy Casey nie wie, czy CIA nie ma informacji.

- O co panu chodzi, panie kongresmenie? - zapytał Casey.

- Wychowałem się na prowincji w Oklahomie - powiedział McCurdy - i powinien pan rozumieć, dlaczego na prowincji w Oklahomie jesteśmy demokratami.

Dalej McCurdy wyjaśnił sprawę Nowego Ładu Franklina D. Roo-sevelta i Administracji Elektryfikacji Prowincji (Rural Electrification Adminsitration - REA), która wprowadziła farmerów z Oklahomy w

dwudziesty wiek.

- A pytanie - powiedział - jest takie: Czy sandiniści są na tej drodze. Czy pozyskują sobie lud?

Casey zrozumiał ten argument i stał się nieco bardziej przystępny.

- Kościół katolicki sprzeciwia się sandinistom - powiedział - a jeśli byłyby naprawdę wolne wybory w Nikaragui, to sandiniści nie

wygrają.

- A contras wspierani przez USA? - chciał wiedzieć McCurdy. -Jakiego rodzaju przesłanie rozpowszechniają na prowincji w walce o serca i umysły miejscowych ludzi? Wysadzają w powietrze mosty. Trafiono spichlerz i farmę. Zaatakowano elektrownię; CIA powiedziała, że elektrownia jest celem wojskowym, ale okazało się, że tylko około

10 procent prądu przeznaczone było dla sił zbrojnych, reszta była dla cywilów. To jest przeciwieństwo REA; to destrukcja, nie budowanie.

W pierwszym dniu po przerwie wielkanocnej, 5 kwietnia 1983, Mo-ynihan i Leahy na forum Senatu, wyrazili niepokój z powodu operacji nikaraguańskiej. Moynihan mówił o "kryzysie zaufania" pomiędzy Kongresem a agencjami wywiadowczymi. Osobiście Moynihan uważał, że ten rodzaj nacisku militarnego (na dobrą sprawę, terrorystycznego) wewnątrz kraju był właśnie takim działaniem, które uniemożliwia rozwój demokracji. Jak zareagowali sandiniści? Zawiesili swobody obywatelskie. Prasa była ostro cenzurowana i wprowadzono metody państwa policyjnego.

Tydzień później, we wtorek o 11:00 Goldwater ściągnął Caseya, Mc-Mahona i Sporkina na zamknięte posiedzenie Komisji Senackiej. Jednogłośnie wypowiedzieli się, jakoby operacja była legalna i zatwierdzona, ma poparcie prezydenta, Departamentu Stanu i profesjonalistów z CIA. Potem Goldwater wystąpił na forum Senatu i wygłosił namiętną mowę w obronie CIA, mówiąc:-Uważam, że informowano nas w pełni i na bieżąco.

Patrząc na Moynihana, Goldwater powiedział: - To gadanie o kryzysie zaufania jest cofnięciem się do retoryki lat siedemdziesiątych, kiedy Komisje Churcha i Pike'a właziły do nagłówków na plecach społeczności wywiadowczej.

Zauważył, że sandiniści utworzyli największe wojsko w Ameryce Środkowej, co najmniej 40 tysięcy łącznie z rezerwami.

- Czy którykolwiek z moich kolegów naprawdę wierzy, że ta marksistowska machina wojenna będzie rzucona na kolana przez kilkanaście tysięcy bojowników o wolność? Tajne działanie jest ryzykowne. Ci, którym każe sieje wprowadzić, zostają z całą sprawą na karku. To jest po prostu cholernie niesprawiedliwe i taki rodzaj tchórzostwa doprowadza mnie do pasji.

Szkicując rolę Senatu Goldwater powiedział: - Istotne jest, żebyśmy stawili czoło naszym obowiązkom w tych sprawach, naszemu własnemu zaangażowaniu a nie opuszczali posterunku, gdy zaczyna się robić gorąco. Jeśli Senatowi nie podoba się to co się dzieje, to ma on środek zaradczy - siłę portfela. Jeżeli wykorzystuje się fundusze na operacje, których nie popieramy, to odetnijmy te fundusze.

Tej zimy Casey głowił się nad Libanem. Informacje wywiadowcze agencji i wpływy Ameryki zmniejszyły się od czasu zamachu na Bashi-ra Gemayela. Brat Bashira - Amin został wybrany prezydentem i ob-

jął urząd. Amin Gemayel odwracał się od Izraela i od Stanów Zjednoczonych. Chciał, aby Liban był arabski. Szukał jednak ochronnego parasola Stanów Zjednoczonych. Aby utrzymać swoje wpływy, Biały Dom zasugerował wysunięcie kandydata na nowego libańskiego doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego. Amin zgodził się i wybrał Wadi Hadda-da, 42-letniego Libańczyka, który pracował kiedyś w Banku Światowym. Haddad, skrupulatny człowiek o intelektualnych skłonnościach, znany był jako "Amerykanin" z racji jego bliskich więzów ze Stanami Zjednoczonymi.

Casey spotkał się z Haddadem na początku 1983 roku. Obydwaj martwili się o wpływy syryjskie w Libanie i o samego Amina Gemaye-la. Haddad święcie wierzył, że Syryjczycy spróbują każdego fortelu, a jeśli on zadziała, to nazwą go swoją polityką. - Jeżeli uważa pan, że Syryjczycy pana zdradzili, to ich pan nie rozumie - powiedział.

Casey chciał więcej wiedzieć o osobowości i sile Amina, jako że było wiele negatywnych doniesień o nowym prezydencie. (W czasie ostatnich zamieszek był w Paryżu na zakupach - dwadzieścia cztery nowe garnitury i nowe ubiory wizytowe u Christiana Diora. Armia go nienawidzi i uważany jest za słabego). - Czy Amin - zapytał Casey - posiada wsparcie wojska?

- Tak - powiedział Haddad, ale dodał, że ta odpowiedź oparta jest na nadziei. Innymi słowy - nie. Napięcie pomiędzy libańskim doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego a nowym prezydentem Libanu było oczywiste. Casey doszedł do wniosku, że ten związek nie może przetrwać.

Haddad ustalił, że będzie przekazywał wiadomości prezydentowi Reaganowi przez Caseya.

Casey znał jeszcze kogoś, kto świetnie znał się na polityce środkowowschodniej. Robert C. Ames - główny analityk CIA na ten region, legendarny oficer CIA i jeden z najważniejszych ludzi Caseya. Ames często przybierał niedbałą pozę nosząc lekko przyciemnione okulary lotnika i buty kowbojskie. Był człowiekiem czynu i miał ciągle nowe, nawet niezwykłe pomysły. Jako oficer Dyrekcji ds. Operacji był świetny w werbowaniu agentów. Przy wcześniejszym zadaniu, w Bejrucie w epoce Helmsa Ames był pierwszym, który naprawdę przeniknął OWP i wyłonił dwa kluczowe źródła.

Jednym z ludzi zwerbowanych przez Amesa był Ali Hassan Sala-meh, szef ochrony i wywiadu przewodniczącego OWP Arafata. Sala-meh, któremu izraelski Mossad dał kryptonim Czerwony Książę, zginał od bomby podłożonej w samochodzie w 1979 roku. Zamachu dokonali prawdopodobnie Izraelczycy. Ames był głównym graczem w tzw.

"wojnie tajnych służb" w Bejrucie, gdzie szpiegów i służb wywiadowczych była ogromna ilość, a prawie każdy strzał, bomba czy ruch dyplomatyczny miał ukryte drugorzędne znaczenie w wywiadzie. Przetrwanie w tym świecie było wielką sztuką.

Ames uważał, że Izrael to gra na zero. Dla Izraelczyków wszelki zysk innego kraju lub osoby w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi traktowany jest jako strata Izraela.

Casey był zadowolony, widząc że Ames objął rolę nieoficjalnego doradcy Shultza w sprawach Środkowego Wschodu. Zeszłego roku wi-cesekretarz obrony Frank Carlucci, były zastępca DCI powiedział Shult-zowi, że jest tylko jeden sposób na zrozumienie Środkowego Wschodu.

- Słuchaj Boba Amesa - powiedział Carlucci. - Proszę, słuchaj go. On jest dobry, bo jest zrównoważony i nie ma kompleksów.

Parę miesięcy później Shultz wziął Carlucciego na bok i powiedział:

- Jedna z najlepszych rad jaką mi dałeś to ta, żeby słuchać Boba Amesa.

Shultzowi podobał się słynny chłód Amesa. Odczytywał informacje wywiadowcze i stał się praktycznie pełnomocnikiem sekretarzy stanu w sprawach Środkowego Wschodu. Przesłanie Amesa było proste: zaczyna się robić gorąco w Libanie okupowanym przez Syrię i Izrael. Należy coś zrobić. Ale jak wszystko inne na Środkowym Wschodzie, nie było to wcale proste i, jak prawie wszystko na środkowym Wschodzie, może to nawet nie być możliwe.

W kwietniu 1983 roku Ames wyjechał na środkowy Wschód. 18 kwietnia był w ambasadzie USA przy plaży w Bejrucie, kiedy pół-ciężarówka wypełniona ładunkami wybuchowymi wjechała na teren ambasady i eksplodowała. Środkowa część siedmiopiętrowego budynku zawaliła się i gdy wyciągnięto spod gruzów ciała, naliczono sześćdziesiąt trzy ofiary śmiertelne, w tym siedemnastu Amerykanów. Był wśród nich Ames, szef placówki CIA, zastępca szefa placówki i sześciu oficerów CIA.

Casey nie mógł uwierzyć pierwszym doniesieniom. Był to cios - nic tak niszczącego nigdy nie zdarzyło się w organizacji, którą prowadził. Ludzie z CIA mieli zebranie na temat terroryzmu. Czy terroryści wiedzieli o tym?

NSA odczytywała zaszyfrowane wiadomości z irańskiego ministerstwa spraw zagranicznych w Teheranie do ambasad irańskich w Bejrucie i Damaszku w Syrii. Po zamachu bombowym analitycy przeglądali każdy przechwyt i skrawek informacji dostępny przed zamachem. Wynikało z nich, że planowano jakiegoś rodzaju operację przeciwko społeczności amerykańskiej. Jeden z telegramów donosił, że zatwier-

r

dzono zapłatę w wysokości 25 tysięcy dolarów na nieokreśloną operację. Te rozszyfrowane informacje wywiadowcze przekazano ambasadorowi amerykańskiemu przed zamachem. Nie było w nich jednak określonego dnia ani określonego celu, żadnej wyraźnej oznaki, że może chodzić o ambasadę. Były pomocnicze źródła osobowe, ale niczego nie można było potwierdzić, a jedno ze źródeł nie było testowane.

Felietonista Jack Anderson i CBS News donieśli, że irańskie przekazy łącznościowe były przechwytywane przez wywiad amerykański. Casey nie mógł uwierzyć w te przecieki. Chociaż te rewelacje nie przyciągnęły wiele uwagi w USA, to widocznie czytano je w Iranie, bo w krótkim czasie przekazy urwały się. Było to szczególnie frustrujące dla Casey, który miał nadzieję, że jeżeli NSA nadal będzie podsłuchiwać łączność irańską, to dowie się, kto dokonał zamachu. Przekazy w przyszłości mogłyby także dać wskazówki co do nowych planów lub działań przeciwko USA. Główne źródło informacji wywiadowczych zostało nierozważnie stracone.

Było to otrzeźwiające doświadczenie dla Caseya. Wszczęto dochodzenie, żeby znaleźć tego, kto dał cynk dziennikarzom. Ale przechwycone telegramy były szeroko rozprowadzane w Białym Domu, Departamencie Stanu i Obrony. Dwa dni po zamachu Krajowy Dziennik Wywiadu zamieścił streszczenie przechwyconych przekazów. Dziennik czytały setki ludzi, w tym członkowie Komisji ds. Wywiadu Kongresu.

150 egzemplarzy Dziennika wywiadowczego oznaczonego "ściśle tajny kryptonim" miało wracać każdego dnia, ale wracało tylko pięćdziesiąt, co oznaczało, że zatrzymywano około stu egzemplarzy w rządzie. Kopiowanie Dziennika było zabronione, ale na zwróconych egzemplarzach były ręcznie pisane dyspozycje zrobienia kopii. W jednym przypadku znaleziono siedemdziesiąt pięć kopii w jednym biurze.

Casey nie wiedział, że Jack Anderson i CBS mieli zamiar opublikować informacje o przechwytach. Było to z pewnością skutkiem jego decyzji zamknięcia dostępu mediów do CIA. Może był to błąd. Casey uważał, że mógłby wyperswadować Andersenowi i CBS koncentrację na dokładnym źródle i metodzie wykorzystanej do uzyskania informacji. Nie miał żadnego systemu wczesnego ostrzegania, jeżeli chodzi o amerykańskie środki masowego przekazu. Pomyślał, że potrzebny mu jest rzecznik prasowy.

W biurowcu głównym, dużym szarym budynku obok Białego Domu, w którym mieszczą się biura sztabu prezydenta, na jednym z ogrom-

nych, szerokich korytarzy o czarno-białej marmurowej posadzce jest pokój 351. Właśnie tam wiosną 1983 roku przysadzisty, brodaty absolwent Oksfordu przesiewał sterty papierów i informacji wywiadowczych napływających do jego zagraconego gabinetu. Było to centrum administracji Reagana ds. Środkowego Wschodu. Przy biurku, siedział dr Geoffrey Kemp - główny ekspert w sztabie NSC ds. środkowego Wschodu i Południowej Azji, zastanawiał się nad problemami, które stały teraz przed administracją.

Na pewno Iran brał udział w zamachu bombowym na ambasadę. Ale kluczową kwestią była Syria, a główną częścią tej kwestii było to, czy łącznik syryjski brał udział w tej operacji. Zamach nosił znak Syrii - był wysoce wrogi. Wywiad USA potrafił udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Polityka USA nie mogła być oparta na poszlakach. Wywiad syryjski wiedział z pewnością co się dzieje, ale kiedy, w jakim momencie - jeżeli w ogóle - przywództwo syryjskie uzyskało bezpośrednią kontrolę? Niemożność udzielenia odpowiedzi na to pytanie była oznaką niedostatecznej wiedzy o tym, co dzieje się w Syrii. Istnieje tam wiele odrębnych ośrodków władzy. Prezydent Assad -jeden z najbardziej wytrwałych i przebiegłych środkowowschodnich przywódców znał i panował nad większością z nich, lecz niekoniecznie nad wszystkimi.

Syria była jednym z ciężkich problemów wywiadu i gdy Kemp stanął w obliczu faktów, zobaczył, że informacje wywiadowcze stają się coraz bardziej oderwane od polityki nie tylko w Syrii, ale na całym Środkowym Wschodzie. Kemp uznał "surowe" informacje wywiadowcze za przytłaczające. Codziennie były setki przekazów, przechwytów, sprawozdań ze źródeł, podsumowań. W żaden sposób nie dało się tego wszystkiego pojąć. Tak zwana informacja wykończona (Krajowy Dziennik Wywiadu - NID) czy poranne podsumowanie informacji wywiadowczych z Departamentu Stanu, czy oceny, czy też sprawozdania z obserwacji - żyły swoim życiem. Wykresy i mapy mogły być świetne, ale Kem-powi w miarę jak badał to wszystko, trudno było znaleźć cokolwiek przydatnego. Nie było żadnego zestawu zasad organizacyjnych. Jeżeli pracował nad tym, co zrobić w Libanie, zdawał sobie sprawę, że być może tego dnia istotniejsze byłyby informacje wywiadowcze z Egiptu.

To, czego brakowało Kempowi, to dokładne, ścisłe i szczegółowe określenie i zrozumienie prawdziwych intencji, celów i zachowań państw i ich przywódców. Nabywało się tego dopiero po latach. Śmierć Boba Amesa pozostawiła lukę i odcięła George'a Shultza od dogłębnej orientacji, pozostawiła go na lodzie. Szef Kempa Bili Clark nie miał doświadczenia, więc scedował Środkowy Wschód na Shultza.

r    ,

wvs5a y

noczy prze**

)owym prezydent Reagan oznajmił, że

a sBKiY*. zamachu bo,mhdkowy Wschód.

etarza stanu na Sro,rae^ podpisały umowę na temat -wyco-maja I9g3 roku Liban i j ' ^ p^^.,^ granicy Izraela. Pre-

dJmtAmil*raelskich [ gwar^ał Syrię dwadzieścia razy podczas roz-'    01 ? Gemayel wspomniirykańskimi dyplomatami. Shultz był

SZim TP S em i innymi ^ować tej umowy i uważał, że USA ma pewien, ze fcy^ nie może Zawe1

.^Jkie wpływy. ,rzewodnią: jeżeli musi podporzsądko-<clllqy .^ał jedną myśl p^dyjest silny. Umowa z Izraelem zjed-się byru, to chce to zrobić L/frakcie w Libanie. Potrzebował po-v nrzeci^. . ' <ne iicuvoj^ nu wewnętrzi

bańsko-izraelskiej, prezydent Reagan

wvsłał nre7x'^W dniu Umowy UWi tajny list. Była to pewnego rodzaju yp!    kentowi Gemayekn aby Liban ucierpiał wskutek podpisa-^ USA nie pozwoli, }asnirowi Gemayelowi obiecano wspar-Izraelem. Tak jak Ej bratu obiecywano tajne wsparcie pre-tak teraz jegoiatyczny i dalszą obecność amerykań-

skiei Piechot" ~ FaraSd dyplomicie.

W CIA MorskieJ w Bejn:lską postrzegano jako niewypał. Jeden

}^odę libańsko-izrae^.ia tego nie zaakceptuje. Zgadzał się z

t^i°też°dzi ^ d°n0sił' Że Sytamentu Stanu - INR. Sprawozdania

7^acSv ul TyTadu ^P^fi punkty. Po pierwsze, problemy we-

wnSrzne I f?gę n& trzy ist°tn'e, że Stany Zjednoczone nie mogrą roz-

^ , , lbanu są tak .vrieM«"iatycznej ani nawet wojskowej, chyba wiązać icn a^ na drodze dyplOi amerykańskich. Po drugie, Amin

cŁmTwlTp Slę 5° tysięcy Ż°łni^ P°trzecie' amerykańskie siły pokojo-T'bań' słabym przywódcaabijać Arabów w imię frakcji, czego nie W ® .^ w końcu zaczną, z;

^ Ponadt? itlne frakcja ityczne podsumowały, że pomimo ten-sprawozdania anall^ decydentów do postrzegania Syrii amerykański ma ^asny sposób działania, a prezy-^iego pionka, Syria^eterimn0wanym i groźnym, mistrzem 3est człowiekiem zo\em Qemayelem.

W NSC ^?równaniu z -^^njednym z największych niedociągnięć wvwiadu ie5emp UW&Żał> T j^ania dobrych portretów psychologicz-y V, J st niezdolność wyko h przywódców: Assada, Gemayela i nych, Pers0tialnych { politycziln najważniejsi, lecz wywiad amery-

kafsM ntSH d' Gemayel! Begir|ł i* charaktery, więc władze USA nie K SKI e ^statecznie określi^^ TAJNY profil psychologiczny Ka-rmatv teero. ~- istotne Na przy]

rmaly tego,

dafiego z Libii wykonany w poprzednim roku przez doktora Jerrol-da M. Posta opierał się na frazesach. Napisano: Pomimo ogólnych przeciwnych opinii Kodafi nie jest psychotykiem i generalnie ma kontakt z rzeczywistością... Uważa się, że Kadafi cierpi na ostre zaburzenie osobowości - pograniczne schorzenie osobowości.

To "pograniczne schorzenie osobowości", które było bieżącym tematem w psychiatrii, nie jest większym schorzeniem psychicznym, lecz oznaczało po prostu, że osoba waha się między zachowaniem nienormalnym a normalnym. Jak może to pomóc decydentom? - zastanawiał się Kemp. W profilu Kadafiego dodano: W sytuacji ostrego stresu może przejść okresy dziwacznego zachowania i wtedy jego rozsądek może działać nieprawidłowo. Późniejszy opis z CIA przypisywał niektóre zachowania Kadafiego kryzysowi wieku średniego. Dla Kempa była to niedorzeczność - ale niebezpieczna niedorzeczność. W pewnym momencie Kemp zasugerował, żeby Biały Dom sprowadził powieściopisa-rza, który pomógłby przy tych profilach.

Ponieważ Reagan nie czytał zbyt wielu powieści, ale oglądał filmy, CIA zaczęła sporządzać profile przywódców, które można było pokazywać prezydentowi w Białym Domu lub w Camp David. Jeden z nich był na temat nowego prezydenta Egiptu. Na ekranie błysnęło "SECRET NOFORN" i narrator zaczął: - To jest Hosni Mubarak.

Muzyka, kolory, a potem obrazy małej wioski, w której urodził się Mubarak - Kafra-el-Meselha, położonej w północnej prowincji w delcie Nilu.

Im mniej znany był dany przywódca dla zwykłego wywiadu - czy nawet dla telewizji, w której wywiady mogły być bardzo odkrywcze - tym mniejsza była wartość profilu. Gdy jakiś przywódca był wyraźnie obecny na arenie międzynarodowej i miał określoną reputację, profile CIA były mocne i efektywne. Jednym z najlepszych był premier Izraela Begin. Profil otwierało ujęcie spychaczy z operatorami w maskach, popychających sterty ciał w hitlerowskim obozie koncentracyjnym. Słychać było głos Begina: - Nigdy więcej, nigdy więcej. - Profil ukazywał myśli Begina i tym sposobem był efektywny. Ale myśli Begina były dobrze znane.

Profile wideo wywarły wrażenie na Reaganie, a Kemp uznał, że przydają się w dokształcaniu Meese'a, Bakera i Deavera, którzy prawie nic nie wiedzieli na temat spraw zagranicznych. Deaverowi podobały się tak bardzo, że przekazał wieść do CIA, że Reagan jest zadowolony. Wkrótce CIA zaczęła dostarczać tego typu tajny przegląd krajów i stolic, które planował odwiedzić Reagan.

W ramach umowy z 17 mąja 1933 r. Liban nie powinien mieć kontaktów z Izraelem. Jednak Gemayel sekretnie pozwolił libańskiej służbie wywiadowczej utrzymywać stosunki z izraelskim Mossadem i przekazywać informacje co do miejsc przebywania Palestyńczyków. Izrael-czycy mieli stałe zezwolenie ba ataki na Palestyńczyków w Libanie, bez aprobaty z "góry" i naloty zdarzały się coraz częściej.

Shultz - były żołnierz piechoty morskiej - nalegał, żeby jednostka pokojowa piechoty morskiej licząca 1.600 ludzi pozostała w Libanie. Casey zgodził się. Weinberger i połączeni szefowie zawzięcie się sprzeciwiali. Prezydent jednak nie ustąpił, więc piechota morska została.

Kemp był przekonany, że obecność wojsk amerykańskich niczego nie załatwia. Nikt jednak w agencji nie zadawał podstawowych, jak się wydawało Kempowi, pytań, które doprowadziłyby do konfrontacji: Co będzie, jeśli wojska ugrzęzną?1 Co będzie, jeśli staną się częścią problemu, a nie rozwiązaniem?

W gabinecie, w suterenie iswojego domu w Wirginii, Stan Turner pisał artykuły - opublikowany ich szesnaście w pierwszym roku jego emerytury - oraz pracował n?ad pamiętnikiem z czasów pracy w CIA. Siedząc przy komputerze RaaH0 Shack Turner wystukiwał i szlifował swoją opinię na temat Nikaragui.

Tak jak każdy pracownik <CIA, bez wyjątków, podpisał wymaganą umowę, zgadzając się przedłożyć do wglądu wszelkie prace pisemne.

Urzędnicy ds. recenzji w CliA ostro zganili Turnera mówiąc, że jako były wtajemniczony nie może i stwierdzić, że CIA tajnie wspomaga con-tras. CIA uzasadniła tę cenzuirę tym, że tajna operacja wsparcia politycznego była mniejsza, gdy oin był dyrektorem. Turner uważał, że ich sprzeciw jest absurdalny. Tajjna operacja wsparcia paramilitarnego administracji Reagana była ziupemie inna, a poza tym odbyła się publiczna debata na temat Poprawki Bolanda na forum Izby. Agencja nie chciała ustąpić, a Turner 'zinterpretował to jako kampanię w celu powstrzymania go od wypowiedzenia się przeciwko operacji nikaragu-ańskiej. Po długim targowanitu osiągnięto kompromis: Turner będzie się odwoływał do doniesi'en prrasowych i debaty w Kongresie i nie będzie wygłaszał żadnych własnych stwierdzeń. Wszelkie jego polemiki i krytyki będą się zaczynały odl warunkującego Jeżeli".

Ostateczny, zatwierdzony r projekt wypowiedzi Turnera brzmiał: Jeżeli Centralna Agencja Wywiadowcza jest zaangażowana w dostarczanie fajnego" wsparcia bandom partyzantów w Nikaragui, tak głęboko jak sugerują to sprawozdania, to robi ona wielki błąd.

Felieton Turnera ukazał się w Washington Post w niedzielę 25 kwietnia 1983 r. pod tytułem: Od byłego szefa CIA - wstrzymajcie tajną operację w Nikaragui. Casey był skłonny słuchać krytyków, nawet Turnera, ale uważał, że artykuł jest zaledwie odgrzanym "In-manizmem" i że Turnerowi się pokręciło. Ogólne rozczarowanie miałoby miejsce, gdyby CIA i administracja nie robiły tego, co do nich należy. Zawsze będzie opozycja -jest to naturalne jak wschód słońca. Casey postanowił, że nie da się prowadzić ani popychać opozycji. Ameryki Środkowej nie można oddać komunistom. Docenił Ro-nalda Reagana.

W Białym Domu Casey wyjaśnił, że operacja nikaraguańska jest w niebezpieczeństwie i potrzebna jest pomoc. Prezydent zgodził się przeprowadzić kampanię, żeby Kongres nie odciął finansowania. W Dallas Shultz wysunął zarzut, że Nikaragua stała się podstawą "nowej formy dyktatury" wycelowanej na "całą Amerykę Środkową". Reagan poprosił do Białego Domu członków Kongresu na rozmowy, a do wielu innych zadzwonił.

Wieczorem 26 kwietnia Reagan wygłosił trzydziestoczterominuto-we przemówienie na połączonej sesji Kongresu w czasie pierwszorzędnej oglądalności programów, transmitowane przez telewizję w całym kraju. Był to przypadek w jego kadencji, kiedy wystąpił na połączonej sesji w sprawie zagadnienia polityki zagranicznej. Nawoływał Kongres, aby przyjął jego prośbę o 600 milionów dolarów na tajną pomoc dla Ameryki Środkowej. Przestrzegał protokołu i nie wspomniał o tajnym wsparciu dla contras, wszyscy wiedzieli co miał na myśli mówiąc: - Nie powinniśmy i nie będziemy chronić rządu nikaraguańskiego przed gniewem jego własnego narodu.

Senator Dodd, demokrata, przyjął w swojej wypowiedzi dla telewizji taktykę typową dla Reagana - jednego, ostrego, jaskrawego wizerunku. Wybrał Salwador: - Byłem w tym kraju i wiem o właścicielach zakładów pogrzebowych, którzy jeżdżą co rano po ulicach zbierając ciała tych, którzy poprzedniej nocy zostali w trybie przyspieszonym wysłani na tamten świat przez - działające w stylu gangów - salwadorskie siły bezpieczeństwa: ofiary "zgiętego kolana", kciuków łączonych drutem za plecami, kuli w mózg. Wzdragamy się na taki obraz naszego związku z kryminalistami...

W ciągu kilku minut wybuchła poważna debata na temat polityki zagranicznej - nie na temat prezydenta, jego przemówienia, ale na temat Dodda i jego wypowiedzi. Demokraci zaczęli rzucać kamieniami w Dodda - czy poszedł za daleko, czy obraził prezydenta i Amerykę?

Agencja Bezpieczeństwa Narodowego miała przechwyt łączności sprzed kilku miesięcy, kiedy Dodd złożył wizytę w Nikaragui. Rząd sandinistów opisywał go jako dobrego faceta, wyrozumiałego, jeśli nie sympatyzującego z nimi. Kopię przechwytu przekazano Senackiej Komisji ds. Wywiadu, jak zawsze, gdy wyszło na jaw coś o którymś senatorze. Dodd uznał to za umyślne oszczerstwo i złożył prywatną skargę do Białego Domu. Miał kopie korespondencji Departamentu Stanu ukazujące, że był twardy w stosunku do sandinistów.

Casey był uszczęśliwiony przebiegiem wypadków. Na razie problemem numer jeden był senator Dodd, jego wypowiedź o "kciukach z drutem" i jego reputacja "dobrego faceta" w Managui, a nie CIA.

3 maja 1983 r. dyrektor wystąpił przed Komisją Wywiadu Izby. Komisja głosowała 9 za według podziałów stron za obcięciem tajnego finansowania i 5 przeciw.

6 maja 1983 r. Casey stanął przed Komisją Senacką-jego ostatnia szansa. Pozwolił by dyskusja toczyła się nad kwestią techniczną zatwierdzenia prezydenckiego podpisanego w 1981 roku. Członkowie zgodzili się, że cel wyraźnie zmienił się i wykroczył poza przechwyty-wanie broni.

Casey był uległy. Tak, zatwierdzenie powinno być ponownie opracowane.

Goldwater zasugerował nowe zatwierdzenie - takie, które wskazuje nowy cel - nacisk, demokratyzacja, próby zmuszenia sandinistów do negocjacji.

Casey był pojednawczy. Administracja przeanalizuje program i dokładniej wyrazi swoje cele. To było niemałe ustępstwo. Zatwierdzenia prezydenckie są gorliwie strzeżonym przywilejem działu wykonawczego - prezydent decyduje o tajnej akcji, komisje kongresowe są "informowane".

Moynihan, Leahy i niektórzy republikanie uważali, że mając wyraźną większość, mogą natychmiast odciąć finansowanie.

Ale Goldwater, który uprzednio konferował z Reaganem i Caseyem, zaproponował kompromis - ani pełna kontynuacja, ani pełne wstrzymanie.

Casey wiedział, że kompromisy podobają się prawodawcom. Nazwać to kompromisem, opatrzyć nazwiskiem Goldwatera, o to chodziło. Kompromis Goldwatera pozwalał na finansowanie operacji przez następne pięć miesięcy i zatwierdzał kolejne 19 milionów dolarów na następny rok obrachunkowy, pod warunkiem nowego zatwierdzenia prezydenckiego opisującego cel programu. Ale określał również, że 19 milionów dolarów na następny rok uzależnione jest od głosowania członków komisji.

l

Moynihan i Leahy twierdzili, że jest to nowe i ważne ustanowienie władzy Kongresu nad tajnymi działaniami, jako że komisja może głosować za lub przeciw. Moynihan powiedział: - Zatwierdzenie prezydenckie będzie musiało być zaaprobowane większością głosów komisji.

Kompromis przeszedł 13 głosami; tylko republikanie Wallop i John C. Chafee głosowali przeciw.

Casey był uradowany. Komisja została przechytrzona. Nie miał najmniejszego zamiaru pozwolić komisji, by aprobowała zatwierdzenia prezydenckie. Kongres wygrał na słowa. CIA dostała pieniądze.

Środki przekazu pełne były przecieków. Casey był pewien, że jego przeciwnicy w Kongresie rozpoczęli próby nastraszenia społeczeństwa. 8 maja w Post nagłówek miał szerokość strony: Wspierana przez USA nikaraguańska armia rebeliancka zwiększa się do 7.000 ludzi. Stosując ponure aluzje artykuł kwestionował uczciwość streszczeń CIA dla Komisji ds. Wywiadu. Artykuł w New York Times cytował anonimowego demokratę w Komisji ds. Wywiadu Izby - ...C/A i tak nas okłamuje. W kilka dni później główny artykuł Times'a -Mówi się, że CIA przewiduje upadek sandinistów. Była to nieprawda i Casey nakłonił Times'a do zamieszczenia następnego dnia sprostowania na pierwszej stronie.

Tego wieczoru Casey dołączył do pięciuset gości na oficjalnej kolacji w Wielkiej Sali Balowej waszyngtońskiego hotelu Hilton z okazji wręczenia Nagrody Donovana Dickowi Hemisowi. Dla Caseya było to ostateczne pogrzebanie lat siedemdziesiątych, koniec dziesięciolecia anty-CIA. Okazja ta miała dla niego - człowieka powracającego - szczególny posmak. Casey przemawiał i chwalił Helmsa, Bush również. List od prezydenta Reagana apoteozował Helmsa: "zobowiązanie wobec głosu sumienia".

Helmsa powitano jak powracającego bohatera wojennego. Stał na podium przed powiększeniem starej, ziarnistej fotografii samego Donovana, przystojny, mądry, w koszuli bez krawata, z gwiazdkami generalskimi na kołnierzyku.

-Jestem wzruszony i zaszczycony-powiedział, promieniejąc-przyczyny tego nie są dla nikogo z państwa tajemnicą.

Jeane Kirkpatrick, ambasador USA w ONZ, siedziała obok Caseya na zebraniach NSPG (National Security Planning Group - Grupa Planowania Bezpieczeństwa Narodowego) w Sali Sytuacyjnej. Z jednej strony Kirkpatrick bardzo lubiła te "PG", jak je nazywała. To było "zebranie z treścią", wewnętrzny krąg polityki zagranicznej, tu roztrząsano jawną i tajną politykę USA wobec całego świata. Obecność na

zebraniu NSPG dawała byłej profesor politologii rzadką okazję uczestniczenia w kształtowaniu polityki zagranicznej. Casey przychodził z gotową pracą, ze streszczeniem napisanym na maszynie, często mocno pokreślonym przez niego ołówkiem. Mamrotał swoje przemówienie, chociaż nie wyczuwało się w nim pasji, to potrafił odpowiadać na pytania i miał spory zasób wiedzy. W tym ostatnim, jak odkryła ze smutkiem Kirkpatrick, Casey był osamotniony.

Kiedy jeden z członków administracji średniego poziomu zaproponował, żeby przedstawili długoterminowe cele i strategię polityki zagranicznej, Kirkpatrick odpowiedziała: - Będzie to próżne ćwiczenie, bo większość ludzi nie zrozumie tego... Może tylko Bili.

Kirkpatrick zwróciła na siebie uwagę Reagana i w końcu uzyskała posadę w ONZ dzięki artykułowi pod tytułem: Dyktatury i podwójne standardy, zamieszczonemu w 1980 roku w czasopiśmie Commentary. Szach i Somoza byli nie tylko antykomunistami, ale byli zdecydowanie przyjaźni wobec USA - napisała, łajać Cartera za to, że nie dostrzegł, iż te prawicowe reżimy były lepsze niż Ajatollah i sandiniści.

W pierwszych dwóch latach administracji raz po raz ze zdziwieniem odkrywała, że konserwatywne poglądy, które dzieliła z Reaga-nem, Caseyem, Clarkiem, nie znalazły w pełni odzwierciedlenia w polityce. Biurokracja i pragmatycy wygrywali zbyt często. Jedynym wyjątkiem były operacje wywiadowcze Caseya, z których wyłoniła się spójna strategia.

W ciągu tych dwóch lat Casey i ona mieli dla siebie dużo uczucia i szacunku. Zgadzali się co do tego, co Kirkpatrick nazywała na osobności "skandalem" w administracji Reagana - niewiedzy głównych decydentów na temat polityki zagranicznej. Dotyczyło to też prezydenta. Ale prezydent był taki miły w przyznawaniu się do niewiedzy, że wszyscy, łącznie z Kirkpatrick i Caseyem, mieli tendencje do wybaczania mu. Zgadzali się, że w rezultacie polityka zagraniczna nie była dobrze ukierunkowana, nie była kompetentna.

Sekretarz ds. obrony Weinberger i sekretarz stanu Shultz toczyli ciągłą, biurokratyczną wojnę, nadającą ton prawie wszystkim debatom. Aby chronić zbiorowe dobre samopoczucie Departamentu Obrony, Weinberger usilnie starał się uniknąć zaangażowania militarnego. Shultz był bystrym człowiekiem, ale na dobrą sprawę miał związane ręce. Inicjatywy dyplomatyczne z Sowietami były zminimalizowane, bo mogłyby oznaczać odtajnienie czegoś w trakcie negocjacji, co było główną, największą obawą prawicy. Impas między Shultzem a Wein-bergerem pozostawił próżnię, którą ktoś musiał wypełnić. Reagan nie

miał wystarczającej wiedzy ani ochoty, żeby postanowić, kto to ma być, a wiceprezydent Bush nie miał nawet w przybliżeniu wystarczającej władzy, aby to zrobić. Bili Clark, jako doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, nie miał doświadczenia ani wytrzymałości, żeby zaangażować się merytorycznie.

Praktycznie, próżnię wypełnili szef sztabu James Baker i asystent prezydencki Richard G. Darman. Wraz z Deaverem kontrolowali kalendarz prezydenta oraz przepływ papierów. Decydowali, co Reagan robił, z kim się spotykał, co czytał. Zanim prezydent cokolwiek podpisał Baker i Darman przeprowadzali przegląd wszystkich źródeł, szukając alternatywy możliwej do przyjęcia przez Shultza i Weinbergera, konsultując się z przywódcami w Kongresie. Prezydentowi przedstawiano do ratyfikacji uzgodnione zalecenie.

Kirkpatrick i Casey uważali, że ten rozproszony sposób podejmowania decyzji dusił prawdziwe intencje prezydenta. Narzekali na osobności, że polityka zagraniczna administracji reprezentuje najniższy wspólny mianownik zgody.

Kirkpatrick zaczęła naprawdę podziwiać Caseya. Prowadził zrównoważone życie - dużo pracy, prawdziwy relaks; zawsze znalazł czas na drinka. Jej zdaniem miał dobry gust, od muzyki po dywany. Był wyrafinowany, zamożny, wszechstronnie wykształcony. Po latach życia w akademickim gronie przyzwyczajona była do genialnych ludzi, którzy głośno żuli jedzenie albo nie wiedzieli - czy ich to nie obchodziło -jak się wiąże krawat. Dawno temu nauczyła się, że takie rzeczy nie mają znaczenia. W jej mniemaniu Casey był sam wśród członków NSPG ze swoją ogromną wewnętrzną powagą i wielką troską o politykę. Gdy spotykali się na jakimś przyjęciu gdzieś w mieście, siadali w kącie, by porozmawiać, uzgodnić linię postępowania. Jednakże nie zgadzali się co do jednej ważnej sprawy.

Kirkpatrick uważała, że administracja Reagana nie może skutecznie prowadzić tajnej akcji bez ogólnego wsparcia i debaty w Kongresie.

Casey powiedział, że to jest linia McMahona. W tej administracji, argumentował Casey, dyplomacja i bezpośrednia akcja militarna nie wchodzą w grę. Prezydent ani nie chce usiąść z Sowietami do negocjacji, ani nie chce z nimi walczyć. Tajna akcja służy do powstrzymania bądź ograniczenia zaangażowania USA za granicą, umożliwiając jednocześnie wykonanie roboty - i on chce utrzymać w tajemnicy możliwie jak najwięcej.

Pomimo tej niezgody Casey i Kirkpatrick pozostawali bardzo bliskimi przyjaciółmi. Ona uważała, że bardzo dobrze świadczy o nim

fakt, że bierze pod uwagę inne punkty widzenia. Jasne było, że dlatego zatrzymywał Johna McMahona. Casey nie bał się konfrontowania

swoich poglądów.

Kirkpatrick była zadowolona, że Casey nie należał do żadnej kliki, która słodziła to, co mówiło się prezydentowi. Powiedział, że Sowieci są w ruchu. Oddziaływanie Caseya było najbardziej odczuwalne, kiedy przekonywał o zasięgu i uporczywości sowieckiej ekspansji. W tej kwestii kluczowi gracze w administracji zgadzali się. Wśród różnych opcji, problemów i wahań, wartością stałą były tajne operacje Caseya. Teraz, gdy uzyskał finanse na operację nikaraguańską na co najmniej pięć miesięcy, nadeszła pora, aby iść do przodu.

Po odejściu Endersa Casey i Kirkpatrick próbowali awansować na jego miejsce Constantine'a Mengesa. Asystent sekretarza automatycznie przewodniczył grupie międzyagencyjnej prowadzącej tajne operacje. Ale Shultz nie chciał prawicowego gorliwca.

Osiągnięto kompromis wybierając L. Antnony^go Motleya, ambasadora USA w Brazylii. Niewtajemniczony, niefrasobliwy 44-letni Motley miał nieruchomości na Alasce i zajmował się pozyskiwaniem funduszy dla republikanów. Urodził się w Brazylii i mówił biegle po portu-galsku. Na Reaganie i Deaverze wrażenie wywarł jego niebiurokratyczny styl pracy, który zauważyli podczas wizyty prezydenta w Brazylii.

A Casey uważał, że Motley ma charakter. Tej wiosny CIA otrzymała raport, że kilka samolotów libijskich, które miały lądować w Brazylii w drodze do Nikaragui, przewoziło broń a nie lekarstwa, jak twierdzili Libijczycy. Motley zadzwonił do Caseya. - Wykonam swój ruch -powiedział-ominę ministra spraw zagranicznych, każę zatrzymać i przeszukać te samoloty, ale muszę być pewny, że to nie są czyjeś domysły.

Casey zacytował mu fragmenty doniesienia od źródła osobowego w Libii. Samoloty zatrzymano i odkryto 70 ton broni i ładunków wybuchowych. Było to podwójne zwycięstwo propagandowe - nad Libią i Nikaraguą. Na Caseyu wrażenie wywarło także pozyskiwanie przez Motleya informacji wywiadowczej w Brazylii. Regularnie chodził na piwo i stek z prezydentem Brazylii, a jego genialne raporty prześcigały przechwy-

ty placówki CIA i NSA.

Co najważniejsze, Motley nie miał nic przeciw trochę nieczystej grze. Po tym, jak próba obalenia przywódcy Surinamu okazała się nieopłacalna, brazylijska służba wywiadowcza przystąpiła do pierwszej, tajnej akcji. Brazylia i Surinam miały wspólną granicę długości około

160 km. Przy zachęcie Motleya i z małą pomocą ze strony CIA służba brazylijska posłała do Surinamu agentów udających nauczycieli, w celu odciągnięcia rządu Surinamu od Kubańczyków. Przywódca, podpułkownik Bouterse, rzeczywiście odwrócił się od Kubańczyków i wywiad brazylijski poinformował Motleya, że zniszczono wszystkie zapisy tej delikatnej operacji.

Motleya wezwano do Waszyngtonu, gdzie Shultz powiedział mu, że awansuje go na asystenta sekretarza. - Nie pozwólmy, żeby operacja contras stała się problemem wyborów - pouczał Shultz -jednocześnie nie możemy popuścić sandinistom.

Na zebraniu w Białym Domu Jim Baker dał Motleyowi te same wskazówki. - Polityka prezydenta - powiedział Baker - polega na zwiększeniu nacisku na Nikaraguę, ale uniknięciu publicznego starcia.

Casey zdawał sobie sprawę, że są to poglądy Deavera. Deaver kierował popularnością prezydenta, która była siłą napędową w Białym Domu. Nikaraguę uważano za negatywny aspekt - Biały Dom nigdy nie mógł zmienić opinii publicznej na ten temat, pomimo przekonań prezydenta i ciągłych publicznych wyjaśnień.

Bili Clark natomiast był zdecydowanie za polityką procontras i antysandinistowską. Przeszedł szkolenie u jezuitów i wierzył w pionową hierarchię władzy - od pana w dół, a panem w polityce zagranicznej był prezydent, zaś Clark jego zastępcą. Ale na razie Deaver i opinia publiczna byli górą, czego rezultatem było narastające napięcie między Clarkiem a Deaverem.

Nie mogąc przekonać Shultza do Mengesa, Casey musiał się go pozbyć z CIA Analitycy CIA zgadzali się, że istnieje sowieckie, komunistyczne zagrożenie i że ich zadaniem jest ustalenie jak wielkie i gdzie. Men-ges widział totalne zło wszędzie. Jego liczni krytycy w CIA nazywali go "Ciągłą Groźbą" (the Constant Menace). Powodował spięcia pomiędzy Caseyem a McMahonem. Zatrudnienie go było jedyną decyzją kadrową Caseya, która gryzła McMahona. Nie mógł znieść ideologicznego ferworu Mengesa. A jednak Menges spełnił swoją rolę, uważał Casey, poprzez uświadomienie potencjału prądów dywersyjnych w zwykłych wypadkach. - Ci biurokraci w wywiadzie nie wiedzą, o czym mówią -zwykł mówić Menges, a Caseyowi podobało się to niezmiernie. Lubił mieć paru asystentów po prawej stronie. Ich obecność sprawiała, że jego pozycja wydawała się bardziej rozsądna. Ale czas Mengesa się skończył. Bili Clark poprosił Mengesa o przejście do sztabu NSC. Casey powiedział Mengesowi, że będzie miał tam wpływ na więcej spraw, Reagan ufa Clarkowi, mając te same co on poglądy o Sowietach.

Wielu analityków i niektórzy z tych, którzy pracowali dla Steina w operacjach i nie ufali Mengesowi, byli zdumieni, że człowiek nie do przyjęcia intelektualnie w CIA, może być zaakceptowany w Białym Domu. W Departamencie Stanu Motley podziwiał zdolność Caseya do "wydzierżawiania" problemów, do bezproblemowego odłączenia się nieco od twardej prawicy. Casey przekazał już problem Nestora San-cheza Departamentowi Obrony. Wiedział nie tylko jak się pozbyć problemów, ale także jak je ustawić, żeby się przydały. Motley nazywał Caseya "handlarzem niewolników".

Wybór następcy Mengesa był bardzo ważny. Casey nadał większą rangę NIO (National Intelligence Officers - Krajowi Oficerowie Wywiadu) - swoim wolnym osobistym agentom, działającym jako łącznicy i izby rozrachunkowe. Wyróżniał ich, gdyż po pierwsze, oficerowie ci byli szanowani przez innych analityków. Po drugie, najlepsi oficerowie - NIO - musieli mieć dobre stosunki z zastępcą dyrektora, znać operacje na wylot, wiedzieć, dokąd zmierza polityka USA i co chcą osiągnąć prezydent i Casey. Po trzecie, NIO jest ważnym ogniwem łączącym inne agencje wywiadowcze, zwłaszcza Pentagon i NSA. Po czwarte, jako osoba nadzorująca oceny przypisanego mu regionu, NIO ma wpływ na politykę. Należycie przemyślana, dobrze udokumentowana ocena może pomóc polityce tyle samo, co dobra informacja wywiadowcza. A w tej chwili najważniejsze były oceny na temat Ameryki

Łacińskiej.

Casey chciał porządnego old boyX kogoś, kto służył w jego wojnie, II wojnie światowej. Trudność polegała na tym, że większość z nich była na emeryturze albo nie żyła. Minęło pokolenie. Casey postanowił sprowadzić byłych oficerów Dyrekcji Operacji.

John Horton wydawał się doskonały - jeden z operatorów z bogatym doświadczeniem, przeszedł na emeryturę osiem lat wcześniej, po dwudziestu siedmiu latach pracy w CIA. Horton miał wymarzony życiorys: oficer Marynarki Wojennej w czasie drugiej wojny, służba w placówkach CIA na Dalekim Wschodzie, szef placówki w Urugwaju w latach 1965-68, szef placówki w Meksyku na początku lat siedemdziesiątych, zastępca szefa sekcji ds. Ameryki Łacińskiej i w końcu szef sekcji sowieckiej w Dyrekcji Operacji. Horton nie był żadnym ideologiem-był zadeklarowanym demokratą. Co ważniejsze, nazwisko Hor-tona wymieniane było z wielkim szacunkiem, nawet z uczuciem, przez tych, którzy pamiętali dawne czasy. Połączenie jego doświadczenia z Sowietami w Ameryce Łacińskiej będzie idealne. Jeżeli ktokolwiek może wyznaczyć ślady sowieckie w Ameryce Łacińskiej, to jest to ten człowiek.

Horton miał 62 lata i mieszkał w Maryland hodując winogrona. Mile połechtany telefonem Caseya, dostrzegł szansę powrotu. Jasne było, że Casey odbudowuje agencję, a Ameryka Łacińska jest bardzo ważna. Po rundzie wywiadów, Horton poszedł na spotkanie z Caseyem.

Casey przekonał się, że jest on nieco sztywny i oficjalny, ale bystry i wygadany. Znał zadania wywiadu i umiał formułować odpowiedzi trafiające w sedno sprawy. Rozmowa była przyjacielska, uprzejma i Casey prędko zatrudnił Hortona.

Horton przejął obowiązki krajowego oficera wywiadu (NIO) ds. Ameryki Łacińskiej w maju 1983 roku. Spędził trochę czasu ze swoim odpowiednikiem w Dyrekcji Operacji - Clarridge'em. Ten dał do zrozumienia Hortonowi, że wie dla kogo pracują - dla prezydenta i Billa Caseya, którzy chcieli programu contra. Clarridge dał go im. Nie liczył się nikt inny w środku. Gdy jechali do Departamentu Stanu na zebranie międzyagencyjne prowadzone przez Tony^go Motleya, Clarridge starał się wytłumaczyć Hortonowi, co się działo w ciągu tych ośmiu lat od czasu, kiedy Horton był na emeryturze, a Kongres i dziennikarze zajmowali się publicznym osądzaniem CIA.

- Teraz jest inaczej - powiedział. - Casey tam jest i ma duże wpływy, więc teraz słuchają człowieka w Departamencie Stanu. Casey reprezentuje prawdziwy głos Reagana, Białego Domu, administracji. W Departamencie Stanu oni są defensywni i nie robią tego, co chce administracja; to skurczybyki... jeżeli agencja się kiedyś zrobi taka, to nie zasługujemy na istnienie - warknął.

- Główną przeszkodą przy Nikaragui - kontynuował Clarridge -jest to, że McMahon jest przeciw. Nigdy palcem nie kiwnął w tym względzie. - Przypinając McMahonowi jeden z grzechów głównych, Clarridge powiedział, że McMahon ma w Kongresie przyjaciół i oni podsycają wzajemnie swoje wahania i wątpliwości.

Horton spostrzegł natychmiast, że wszystko obraca się wokół operacji w Nikaragui. Jedynie na to zwracało się uwagę w całej Ameryce Łacińskiej.

Na początku lata Casey zaplanował tajną dwudniową wizytę w Ameryce Środkowej. Postanowił zabrać McMahona. Bardzo rzadko się zdarzało, żeby zarówno numer l jak i numer 2 wyjeżdżali z kraju, ale Casey chciał, żeby jego zastępca był mocniej zaangażowany w operację nikaraguańską. W agencji krążył dowcip, że Casey próbuje wplątać McMahona, żeby jego odciski palców też były na tej tajnej wojnie. Clarridge oczywiście pojedzie, a Casey, dotrzymując przyrzeczenia danego

O - VEIL - Tajne wojny CIA

Hortonowi, postanowił zabrać swojego nowego NIO. Piątym członkiem grupy był Robert MaGee, szef Sekcji Działań Międzynarodowych (International Activities Di/ision - IAD), jednostki podlegającej Dyrekcji Operacji i zajmującej się pracą na zewnątrz, tzw. "talentem".

IAD przechodziła z jednej tajnej operacji do następnej, dostarczając wsparcia logistycznego - zwłaszcza samolotów, łodzi, wsparcia morskiego, podstaw dla operacji propagandowych i wojen psychologicznych. Była to w większości praca kontraktowa dla ludzi z zewnątrz. Działająca na pierwszym piętrze centrali w Langley, IAD sprawnie przesuwała sprzęt i pracowników kontraktowych między operacjami. W jednym tygodniu IAD koncentrowała się na contras, w następnym na afgańskim ruchu oporu, w jeszcze następnym na działaniach propagandowych w rejonie Morza Karaibskiego lub operacji wsparcia wywiadu na Środkowym Wschodzie.

MaGee był człowiekiem, który dawał sobie radę z naciskami ze strony Caseya, żądającego natychmiastowej akcji i żadnych opóźnień.

MaGee odpowiedział kiedyś, gdy Casey poprosił go o przełożenie pewnej operacji lotniczej: - O Boże, nie chcę na to odpowiedzieć.

Wszyscy się śmiali, nawet Casey.

MaGee miał teorię dotyczącą lojalności Caseya wobec Sporkina. -To klub tych, co niechlujnie jedzą - powiedział. - Sporkin to jedyny facet, który upuszcza więcej lunchu na krawat niż Casey.

Casey dobrze się czuł z wszystkimi towarzyszami podróży; wszyscy - McMahon, Clarridge, Horton i MaGee mieli duże doświadczenie w

Dyrekcji Operacji.

McMahon i Horton razem pojechali do bazy Sił Powietrznych Andrews, gdzie czekał na nich 12-osobowy samolot specjalny. Właśnie nadeszła letnia burza. Pierwsze wrażenia Hortona były nie najlepsze, ogólnie pracę CIA w Ameryce Środkowej oceniał jako marną. Placówki nie pilnują Sowietów. Infiltracja ugrupowań politycznych w większości krajów jest słaba lub nie istnieje w ogóle, jest to o wiele mniej, niż sobie wyobrażał. Powinno być lepiej, ale cała uwaga CIA skupiona jest

na Nikaragui.

McMahon nie zareagował.

- Nikaragua ich pożera - powiedział Horton.

- Byłem po obu stronach pionu decyzji - powiedział McMahon. Potrząsnął głową. Był zmartwiony. Pomoc dla contras jest zbyt otwarta, tam jest za dużo polityki, powiedział. Jak może to działać? Miał bardzo pesymistyczne przeczucia co do tego programu. To się niedobrze skończy, całkiem niedobrze. Ale jest to oczko w głowie Caseya i Reagana.

Kiedy dotarli do samolotu, jeden z funkcjonariuszy ochrony Caseya błagał ich, żeby nie pozwolili Caseyowi zdrzemnąć się podczas lotu. -Jeżeli zaśnie - powiedział - to będzie całą noc mówił i zadawał pytania.

Gdy samolot wystartował, Casey usadowił się wygodnie. Był doświadczonym podróżnikiem, śmiał się ze wszelkich turbulencji w powietrzu. - Jak wyboje na drodze - powiedział. Jechał ze swoimi chłopcami planować wojnę.

Wylądowali w Tegucigalpie w Hondurasie. Casey kazał zostawić swoje bagaże w rezydencji ambasadora USA i wyruszył na błyskawiczny obchód. Chciał się zobaczyć ze wszystkimi i zaplanował spotkania jedno po drugim, dopilnowując, żeby porozmawiać krótko z każdym oficerem CIA w placówce. Grupa wsiadła do samochodów i pojechała do bezpiecznego domu Raya Doty'ego, gdzie prowadzono operację contra.

Clarridge ciągle próbował skierować rozmowę na zagadnienia podstawowe: - Ile mamy broni? Czy werbuje się wystarczającą ilość ludzi? Czy jest dość broni? A co z amunicją? Spróbujmy to, spróbujmy tamto.

Casey i McMahon starali się skoncentrować na następnym etapie. Zastanawiali się, jak wytłumaczyć tę operację Kongresowi. Wcześniejsza wizyta senatora Łeałr/ego w regionie ujawniła poważniejsze ambicje operacji, a regularne przecieki wykazywały ciągle zwiększającą się liczbę bojowników contras. Wewnątrz CIA zaczęto przebąkiwać, że contras nie mają żadnego doświadczenia politycznego, że są tylko uzbrojonymi bandami malkontentów, włóczącymi się po górach. Casey powiedział, że ma wytyczony cel. Contras muszą zejść z gór, wejść do miast, rozpowszechnić swoje przesłanie, wykorzystać narastające nastroje an^ysandinistowskie, stać się siłą polityczną.

Clarridge'owi nie podobało się takie gadanie. Prowadził armię, a nie partię polityczną. Poza tym takie zamiary były niebezpiecznie blisko pogwałcenia Poprawki Bolanda, która zabrania prób czy operacji "mających na celu obalenie" sandinistów. Wyrafinowana siła polityczna może obalić rząd i to z pewnością jest ich celem; armia nieregularnego wojska nie ma aż tak widocznego czy rozpoznawalnego celu politycznego.

Casey chciał, żeby contras występowali jako siła polityczna wewnątrz Nikaragui. Wierzył, że Nikaraguańczycy będą się garnąć do nowej siły, będącej zwolennikiem zarówno demokracji, jak i kapitalizmu.

- No, popatrz na Savimbiego - powiedział dyrektor, sugerując, że przywódca angolańskiego ruchu oporu od połowy lat siedemdziesiątych jest wzorem walki o wolność. Chociaż CIA zabroniono prawnie udzielania mu pomocy (Poprawka Clarka z 1976 roku), Savimbi stał

się sita zbrojnego oporu, przygważdżąjącą dziesiątki tysięcy żołnierzy kubańskich, którzy potrzebowali sowieckiej broni za miliard dolarów. Niektórzy towarzysze podróży Caseya uważali, że bezkrytycznie przyjmuje obraz Savimbiego kreślony przez południowoafrykańską służbę wywiadowczą. Savimbi był ich człowiekiem i w ciągu ostatnich lat rząd białej mniejszości w RPA przekazał mu kilkaset milionów dolarów.

Grupa poleciała 225 km na zachód do Salwadoru na następną serię zebrań politycznych i wywiadowczych. Casey poświęcił czas, aby zamienić kilka miłych słów z każdym z oficerów operacyjnych CIA, tymi cennymi mężczyznami i kobietami, którzy wykonywali prawdziwą pracę. Zachowywał się swobodnie - patrzył im w oczy, oferował krótkie słowo zachęty albo zadawał wyraźne pytanie i stawał w miejscu, żeby wysłuchać odpowiedzi. Oficerowie Dyrekcji Operacji czuli, że okazał im prawdziwe zainteresowanie,

Casey chciał też skierować surowe, osobiste ostrzeżenie w Salwadorze - zarówno do rządu, jak i służb wojskowych, wywiadowczych i ochrony - na temat nadal istniej ących, prawicowych szwadronów śmierci. Te głośne szwadrony, które powstały w latach siedemdziesiątych w celu walki z uzbrojoną lewicą, dokonały zamachu na arcybiskupa i zamordowały cztery amerykańskie członkinie kościoła. Ugrupowania na rzecz praw człowieka wysunęły zarzut, że około 30 tysięcy osób zostało zabitych w ciągu ostatnich czterech lat. Była to prawdopodobnie przesada, ale był to z pewnością poważny problem; to był obraz "zadruto-wanycli kciuków", którego użył senator Dodd. Salwador kojarzył się z

torturami.

Pełniący obowiązki prezydenta Alvaro Magana wydał kolację tego wieczoru i Casey poruszył ten temat. - Mamy prawdziwy problem ze szwadronami śmierci i pan musi coś na to poradzić - powiedział stanowczo. - Jak my możemy pomóc?

Horton dostrzegł, że w tej sprawie Salwadorczycy ufają Caseyowi. Wiedzą, że jest prawicowcem i że nie cierpi lewicy tak samo jak oni. Jego argumenty nie były moralizatorskie, lecz pragmatyczne.

- Szwadrony śmierci nie zdają egzaminu - powiedział Casey - i przysporzą kłopotu nieproporcjonalnie większego warn, niż lewicy, czyli "komunistom". Zagrożone są nie tylko dziesiątki milionów dolarów pomocy z USA, ale także poparcie administracji Reagana.

Nalegania Caseya nie były podszyte sentymentalnymi apelami na

temat praw człowieka.

Casey odbył prywatne spotkania ze wszystkimi naiważniejszymi ludźmi. Jedno z nich było szczególnie delikatne i miało miejsce w ma-

łym pokoju. Po drugiej stronie stołu siedział pułkownik Nicolas Car-ranza, szef policji skarbowej. Carranza był wiceministrem obrony w latach 1979-1980 i był blisko powiązany z prawicowym Narodowym Sojuszem Republikańskim (ARENA), partią kontrowersyjnego, prawicowego, byłego majora armii Roberta d'Aubuissona. Poprzedniego roku Carranza był potencjalnym kandydatem na prezydenta Salwadoru. Teraz było to niemożliwe. Od co najmniej pięciu lat Carranza był płatnym informatorem CIA, otrzymywał około 90 tysięcy dolarów rocznie*.

Dział wywiadu policji skarbowej Carranzy był prawdopodobnie najbardziej odpowiedzialny za pogwałcenie praw człowieka. Sam Carranza był raczej czysty, ale jak twierdziła CIA, kultura przemocy była głęboko zakorzeniona w policji i wojsku. Casey mógł mówić z nieco większym naciskiem do swojego, dobrze opłacanego, agenta. - Skończcie z tym - powiedział - albo cały związek między Stanami Zjednoczonymi a Salwadorem może się zawalić z powodu ekscesów prawicy.

Aby zbliżyć się do osobistego interesu Carranzy, Casey dał też do zrozumienia, że takie zerwanie oznaczałoby zawieszenie wszystkich płatności dla agentów i subwencji.

Przy końcu wizyty Horton zapytał Caseya żartobliwie, dlaczego wizyta była tak krótka. Czemu tak się spieszyli?

- Co u licha jeszcze chcesz tu robić? - odpowiedział Casey z uśmiechem, tak jakby uważał, że on może poznać teren lepiej i szybciej niż inni.

ROZDZIAŁ 13

Po zadomowieniu się w nowym gabinecie na siódmym piętrze Departamentu Stanu, Tony Motley zadzwonił do Clarridge'a.

- Poświęcam na to cały dzień i chcę przyjść.

Chciał się dowiedzieć wszystkiego.

Clarridge wyciągnął mapy, wykazy, wykresy, kartoteki. Był chodzącą encyklopedią tej operacji - szczegółowe dane geograficzne,

* Rola Carranzy jako płatnego informatora CIA została po raz pierwszy ujawniona przez Philipa Taubmana w "New York Times" 22 marca 1984 roku.

wzgórza, drogi, pogoda oraz każda ważniejsza osobistość contras. "Totalny dupek" - mówił nieraz Clarridge o różnych przywódcach contras. Było jednak wielu twardych bojowników, na przykład "te zwierzęta na południu". To Pastora, Komandor Zero. Czasem Clarridge uważał, kogoś za "dobrego faceta".

Pod pewnymi względami contraS byli Hell's Angels Ameryki środkowej, ale ogólnie Motley odniósł pozytywne wrażenie. Clarridge stworzył armię i miał zdumiewającą wiedzę. - Jak to jest, że wiesz tyle - zapytał Motley - facet z Europy, ze Środkowego Wschodu, mający do

czynienia z bandytami?

- Ci ludzie to śródziemnomorscy latynosi - odpowiedział Clarridge. - Miałem do czynienia z Włochami, Afryką Północną. Znam ten typ. Mówią ci to, co chcesz usłyszeć, wymyślają sześć sposobów żeby powiedzieć "nie", mają ambiwalentny stosunek do Ameryki.

- No więc - zapytał Motley. - Co dalej?

- Pieprzony Casey chce czegoś, co wywoła sensację - powiedział Clarridge wyjaśniając, że wszyscy są naciskani, żeby skłonić contras do zejścia ze wzgórz. - Pokonywanie band sandinistów w górach już nie wystarczy - narzekał. - Casey chce, żeby contras "wykonali część miejską", Clarridge zacytował Caseya "Znajdź coś". Ta "wiadomość" będzie nie tylko na wewnętrzny użytek w Stanach Zjednoczonych; ma też ustanowić wiarygodność contras wewnątrz Nikaragui.

Brzmiało to rozsądnie dla Motleya.

- Nie możemy tak sobie skoczyć z gór do miast - powiedział Clarridge z irytacją. - To jest dużo bardziej skomplikowane. Hałastra contras nie poradzi sobie lepiej niż inni ludzie z gór wchodzący do miasta. Ich wejście do miasta trwa czterdzieści dni, stwarzając koszmar z ponownymi dostawami.

- No więc, co zrobicie?

Clarridge uśmiechnął się: - Jest sposób, zawsze jest jakiś sposób. Znajdzie jakąś jednorazową operację, coś, co zrobi dużo hałasu. Wojna to piekło i trzeba improwizować.

Casey był gotów zrobić wszystko co możliwe, aby ochronić operację nikaraguańską. Należało załagodzić jego złe stosunki z dwoma potencjalnymi sabotażystami - Kongresem i środkami masowego przekazu.

Zdał sobie sprawę, że przez ostatnie dwa i pół roku tymi delikatnymi stosunkami zajmował się niewłaściwy człowiek. Był to William J. Doswell, który był szefem biura spraw zewnętrznych CIA. Demokrata, przez całe życie, który poparł Reagana w wyborach w 1980 roku,

53-letni Doswell nie miał doświadczenia w wywiadzie. Był wydawcą gazet i jednym z najlepszych lobbistów w szanującej się wirginij-skiej legislaturze. Doswell nie był tak entuzjastycznie nastawiony do operacji nikaraguańskiej jak Casey, który nie mógł sobie dłużej pozwolić na sprzedawcę, mającego wątpliwości co do wyrobu. Doswell uważał lekceważenie Kongresu i konfrontacyjny styl Caseya za nieproduktywne.

Był wyczerpany i odszedł. Casey postanowił podeprzeć agencję dwoma nowymi oddzielnymi biurami -jednym dla Kongresu, jednym dla mediów. Szefami obu biur będą tajni operatorzy - praktykujący sztukę, którą będą sprzedawać.

Casey wybrał weterana Claira Elroya George'a - dwadzieścia siedem lat w Dyrekcji Operacji - na nowego szefa ds. kontaktów z Kongresem. George miał wspaniałe poczucie humoru i znał się dobrze na pracy CIA. Wewnątrz agencji George był symbolem CIA w jej najlepszym i najdumniejszym wydaniu.

W 1975 roku, w środku śledztw Churcha i Pike'a, Richard Welch, szef placówki CIA w Atenach, został zastrzelony przed swoim domem. Mieszkanie szefa placówki było dobrze znane w Atenach - pokazywano je nawet uczestnikom lokalnych wycieczek autobusowych. Zabójstwo to spowodowało falę ogólnej sympatii dla CIA. Nielojalni byli agenci, porwani ówczesną gorączką anty-CIA, rozgłosili pozycję Welcha w CIA. Welch, umierając, wyświadczył swojej CIA ostatnią przysługę. Stał się męczennikiem, jego ciało przywieziono do Stanów Zjednoczonych relacjonując to wydarzenie w telewizji. Miał pogrzeb z pełnymi honorami wojskowymi, byli obecni dyrektor CIA William Colby i prezydent Ford; jego trumnę wieziono na tym samym jaszczu, na którym wieziono ciało zabitego prezydenta Johna F. Kennedy"ego.

Pomimo niebezpieczeństwa placówki ateńskiej, CIA posłała tam człowieka, którego obecność przyda się do przypomnienia Kongresowi o odważnych czynach. Clair George przyjął posadę zaproponowaną mu przez Caseya; poszedł do komisji i obiecał stworzyć zupełnie nowy porządek, opierający się na współpracy i wzajemnym zaufaniu.

Mniej więcej w tym czasie George V. Lauder, Nr 2 w biurze inspektora generalnego - wewnętrznego strażnika w CIA - został poproszony do gabinetu Caseya.

Lauder był jednym z pierwszych tajnych operatorów - jeszcze z czasów młodości CIA - w latach pięćdziesiątych. Miał ukończone prawo i prawie trzydziestodwułetni staż w CIA. Wysoki, niezdarny mężczyzna, noszący wymięte ubrania... wyglądające jak pozostałości z col-

lege'u, facet, który często mówił zbyt głośno i z przesadną intonacją - nie był "szarym człowiekiem", ale doświadczonym, gorliwym szpiegiem. Lauder naprawdę wierzył w rr-isję i dokonania CIA.

Lauder uważał, że Casey był bardzo potrzebnym podmuchem świeżego powietrza dla CIA - godzącym się na rolę ukrytą, zakulisową - dokładnym przeciwieństwem Turnera. Gdy dyrektorem był Turner, a Lauder zastępcą szefa sekcji ds. Ameryki Łacińskiej; Lauder nie był w stanie przekonać tego pierwszego, że CIA nie dopuszcza się samowoli prowadząc tajną operację na Jamajce bez wiedzy dyrektora. Laudero-wi nie udało się też przekonać Turnera do utrzymania skromnej zaliczki w kwocie 1.500 dolarów dla redaktora zagranicznej gazety, który pomagał CIA. Wszystko to dlatego, że komisje nadzorcze były podenerwowane. Casey zlikwidował atmosferę wewnętrznej nieufności.

Kiedy Lauder wszedł do gabinetu Caseya, wiedział, że nadszedł czas na zmiany, ale nie był pewien, co Casey ma na myśli.

- Gratulacje - powiedział Casey Lauderowi.

- Z jakiego powodu? - zapytał podejrzliwie Lauder.

- Wybrałem pana na mojego nowego dyrektora ds. publicznych.

- Co ja zrobiłem, że na to zasłużyłem?

Casey powiedział, że agencja potrzebuje kogoś, kto zajmie się środkami przekazu, kto powstrzyma szkodliwe relacje. Taka zupełna izolacja CIA od massmediów mogła być błędem, bo środki przekazu uzyskiwały wgląd w CIA przez Kongres, Biały Dom, Departamenty Stanu i Obrony.

Lauder powiedział, że spędził całe życie unikając mediów, nawet swój status w CIA utrzymywał w tajemnicy przed krewnym, który był reporterem w gazecie.

- Jest pan wybrany - powiedział stanowczo Casey.

Lauder efektownie strzelił obcasami.

Oficer Dyrekcji Operacji delektował się chwilą-wezwaniem z góry. To posłuszeństwo zawierało w sobie pokrzepiające, prawie radosne potwierdzenie faktu bycia częścią struktury. Lauder wiele razy ryzykował życiem w terenie - pokój prasowy nie mógł być dużo bardziej niebezpieczny.

Casey wiedział, że Lauder się zgodzi. To było właśnie to między innymi, co podobało mu się w ludziach z Dyrekcji Operacji. A poza tym, według akt personalnych, Lauder był niezachwianym lojalistą. Ale był także realistą, a jako zastępca inspektora generalnego miał udział w sprawdzaniu, jaką broń przechwycono w tajnej operacji nika-raguańskiej. Lauder był na tyle szczery, żeby powiedzieć, że chociaż odkryto kilka składów broni, to operacja nie miała żadnego wpływu na przepływ broni. Lauder nadal jednak popierał operację.

Najpierw będzie musiał rozgłosić, że Casey ma rzecznika prasowego, potem poznać reporterów i dowiedzieć się, jak działają. Umożliwi dostęp do siebie, nawiąże stosunki z dziennikarzami, postara się ustalić, komu można ufać i da znać Caseyowi, kiedy zanosić się będzie na publikację, która może sprawić kłopot. Będzie musiał sprawdzić, czy nie da się "zwerbować" kilku reporterów. Być może praca z reporterami nie będzie się zbytnio różniła od jego poprzedniej pracy.

Casey obracał papierami wartościowymi - przeczytał John McMa-hon na pierwszej stronie Washington Post rankiem 2 czerwca 1983 roku.

- O cholera - powiedział McMahon. Roczne zeznanie finansowe Caseya znowu dostarczyło materiału dziennikarzom. Formularz wykazał, że Casey kupił akcje warte przynajmniej 1,5 miliona dolarów w ciągu dwudziestu sześciu dni. McMahon śmiał się, gdy usłyszał dowcip, że CIA tak naprawdę oznacza Casey Inwestuje Znów (Casey Investing Again). Casey stanowczo odmówił inwestycji w funduszu powierniczym, mówiąc, że decyzje podjął jego doradca inwestycyjny, pracujący dla niego od dwudziestu lat. Wszystkie oprócz jednej, kiedy to McMahon zmusił Caseya do sprzedania akcji IBM, w przeciwnym razie Casey musiałby się odsunąć od poważnej decyzji dotyczącej komputerów w agencji. Potem akcje te podwoiły swoją wartość. Casey uważał, że podkreśliło to jego uczciwość.

Kilka razy McMahon delikatnie próbował przepchnąć pomysł powiernictwa; Casey odmawiał. W agencji ustanowiono szaleńczą procedurę, w ramach której McMahon i inni urzędnicy najwyższej rangi regularnie dostawali wykazy tuzinów firm, w których Casey miał udziały. Ale śledzenie go było niemożliwe i słychać było wybuchy śmiechu w Langley, gdy krążyły noty śledzące ruchome piaski portfela Caseya (jedna nota głosiła: Dodać Delta Airlines, skreślić La Quinta Motor Inns). Goldwater napisał do Caseya zgryźliwy list, w którym zauważał, że Casey jest wystarczająco bogaty i nie będzie mógł wziąć swego majątku ze sobą do grobu. Casey odpowiedział, że członkowie Komisji ds. Wywiadu mieli również dostęp do ważnych informacji wywiadowczych, a gdzie są ich powiernictwa?

McMahon zdał sobie sprawę, że procedura sprawdzania nie działa doskonale, a badania wykazały, że trzynaście firm z portfela Caseya przeprowadziło interesy z CIA w ciągu zeszłego roku, kwoty sięgały prawie czterech milionów dolarów.

- Czy CIA jest to potrzebne? - zastanawiał się McMahon. McMa-hon chciał wydobyć ze swojego zwierzchnika chłód i rezerwę specjalisty od podatków.

Poszedł do Caseya. Ogólne Wr"a«enie jest takie, powiedział, że Ca-sey jest tu, telefonuje do swojegc maklera sześć razy dziennie, zabawia się na Wall Street, sięgając do swoich tajnych informacji, żeby być o krok przed innymi inwestorami.

- To jest cholerne kłamstwo - powiedział Casey.

- Waśnie - powiedział McMahon - ale ten zapach nie zniknie.

Jesteś w trudnej sytuacji. Z jednej strony upierasz się, że nie korzystałeś z tajnych informacji, kupując i sprzedając akcje; twierdzisz, że robił to twój doradca inwestycyjny. Z drugiej strony, uparcie chcesz zatrzymać tę niewykorzystaną możliwość. Nie ma mowy, żebyś korzystał ze wszystkiego ne.raz. Tak więc problem sprowadza się to do jednego pytania: czy biorąc pod uwagę twój zwyczaj pozostawiania decyzji doradcy, czy zrobi ci różnicę, jeżeli bidzie to fundusz powierniczy

(blind trust)?

- W zasadzie nie - odpowiedział Casey.

- Więc, do cholery, zrób to.

Casey odpowiedział kamiennym spojrzeniem.

W poniedziałek 18 czerwca 1983 r. Casey wydał oficjalne oświadczenie stwierdzające, że w ciągu dwóch i pół roku na stanowisku dyrektora Centralnego WTywiadu miał de facto fundusz powierniczy, który był legalny. Niemniej jednak, aby uniknąć dalszego zamieszania i nieporozumień, planuje ustanowić formalny fundusz powierniczy.

Pod koniec lata Casey wyjechał na tajny objazd Afryki i Środkowego Wschodu w celu złożenia wizyt w placówkach. Nadal odczuwał niemal fizyczną potrzebę zobaczenia wszystkiego na własne oczy. Tak jak plac w Dallas, gdzie zastrzelono J.F. Kennedy"ego, wszystko wygląda inaczej, znaczy więcej, gdy się tam stoi. Szefowie placówek potrzebowali jego osobistego, bezpośredniego popędzania, żeby prowadzić więcej działań wywiadowczych w terenie, wyjść z ambasad, rozszerzyć stosunki z miejscowymi, uczestniczyć potajemnie w zebraniach partii

politycznych.

W towarzystwie pćł :azina urzędników, na pokładzie specjalnego odrzutowca sił powietrznych dla ważnych osobistości, Casey planował, że odwiedzi jedenaście krajów w ciągu osiemnastu dni. Zatrzymali się najpierw w Senegalu, a potem na Wybrzeżu Kości Słoniowej w Zachodniej Afryce. Casey spotkał się z szefem państwa, z szefami wywiadu

lub ich zastępcami, chodził na wizyty z ambasadorami USA i kazał się wozić szefom placówek zasypując ich pytaniami: Jak daleko jest z pałacu do koszar wojskowych? Do uniwersytetu? Kto jest głównym przywódcą opozycji? Jacy są ludzie z KGB?

Z Afryki Zachodniej odbył 800-kilometrowy lot do Nigerii. Droga z lotniska do stolicy Lagos to morze samochodów i ulicznych sprzedawców. Przejazd nią trwał godzinami. Zastępca szefe wywiadu nigeryj-skiego przewodził grupie, która starała się przetrzeć szlak. -Wyobraźcie sobie Johna McMahona próbującego oczyścić dla nich George Washington Parkway - powiedział jeden z urzędników Caseya. Samochód Caseya zatrzymał się. Tubylec zastukał w okno i usiłował sprzedać Ca-seyowi 15-metrowy wąż ogrodowy. - Raczej nie jest to zakup z impulsu w drodze z lotniska - zauważył Casey.

W Zairze, dawniej Kongo, Casey spotkał się z przywódcą Jose-phem Mobutu. Powiązania CIA z Mobutu sięgały 1960 roku, kiedy to CIA planowała zamach na nacjonalistycznego lidera Kongo, Pa-trice'a Lumumbęi Telegram z 25 sierpnia 1960 roku od ówczesnego dyrektora Allena Dullesa do szefa placówki CIA stwierdzał, że usunięcie Lumumby jest pilnym i głównym celem a w istniejących warunkach musi być priorytetem tajnej akcji. Zanim plan CIA zrealizowano, Lumumbę zamordowało ugrupowanie zwolenników Mobutu. Casey miał ważny, osobisty związek z Mobutu, a teraz wymienili informacje wywiadowcze.

W trakcie uroczystej kolacji dyrektor wygłosił mowę po francusku. - Po II wojnie światowej - powiedział-bytem na kolacji wydanej przez liderów ruchu oporu i mówiłem tak jak teraz, po francusku. Następnego dnia w gazecie napisano, że pan Casey mówił w swoim ojczystym języku. Doszedłem do wniosku, że znaczyło to, iż myśleli, że mój francuski jest tak biegły, bo jestem Francuzem lub być może, że mój francuski jest tak nieudolny, iż uważali, że mówię po angielsku.

Sala się rozluźniła.

Potem grupa poleciała do Zambii i RPA. Casey poszedł do kabiny pilotów i poinstruował pilota, żeby leciał bardzo nisko nad rzeką Zambezi i podciągnął samolot dopiero, gdy będą przelatywać bezpośrednio nad wspaniałym Wodospadem Wiktorii. Jeden przelot nie wystarczył i poprosił o następny, patrząc przez okno. W Pretorii wykonał jak zwykle obchód: rząd, ambasada i placówka; był na lunchu za miastem z tuzinem południowoafrykańskich biznesmenów. Jederr z nich, który nic nie wiedział o przeszłości Caseya, zauważył: - Ten facet jest bystry. Mógłby zarobić w biznesie.

Casey podziwiał południowoafrykańską służbę wywiadowczą i utrzymywał z nią bliskie kontakty. RPA zdawała sobie sprawę z zagrożenia komunizmem swojego regionu i dostarczyła (prawdopodobnie) 200 milionów dolarów pomocy dla ruchu rebelianckiego Jonasa Savimbie-go, który walczył z reżimem marksistowskim w Angoli. Casey nadal miał nadzieję na uchylenie Poprawki Clarka z 1979 roku, która zakazywała udzielania tajnej pomocy CIA dla Savimbiego. Obiecał urzędnikom, że CIA włączy się w walkę możliwie jak najwcześniej.

W gorącym klimacie Caseyowi nazbierało się rzeczy do prania i oddal prawie wszystkie ubrania służbie hotelowej. Obiecano wykonać usługę w ciągu dwudziestu czterech godzin. Do północy poprzedzającej wyjazd o 6:00 rano ubrań wciąż nie było. Jego ochroniarze musieli się włamać do pralni hotelowej, żeby wyciągnąć rzeczy, aby mógł zmieścić się w planie wyjazdów. Następnym miejscem postoju było Zimbabwe a potem Kenia, dokąd przybyli o około 22:00. Tego wieczoru Casey odbył dwa spotkania ze znajomymi w interesach, a przy śniadaniu szef placówki był zdumiony, że Casey tak dobrze zna ten kraj.

W Kairze - oddalonym o 3.500 km - Casey spotkał się z prezydentem Egiptu Mubarakiem, a potem spędził wiele godzin z szefem placówki, który nadzorował ten jeden z największych obiektów CIA poza Stanami Zjednoczonymi. Większość broni i wsparcia dla rebeliantów afgańskich przepływała przez Egipt. Następnie grupa udała się do Turcji, która - granicząc ze Związkiem Radzieckim, Morzem Czarnym, Syrią, Irakiem i Morzem Śródziemnym - w mniemaniu Caseya była jednym z najważniejszych, lecz strategicznie przeoczonych krajów na świecie. Ostatnim postojem była wizyta u króla Maroka Hassana. Wszystkie stosunki miały ogromną wagę i Casey nie miał zamiaru ich zaniedbywać. Agencja dostarczała tym krajom nie tylko ochrony i informacji wywiadowczych, ale jej przysługi dla ich przywódców obejmowały także dostarczanie najnowszych zdobyczy medycyny, samolotów rządowych i kontaktów umożliwiających dostęp obywateli tych państw do uczelni w Stanach Zjednoczonych.

Wróciwszy do bazy sił powietrznych Andrews, urzędnicy Caseya byli tak wyczerpani, że trzeba ich było prawie zanieść do domu. Dyrektor pojechał prosto do Langley.

Senator William S. Cohen - republikanin ze stanu Maine, który był w Senackiej Komisji ds. Wywiadu dopiero od dziewięciu miesięcy - skorzystał z okazji, żeby zamienić kilka słów z Caseyem po jednym z przesłuchań komisji. Jako republikanin, Cohen chciał poprzeć admi-

nistrację w sprawie Nikaragui. Wiedział, że Goldwater osobiście zwerbował go do komisji. Ale wyczuł, że Casey i Goldwater mogą łatwo stracić zgodę komisji. Kompromis Goldwatera wisi na włosku.

- Jeżeli odetniecie pieniądze na operację w Nikaragui - powiedział Casey - to Kongres będzie odpowiadał za to, co się stanie.

Cohen był bojaźliwy. Casey może mieć rację. Prezydent osobiście zadzwonił do Cohena.

- Bili, wiesz, w jakiej sprawie dzwonię - powiedział Reagan i jak zawsze był bardzo cichy i zatroskany - chcielibyśmy twojej pomocy, jeśli można.

Cohen powiedział prezydentowi, że poprze administrację, ale że jest zaniepokojony.

Casey poradził Cohenowi, aby pojechał do Ameryki Środkowej.

- Zobacz sam, jedź do Nikaragui, porozmawiaj z sandinistami. Oni będą rozmawiać z senatorem Stanów Zjednoczonych.

Do Cohena, byłego prokuratora, przemawiał ten argument - udać się na miejsce i przesłuchać świadków. Starał się być zawsze dokładny, znać fakty. Aby dowiedzieć się więcej o tajemniczym świecie informacji wywiadowczych z sygnałów, przeczytał całe 32 strony Pałacu łamigłówek (The Puzzle Pałace), książki o Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, autorstwa Jamesa Bamforda, wydanej w 1982 roku. Lecz prawda o operacji nikaraguańskiej była nie w jakiejś książce czy streszczeniu, ale w terenie.

Cohen nie pasował do żadnego miejsca na arenie politycznej. Był poetą - jego tomik pod tytułem O synach i porach roku (Of Sons and Seasons) został wydany w 1978 roku. Był też człowiekiem faktu. W 1974 roku głos Cohena w Komisji Sądowej Izby przesądził o postawieniu Nixona w stan oskarżenia. Zanim ujawniono taśmę - "dymiący pistolet", Cohen mówił, podczas dyskusji nadawanej w telewizji na cały kraj, o właściwym wyciąganiu wniosków: - Jeżeli poszlibyście spać do ogrodu, obudzilibyście się i zobaczyli świeży śnieg na ziemi, to rozsądnie doszlibyście do wniosku, że śnieg spadł w nocy, nawet jeżeli tego nie widzieliście.

Jednym z najlepszych przyjaciół Cohena w Senacie był demokrata z Kolorado Gary Hart. Od kilku lat obydwaj pisali potajemnie powieść szpiegowską, której początek dała jedna z sesji Senatu, późno wieczorem, kiedy rozmawiali o swoich podejrzeniach co do agencji i pracowników wywiadu. Powieść pod tytułem Podwójny człowiek (The Double Man), jeśli nawet nie stałaby się sukcesem komercyjnym, to przynajmniej była oryginalną zabawką dwóch różnych zwolenników. Bohate-

rem był senator prowadzący śledztwo w sprawie terroryzmu na świecie; jednym z czarnych charakterów był dyrektor CIA, który ukrywał różne rzeczy przed komisją senatora i wprowadził agentkę - "kreta" -do komisji, żeby zdawała raporty CIA.

Pewnego popołudnia latem 1983 w senackiej jadalni Cohen podszedł do Harta. (Hart był przedtem zarówno w Komisji Churcha, jak i w Komisji ds. Wywiadu i rozpoczął starania o nominację prezydencką; miał tylko 4-procentowe poparcie ze strony demokratów na nominację prezydencką na tok 1984).

- Wiesz, musisz rozszerzyć swoją działalność - łajał go Cohen. Zaproponował, żeby Hart zajął się jakimś zagadnieniem, które budzi silne emocje, na przykład Ameryką Środkową.

Z okresu pracy w Komisji Churcha Hart wywnioskował, że CIA partaczy tajne operacje takie jak Nikaragua. Zagłębił się w tajny, liczący 8 tysięcy stron, raport dotyczący spisków zamachowych CIA, w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, zwłaszcza tych przeciw Castro. Była to okropna historia: bracia Kennedy, Robert i John - bohaterowie i wzory do naśladowania dla Harta - wplątani w krańcowy, podły oportunizm. Był to świat bez oficjalnych zapisów planowania, aprobaty, wprowadzenia czy ostatecznego niepowodzenia. Ale były tam druzgocące i odrażające dane.

Na przykład w jednym ze spisków przeciw Castro, agent CIA pod kryptonimem AM/LASH, dostał długopis wyposażony w igłę do zastrzyków tak cienką, że Castro mógł nie zauważyć ukłucia. Oficer CIA prowadzący sprawę - zalecił użycie Blackleaf-40, dostępnej w handlu wysokoprocentowej trucizny. Narzędzie zamachu zostało dostarczone - 22 listopada 1963 roku. Raport inspektora generalnego CIA z 1967 roku, udostępniony komisji, stwierdzał bezceremonialnie -Jest prawdopodobne, że w tym właśnie momencie zastrzelanoprezydentaKennedy'ego. Komisja Churcha nie znalazła powiązań między spiskami kubańskimi, a zamachem na Kennedyego, ale Hart nie wierzył, że był to zbieg okoliczności. Było to prawie tak, jak poranny śnieg na ziemi Co-hena - nie widział, jak spadł, ale wiedział, że tak się stało.

Wczesnym rankiem w czwartek 8 września 1983 r. Cohen, Hart i eskortujący ich oficer Piechoty Morskiej, odlecieli samolotem C-140 Sił Powietrznych, z planowanym lądowaniem w Managui około godziny 9:15.

Około godziny lotu przed nikaraguańską stolicą, pilotów poinformowano, że lotnisko imienia Augusto Cesara Sandino jest zamknięte. Miał miejsce jakiś atak lotniczy. Dwusilnikowa Cessna o napędzie

śmigłowym, z 250-kilogramową bombą podwiązaną pod każdym ze skrzydeł, została zestrzelona i uderzyła w wieżę kontrolną i budynek terminalu.

Samolot sił powietrznych z senatorami na pokładzie krążył przez około czterdzieści pięć minut, zanim skierowano go do stolicy Hondurasu. Już stamtąd zatelefonowali do Waszyngtonu, żeby dowiedzieć się co się stało. Tymczasem z Managui nadeszła wieść, że lotnisko będzie dla nich otwarte.

W terminalu w Managui znaleźli się wczesnym popołudniem. Hart był zdumiony rozmiarami zniszczeń. Wszędzie były uszkodzenia, a środek terminalu został zmieciony z powierzchni ziemi. Dookoła pełno było dymu, rozbitego szkła i oleju, a kadłub zestrzelonego samolotu był przepołowiony. Pilot i drugi pilot zginęli. Czterdzieści osób czekających na samoloty uciekało co sił w nogach. Zginął jeden pracownik lotniska. Sala konferencyjna, w której senatorowie mieli odbyć konferencję prasową również została uszkodzona. Cohen obliczył, że jeżeli przylecieliby przed czasem, to mogliby już nie żyć.

Dziennikarze nikaraguańscy byli na miejscu i zadawali pytania.

Jeden reporter powiedział, że bombardowanie było, oczywiście, nalotem contras wspartym przez CIA.

- CIA nie jest taka głupia - powiedział Cohen.

Urzędnicy nikaraguańscy wyciągnęli aktówkę, uratowaną z samolotu. Cohen i Hart zajrzeli do środka. Był tam manifest nakazujący pilotowi spotkanie się z kimś w Kostaryce, w pewnej restauracji, list przewozowy z Miami i prawo jazdy pilota z Florydy, amerykańska karta ubezpieczenia społecznego i amerykańskie karty kredytowe.



Było tam jeszcze coś więcej. Identyfikacje kryptonimów na operację i kontrakt. Cohen i Hart rozpoznali autentyczne papiery CIA.

Urzędnicy sandinistowscy wyjaśnili, że normalnie na lotnisku zainstalowane były tylko dwa działa przeciwlotnicze. Jednak tego ranka liczbę tę zwiększono do siedemnastu. Atak był przewidywany. Po rozmowach senatorów z większą liczbą oficjeli, stało się jasne, że sandini-ści uzyskują wewnętrzne informacje wywiadowcze na temat bojowników contras. Dalej, senatorowie przyjęli wojskowy meldunek od sandi-nistów, a potem spotkali się z koordynatorem junty sandinistowskiej, Danielem Ortegą, który wygłosił do nich twarde, antyamerykańskie przemówienie w obecności prasy.

Kiedy Cohen chciał uzyskać nieco przewagi i zapytał o wiodącą nikaraguańską gazetę La Prensa, którą zamknięto za krytykę rządu, reporterzy wyłączyli kamery.

Tego wieczoru Hart i Cohen zjedli kolację z Norą Astorgą, nika-raguańską kobietą z wyższych sfer, która została partyzantem. 34-letnia Astorgą była legendą. W 1978 roku zwabiła do swej sypialni głównego generała Somozy, człowieka numer 2 w znienawidzonej Gwardii Narodowej Somozy, Reynaldo Pereza Vegę, znanego pod przezwiskiem "Pies", a tam trzech komandosów sandinistowskich poderżnęło mu gardło. Senotorowie dowiedzieli się również, że w chwili rewolucyjnej gorliwości "Psu" odcięto także jądra. Kilka miesięcy wcześniej Astorgę zaproponowano jako ambasadora Nikaragui w Stanach Zjednoczonych. Administracja Reagana odrzuciła ją. Cohenowi i Hartowi podobał się kawał o niej krążący po Managui: Nie pytaj Nory Astorgi "u ciebie czy u mnie?". A jeżeli zaprosi cię, żebyś został na noc, to nie rób tego! Spotkanie było odpowiednie na

zakończenie dnia.

Po kolacji Cohen i Hart, obydwaj śmiertelnie zmęczeni, poszli na nocne spotkanie z szefem placówki CIA. Donieśli, że informacje o operacjach bojowników contra wyciekają do sandinistów. Szef placówki wahał się, wykręcał, zaczął usprawiedliwiać nalot bombowy - początkowe działanie "nowych sił powietrznych" Edena Pastory.

Hart był już spięty i w końcu wybuchnął. Powiedział, że właśnie takie głupie, pieprzone operacje dobiją CIA, która myśli, że coś takiego ujdzie jej na sucho. Pilot miał w kieszeni nazwisko i numer telefomu operatora CIA z ambasady USA w Kostaryce.

- To cywilne lotnisko - powiedział Cohen, nawet nie cel wojskowy. Oni myślą, że co przez to się osiągnie? Obrócenie ludzi w Nikaragui przeciwko bojownikom contras będzie podstawowym błędem, a tak się właśnie stanie. Na tym lotnisku było wielu cywilów. A gdyby ktoś chciał zbombardować cywilne lotnisko w Stanach Zjednoczonych?

Szef placówki powiedział, że intencją było pokazanie, że contras są poważni i że mogą uderzyć na stolicę.

Hart krzyknął, że to nie zabawa.

Szef placówki odparł, że contras to wolni strzelcy i CIA nie może ich kontrolować. Oni wybierają cele.

- Co za ciężki idiota mógł mieć przy sobie papiery CIA w aktówce w czasie tajnego nalotu? - zapytał Hart. - Jesteście niekompetentnymi głupcami. - Wściekły i czerwony na twarzy Hart krzyczał: - To zła polityka, zła dyplomacja i złe operacje.

Szef placówki wysłał ważny telegram do centrali CIA informujący, że dwaj bardzo niezadowoleni senatorowie mają właśnie wrócić do Waszyngtonu.

Tego samego dnia podróżujący po Hondurasie Tony Motley otrzymał wieść o nieudanym nalocie. Zadzwonił do Clarridge'a.

- Dewey - powiedział Motley - ty, kurwa, oszalałeś! Jak możesz robić coś takiego, gdy asystent sekretarza stanu na ten region jest w Hondurasie? Nie życzę sobie więcej takich jaj, gdy podróżuję.

- Słuchaj - odpowiedział Clarridge. - Nie ma sposobu natychmiastowej kontroli nad tym. Nie można ustalić operacji tak dokładnie, czy będzie miała miejsce w tym dniu, czy w następnym. Można tylko ustalić termin w obrębie kilku dni.

Clarridge dodał, że Casey żąda sensacji, czegoś, co przyciągnie uwagę. Teraz contras zeszli z gór, według żądania dyrektora.

Następnego dnia Cohen i Hart pojechali do Salwadoru. Złożyli wizytę w wiosce San Lorenzo, w której atak rebeliantów komunistycznych odciął prąd, położył w gruzach kościół i zniszczył krosna do produkcji koców, głównego źródła dochodów.

Podczas podróży po Salwadorze latali starym helikopterem bez drzwi, który był wykorzystywany w Wietnamie. Cohen zażądał słuchawek, żeby móc słyszeć co mówią piloci. Gdy znajdowali się na wysokości około 400 m nad stolicą San Salvador, helikopter nagle zaczai spadać.

- Cholera, tracę płyn - krzyknął pilot - muszę gdzieś zaparkować tego skurwiela!

Cohen myślał, że zginą w tym dużym mieście, i to wcale nie z ręki komunistycznych rebeliantów. Jak to wypada, żeby zejść w ten sposób - nie od kuli, nie od strzałów oddanych w gniewie lub w tej wielkiej konfrontacji między supermocarstwami, lecz z powodu przecieku w systemie płynów hydraulicznych.

Pilot gorączkowo czytał instrukcję konserwacji i znienacka helikopter poszedł w górę, aż do 3.000 m. Było to naprawdę przerażające, ich żołądki zostały na wysokości 400 m.

- Co się dzieje? - dopytywał się Cohan.

- Trzeba wyjść poza zasięg ognia z karabinów pięćdziesięciu rebeliantów - odpowiedział oficer eskorty wojskowej.

Cohen postanowił, że jeżeli mają spaść, to woli, żeby to było z 300 metrów, a nie z 3 tysięcy. Przyszedł mu do głowy jeden z jego wcześniejszych wierszy Swobodny upadek (Free Fall): Nie boję się latania/ Ani umierania. Procesu/Tak, aktu (jeśli trwa sekundy), tak.

Helikopter jednak nie rozbił się.

Gdy Cohen był już z powrotem w Waszyngtonie, Casey wstąpił do jego gabinetu w Senacie.

Powiedział z naciskiem, że CIA nie zatwierdziła tego nalotu.

Cohen stwierdził, że było to głupie, gorzej niż głupie. Nie było nawet wysokiej klasy mechanizmu do zrzucania bomb.

Casey nie przytaknął ani nie zaprzeczył. Widział, że Cohen nie jest zadowolony. Casey uświadomił sobie, że ktoś, kto otarł się o śmierć, postrzega wszystko inaczej. Zapytał Cohena przyjaźnie, jakie odniósł wrażenie. Ten odparł:

- Musi pan sobie uświadomić, że pana operacje, operacje contra, zostały spenetrowane. Sprawdził się koszmar każdego przywódcy wojskowego lub wywiadowczego. Zwiększono liczbę dział przeciwlotniczych na lotnisku z dwóch do siedemnastu. Casey obiecał to sprawdzić.

Później Cohen dowiedział się, że samolot, który wykorzystano w nalocie dostarczyła CIA, a jeden z urzędników CIA powiedział mu, że nalot zatwierdzono w zasadzie na wszystkich szczeblach w agencji. Przywódca bojowników contra Pastora stał za tym nalotem.

Cohena nie poinformowano, że nalot był wynikiem nacisku ze strony Caseya, żeby stworzyć sensację.

Tym niemniej Cohen uważał, że w żaden sposób nie może czepiać się sprawy bombardowania, bo wyglądałoby to tak, jakby troszczył się wyłącznie o swoje bezpieczeństwo. Postanowią, że może dalej popierać tajny program, o ile wywrze on nacisk na sandinistów i skłoni ich do negocjacji, ale nigdy nie będzie w stanie w pełni podpisać się pod tą operacją. A także, coś mu się nie podobało u Caseya. Był śliski. Najwyraźniej nie powiedział mu wszystkiego.

Casey poprosił też Harta do CIA na kawę.

- Chcę tylko pana zapewnić, że nikt nie chciał pana zabić - wyjaśnił Casey.

Hart odparł, że problemem dla niego jest to, że ktokolwiek - CIA czy sami contras - mógł przedsięwziąć coś tak idiotycznego. Taki atak na cywilów może zasiać ogromną ilość nienawiści.

Casey powiedział, że zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo podenerwowani musieli być Cohen i Hart.

- Nie o to mi chodzi - odparł Hart. - To mnie nie obchodzi. Chodzi o politykę, pomysł i ludzi u podstawy tej głupoty. Jak to się mogło zdarzyć?

- Nasza polityka polega na wspieraniu sił demokratycznych - powiedział Casey. - Chcemy, żeby ponownie zdobyli kraj, jeśli nie zmusimy sandinistów do spuszczenia z tonu.

Hart nie widział różnicy między "ponownym zdobyciem" a "obaleniem" zabronionym przez prawo.

- Mamy tam Dowódcę Zero - powiedział dumnie Casey, mając na myśli Pastorę. - Trzeba im pozwolić działać na własną rękę.

Casey dodał, że celem bombardowania było pokazanie, że operacja contra to nie zamieszki na pograniczu, lecz ogólnokrajowy ruch przeciwko rządowi sandinistów.

Hart ponownie spróbował wciągnąć dyrektora w rozmowę na temat nieproduktywnego charakteru takich operacji.

Casey odpowidział, iż w jego mniemaniu Hart ma dobre pomysły w zakresie obrony i że chciałby spotkać się z Hartem i senatorem Samem Nunnem z Georgii (również ekspertem w sprawach obrony) w celu rozmowy na temat zagadnień obrony.

Hart wyszedł, przekonany, że CIA wymyka się spod kontroli i kiedyś wybuchnie. Casey nie zadzwonił już do niego ani w sprawie zagadnień obrony, ani w żadnej innej.

Dwa tygodnie później, 20 września 1983 r., Casey i Shultz wystąpili przed Senacką Komisją ds Wywiadu w celu przedstawienia sprawy operacji nikaraguańskiej. Reagan, stosując się do prośby komisji sprzed czterech miesięcy, podpisał zatwierdzenie mające wytyczyć różnicę znaczeniową między zwykłą blokadą przepływu broni a obaleniem sandinistów. Ściśle tajny dokument liczył dwie strony i składał się z pięciu paragrafów - najdłuższe zatwierdzenie, j akie Reagan podpisał. Zatwierdzał on "pomoc materialną i wskazówki dla nikaraguańskich ugrupowań opozycyjnych".

Cele były następujące:

. skłonienie rządu sandinistów w Nikaragui do przystąpienia do negocjacji z sąsiadami oraz wywarcie nacisku na sandinistów i ich sojuszników, aby zaprzestali dostaw broni, szkolenia, dowództwa i udzielania schronienia lewicowym partyzantom w Salwadorze.

W domyśle celem była demokratyzacja w Nikaragui, nakłonienie do przestrzegania praw człowieka, swobód obywatelskich, zasady wolności prasy i dopuszczenie opozycji do udziału w procesach politycznych. Casey był zdania, że przemówi to do demokratów i umiarkowanych w obydwu partiach. Był świadom, że właśnie za taki kompromis Enders był krytykowany, a potem zwolniony. Centrum było jednak jego jedyną nadzieją, bo Izba odcięła 80 milionów dolarów na finansowanie tajnego programu, o które prosił. Głosowanie w Izbie nastąpiło po trzech dniach nadzwyczajnej debaty politycznej na temat operacji nikaraguańskiej. Casey uważał to za niestosowne wyrażanie poczucia winy przez liberałów.

Casey lubił, gdy był z nim Shultz, uważany za umiarkowanego w administracji. Wszystko wydawało się być w porządku, gdy kreślili ogólny zarys zatwierdzenia.

Moynihan rozmyślał, że pewnie tak zaczęła się wojna wietnamska. Teraz było na pewno inaczej, ale podstawy były takie same - pozornie racjonalne kroki następujące po sobie, negowanie realnego znaczenia niektórych działań, przdstawianie ich jako nieszkodliwych, podczas gdy wcale takie nie były. Uważał, że Casey i Shultz na pewno oszukują siebie lub komisję. Ktokolwiek, kto tak jak on, przeczytał zatwierdzenie, musiał dostrzegać konsekwencje, choć były ukryte i niewypowiedziane. Zatwierdzenie głosiło, że CIA chce powstrzymać realizację głównego celu polityki zagranicznej sandinistów, jakim jest rozpowszechnianie rewolucji, jak również zmienić ich politykę wewnętrzną dotyczącą wyborów, praw obywatelskich, a w końcu zmienić strukturę rządu. Było to tak, jak mówienie, że chce się komuś rozwalić łeb, ale nie ma się zamiaru zabić. Moynihan nie mógł już dłużej siedzieć cicho. Pomimo że CIA twierdzi, iż zatwierdzenie nie ma na celu obalenia reżimu, to całkowity efekt tych działań i celów wyraźnie ukazuje, czego chce administracja.

Prawicowy republikanin Wallop ogólnie zgodził się z analizą Moy-nihara, lecz zaproponował inne rozwiązanie.

- Powinniśmy powiedzieć, co myślimy.

- Nie mam nic przeciwko temu - powiedział Goldwater.

- Powinniśmy ich obalić - wtrącił senator Jake Garn, konserwatywny republikanin z Utah.

Casey i Shultz nie zgodzili się z nim. Będą przestrzegali Poprawki Bo-landa - nic nie może "mieć na celu" obalenia. Teza Moynihana niedługo przepadła w dyskusji. Casey uważał, że wykonano ukłon w stronę demokratów, owijając fundamentalny antykomunizm administracji Reagana w otoczkę praw człowieka. Senatorzy byli realistycznymi politykami. To zatwierdzenie jest najlepszą rzeczą, jaką dostaną. Komisja poprosiła o ponowne określenie celów w nowym zatwierdzeniu. Członkowie mieli udział w tej tajnej operacji od prawie dwóch lat, a zatwierdzenie po prostu opisywało to co się dzieje. Odrzucenie go oznaczałoby wyparcie się przez nich tego udziału. A to, według obliczeń Caseya, było mało prawdopodobne.

Dwa dni później komisja głosowała "za" 13 głosami, tylko senatorowie Leahy i Biden zgłosili sprzeciw.

Tego lata w wewnętrznym kręgu wokół Reagana pojawił się pierwszy rozłam, kiedy szef sztabu Białego Domu Baker powiedział, że to Casey dostarczył mu dokumenty, z których korzystał prezydent Car-

ter przy przygotowaniach do debaty telewizyjnej w czasie kampanii prezydenckiej w 1980 roku. Kongres i FBI rozpoczęły śledztwa. Casey powiedział o dokumentach:

- Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek je otrzymał, usłyszał o nich lub się o nich dowiedział.

Spotkał się z Bakerem w niedzielę w celu przedyskutowania, jak zażegnać tę kontrowersję, a nawet znaleźć podstawy do rozwiązania sytuacji. Baker nalegał, żeby Casey przyznał się, że widział dokumenty, zapewniając, że nie będzie miał z tego powodu kłopotów. Casey pozostał przy swoim, mówiąc, że nie widział dokumentów i nie dał ich Bakerowi, ani nikomu innemu.

Zaczęły pojawiać się dawne memoranda z kampanii. Jedno z nich pochodziło od Hugela, który był pomocnikiem Caseya w czasie kampanii. Twierdziło, że sztab kampanii Reagana ma "kreta" w obozie Car-tera. Ten smakowity kąsek informacji sugerował, że pierwsza praca szpiegowska Hugela dla Caseya miała miejsce jeszcze zanim obaj zaczęli pracować w CIA.

Próbując ustalić, czy istniała zorganizowana operacja szpiegowska podczas kampanii wyborczej, 28 września 1983 r. przeprowadziłem wywiad z Caseyem w jego apartamencie w budynku koło Białego Domu. Nigdy przedtem go nie spotkałem ani z nim nie rozmawiałem. Narożny gabinet Caseya był bardzo duży, był to ozdobny wiktoriański pokój, dobrze nadający się do oficjalnych ceremonii. Casey powitał mnie ciepło i wylewnie, chociaż nie spojrzał mi w oczy. Był dużo tęższy niż się spodziewałem, podszedł śmiało lecz chwiejnie, jakby się miał przewrócić. Jego twarz i głowa wydawały się nie tylko stare, ale zmizerowane.

Dyrektor miał na sobie dobrze skrojony, konserwatywny garnitur. Miał nienagannie wyprasowaną koszulę ze sztywnym kołnierzykiem i kosztowny krawat. Rzuciłem okiem na biurko. Były na nim stosy teczek i papierów prawie 30-centymetrowej wysokości. Na okładkach były duże napisy "Ściśle tajne" w kolorze czerwonym, oznaczające przechwy-ty łączności. Casey wyszedł zza biurka i usiadł. Wydawał się być lekko zniecierpliwiony, jakby chciał powiedzieć - o co dokładnie chodzi?

Prędko podsumowałem to, co słyszałem.

- Pogłoski - powiedział Casey, niemal sycząc. Gdy próbowałem robić notatki, warknął:

- To jest nieoficjalne.

Powiedział, że mogę przyjść jutro po cytaty, ale ta rozmowa jest do mojej wiadomości. Chce, żebym zrozumiał, jak niedorzeczny jest zarzut Bakera. Ton i zachowanie Caseya sugerowały, że znajdę się w

korytarzu, jeżeli się nie zgodzę. Za każdym razem, kiedy podnosiłem jakąś kwestię, on wyciągał dokument popierający jego własne stanowisko - raz było to 6-stronicowe memorandum, innym razem 10-cen-tymetrowej grubości niebieski segregator z opracowaniami Hugela dla kampanii. Podał mi go i zacząłem przeglądać. Były to standardowe papiery, komunikaty prasowe i długie listy grup i osób prywatnych, które popierały Ronalda Reagana. Wyściółka.

Casey podszedł i prawie wyrwał mi segragator z rąk. Powiedział, że nie ma tam nic tajnego.

Dałem do zrozumienia, że chciałbym jeszcze zobaczyć, może przestudiować to, co jest w segregatorze.

Casey powiedział: - Nie.

- Jak już jesteśmy przy Hugelu - powiedziałem - co z tym memorandum, które podobno wysłał?

Casey powiedział, że FBI uzyskała memorandum z archiwum o kampanii w 1980 roku.

Zapytałem, co w nim było.

Casey wzruszył ramionami. Nie wiedział albo go to nie obchodziło, albo nie miał zamiaru mi powiedzieć.

- Było jednak takie memorandum?

Skinął głową, ale nic więcej nie dodał, odpowiadając milczeniem. Jego wyraźny język ciała prawie żądał, żebyśmy przeszli dalej, ale siedział, panując nad sytuacją.

-A noty od Tonytego Dolana, reportera z gazety, którego Casey wprowadził do kampanii Reagana i który teraz pisze przemówienia Reagana?

Następne silne wzruszenie ramion. Casey znowu przeszukał teczki i pokazał mi notę o rzekomych nadużyciach wobec pracowników federalnych przez Biały Dom Cartera i wymieniejące "źródło" Dolana w jednym z działów.

- Czy mogę prosić o kopię?

Casey wziął mi notę z rąk uprzejmie, lecz stanowczo - może nie wyrwał, ale prawie. Powiedział: - Nie.

.. 1 __ -J___ O

iając, że to wszystKo jest oziu~a, sLa.nuaj.uuwc U.WJLUM^JI, ^ ^^.^^^^-.

- Było jedno memorandum od Dolana i jedno od Higela o posiadaniu źródeł, ale nie było żadnej operacji wywiadowczej i to nic nie znaczy.

- Czy zeznałby pan pod przysięgą?

- Pewnie, z przyjemnością - powiedział, w zamyśleniu dotykając podbródka, z podniesioną głową, jakby się zastanawiał, dlaczego ja marnuję na to czas. - Tu już nic nie ma.

Miał bardzo skuteczny sposób przeczekiwania pytania, w odpowiadaniu, na które nie widział sensu. Po prostu siedział. To były drobne pytania, odpowiedzi na które mogłyby go poprowadzić w niewłaściwym - dla niego - kierunku, lub w takim, który doprowadzi tylko do kłopotów i sprzeczności. Unikał angażowania się w spekulatywne przekomarzanie się, w wymianę zdań, która może okazać się użyteczna.

Spróbowałem skierować rozmowę na temat, który już omawialiśmy.

Casey wstał: - Wie pan, ja muszę iść na zebranie.

Wziął stertę ściśle tajnych papierów i zaczął wkładać je do teczki. Sterta była tak wysoka, że nie udało mu się i papiery rozsypały się po biurku. W parę sekund wypchał i zamknął teczkę. Wyszliśmy razem i Casey przekazał teczkę ochroniarzowi. Casey najwyraźniej był spóźniony na jakieś spotkanie. Wyszedłem za nim i dalej rozmawialiśmy. Gdy go zostawiłem, prawie biegł przez korytarz. Wraz z ochroniarzem z CIA Casey wszedł do windy, drzwi zamknęły się cicho i już go nie było.

Ani FBI, ani Kongres nie przeprowadziły autentycznego śledztwa w tej sprawie i afera "Debategate" zniknęła. W Senacie stary przyjaciel Goldwatera i Caseya, generał William Quinn przyglądał się rozwojowi tej historii z przyjemnością i niemałym rozbawieniem. Dla niego to nie była zagadka. Jako były oficer wywiadu G-2 wyczuł, że zrobił to Casey. Quinn nie mógł tego udowodnić, gdyż Casey, jak każdy dobry oficer wywiadu, przestrzegał reguł gry. Pierwszą regułą szpiegostwa była ochrona dobrych źródeł. W tym celu niejednokrotnie tworzono wymyślne zmyłki i fałszywe tropy. Kłamstwo było niczym, nawet kłamstwo publiczne lub pod przysięgą nie było aż tak poważne w porównaniu do ryzyka, jakie podjęło źródło. I chyba nic tak nie wpajało źródłom więcej zaufania czy poczucia wzajemnego niebezpieczeństwa jak widok oficera prowadzącego narażonego na ryzyko, nawet publicznie. Tajne źródło - jeśli takowe istniało - pewnie spało spokojnie, wiedząc że ujawnienie może pogrążyć oficera prowadzącego, którym w tym wypadku mógł być sam DCI.

ROZDZIAŁ 14

Pewnego dnia rano, Tony Motley pojechał z Caseyem na Kapitol. Mieli zeznawać w sprawie operacji nikaraguańskiej. - Te skurwysyny -powiedział Casey o senatorach. - Ich pomysły i oświadczenia były "bzdu-

r ą". - Motley był oszołomiony, gdy Casey przybrał wyzywającą, korsarską postawę stając przed komisją. Motley zobaczył reakcje senatorów, którzy odchodzili mrucząc, że nie ufają temu sukinsynowi.

Na szczęście nie było nic więcej o ataku na lotnisko w Managui. Casey, Motley i Clarridge uznali, że mogą kontynuować wojnę. Mając nowe zatwierdzenie prezydenckie, Casey uważał, że nadszedł czas nasilenia wojny gospodarczej. - Niech się spocą - powiedział Casey Motleyowi podczas jednego spotkania. - Niech się skurczybyki spocą.

- Co będzie miało wpływ na gospodarkę? Co jest ważne? - zapytał Clarridge.

- Ropa naftowa.

Clarridge sporządził plan ataku na nikaraguańskie składy ropy na wybrzeżu, ale bez niedouczonych amatorów contras w roli operatorów. CIA będzie prowadzić i koordynować operację. Clarridge zatrudnił tzw. Jednostronnie kontrolowanych Latynosów" - UCLA (Unilateral Controlled Latino Assets). Byli to Latynosi na pełnym etacie w agencji, którzy mogliby dodać operacji nieco charakteru "contras".

Casey wiedział, jak się obchodzić z Białym Domem. Przedstawił plan prezydentowi i doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Clarko-wi, jako następny, logiczny krok w ramach zatwierdzenia, dla którego uzyskano aprobatę Kongresu.

11 października 1983 r. przed świtem, szkolone przez CIA zespoły, w łodziach motorowych, z własnym kontyngentem Latynosów z CIA, napadły na nikaraguański skład paliwa w porcie Corinto, po stronie Pacyfiku. Pięć zbiorników (podobno zawierających większość nikara-guańskich rezerw ropy) zostało wysadzonych w powietrze. Około 20 tysięcy mieszkańców Corinto musiało być ewakuowanych z powodu pożarów.

Casey był uszczęśliwiony. To był wyczyn na wielką skalę, nie jakaś operacja na pograniczu. Natychmiast zaniósł Reaganowi zdjęcia rekonesansowe. Urzędnikom Białego Domu przypominał ucznia z dobrym świadectwem.

W CIA zaczęto pytać o zasięg i intensywność operacji. Byli tacy, którzy zanotowali, że jest to akt agresji. Clarridge odpowiadał na wszystkie zarzuty: - Tak chce prezydent. On wie i to właśnie mu się podoba.

Trzy dni później najeźdźcy uderzyli na Puerto Sandino, następny ważny port nikaraguański.

Motley poprosił amerykańskie koncerny naftowe o oszacowanie szkód. Chciał ustalić zasięg wprywu. Koncerny amerykańskie doniosły, że zażądały od Nikaragui pieniędzy z góry, zanim rozpoczną naprawy.

Casey i Clarridge byli całkiem zadowoleni. Nikaraguańczycy byli powolnymi płatnikami. Naprawy wydłużą się.

Niespodziewanie, jeden koncern otrzymał czek bankowy na 100 tysięcy dolarów od Nikaragui, z prośbą o natychmiastowe naprawy. Casey i inni byli jeszcze bardziej zadowoleni. Ataki zabolały Nikaraguańczyków.

W ramach operacji sabotowano rurociąg wewnątrz Nikaragui; grupa z Exxon Corporation poinformowała Nikaraguę, że nie może dalej dostarczać tankowców do przewozu ropy.

Casey jeszcze nie czuł się usatysfakcjonowany. NIO na Amerykę Łacińską, John Horton był pewnego dnia w swoim gabinecie i Casey zapytał go: - Czy jeszcze coś można zrobić Nikaragui?

- Niewiele - odpowiedział Horton.

- Musimy coś zrobić, cholera, musimy coś zrobić. Popatrz, co CIA uszło na sucho: wojna gospodarcza na pełną skalę. Następny krok może przyprzeć sandinistów do muru.

Chciał się ich pozbyć.

Horton wspomniał Poprawkę Bolanda.

- To tylko zasadzki Kongresu - powiedział Casey.

Zwiększył nacisk na grupę roboczą Motleya, żądając nowych pomysłów, każąc im myśleć w kategoriach wielkości. Motley zmienił nazwę grupy kilka razy i ograniczył ją do bardzo małej liczby osób, usiłując utrzymać zebrania w tajemnicy. Ostatnio nazywała się RIG (Restricted Interagency Group) - Ograniczona Grupa Międzyagencyjna. Motley, Clarridge i podpułkownik Oliver North ze sztabu Rady ds. Bezpieczeństwa Narodowego, tworzyli rdzeń RIG. North powiedział, że Biały Dom się zgodzi, a jeżeli Shultz czy ktoś inny zechce się opierać, to pieprzyć sekretarza stanu. Ale to Clarridge, nie North, miał wiedzę operacyjną. Motley odrzucał dwa z trzech pomysłów Clarridge'a, ale Clarridge był nieskończenie twórczy, trudny we współpracy, nie zawsze dokładny, ale zawsze konstruował coś nowego.

Na jednym z zebrań w Pokoju Sytuacyjnym w Białym Domu, Clarridge zaproponował zaminowanie portów nikaraguańskich. Znał skuteczność min ze studiów nad wojną rosyjsko-japońską z lat 1904-5 w Instytucie Rosyjskim Uniwersytetu Columbia. Dowódca rosyjskiej marynarki wojennej zginał w tej wojnie, kiedy mina trafiła i zatopiła jego okręt admiralski. Clarridge zaproponował mniej ambitny program minowania. Ponieważ Meksykanie i inni dostarczali ropę do Nikaragui statkami, celem będzie odstraszenie ich. Nie ma potrzeby zatapiania ani jednego statku. Lloyd's z Londynu wycofa ubezpieczenie statków wpływających do zaminowanych portów albo zwiększy stawki

ubezpieczeniowe wystarczająco, żeby zniechęcić statki do wejścia do tych portów.

- Wszystko, czego potrzebujemy - powiedział Motley - to mina, która stworzy wrażenie niebezpieczeństwa, "głośne pierdnięcie".

Grupa robocza zatwierdziła plan wykorzystujący miny o niskiej sile wybuchu, skonstruowane tak, żeby robić wiele hałasu i bryzgów. Motley wyciągnął Clarridge'a do swojego gabinetu na szóstym piętrze Departamentu Stanu, na sesję Dwudziestu Pytań. - Okay, Dewey, powiedz nam tylko jeszcze raz, jak to działa? - Clarridge znał wszystkie odp